Wspomnienie o Jacku Kaczmarskim

“Znajoma Rosjanka nad kieliszkiem twierdzi,/ Że poeta – poetą staje się po śmierci” – pisał w jednym z utworów. A kim sam stał się po śmierci? Wiem, że usiłował przestać być bardem. Nie tylko bardem “Solidarności”, z którą po 1989 roku wyraźnie było mu nie po drodze, ale bardem w ogóle. Wielokrotnie odgrażał się, że zrezygnuje z tras koncertowych, a gitarę brać będzie do ręki wyłącznie w domu, by zaśpiewać dla najbliższych. Nikt mu nie wierzył, on sobie też nie. W końcu kiedyś tak siebie zdefiniował: “Pot, alkohol, ślina, krew/ To po prostu ja./ Plus śpiew”. Tyle, że ten śpiew przeceniał, jakby zapominając, że przede wszystkim był człowiekiem pióra, który – po prostu – zamiast ogłaszać swoje wiersze drukiem, wykrzykiwał je do mikrofonu. Pozostawił tych wierszy około tysiąca. Są wśród nich perły, a choć zdarzają się też ewidentne pomyłki, w sumie stanowią, zda się, niewyczerpane źródło tekstów nieobojętnych. Oby po te mniej znane sięgali kontynuatorzy, naśladowcy, epigoni, późni odkrywcy i rewelatorzy Jacka Kaczmarskiego. Nie ograniczając się do “Murów”. I pamiętając, że po “Młodym lesie” był “Młody las II”. A po “Obławie” jeszcze trzy jej wersje.

Na pewno do odkrycia pozostaje Kaczmarski – prozaik. Z jego książek tylko “Autoportret z kanalią” cieszył się krótkotrwałą, skandalizującą sławą. Najciekawsza powieść – “O aniołach innym razem” znana jest w gruncie rzeczy tylko zaprzysięgłym fanom artysty. W 1999 roku przyjęta została chłodno, by nie powiedzieć – ozięble. Zdarzało mu się słyszeć: “Pilnuj, szewcze, kopyta”. A on buntował się przeciw takiemu zaszufladkowaniu. Zresztą bunt miał wpisany w życie – wcale nie jednoznaczne, poplątane, chore. We wstrząsającym “Konfesjonale” pisał:

Za prawo swe uznałem to, że żyję.
Za własną potem wziąłem to zasługę.
I – co nie moje – miałem za niczyje,
Więc brałem, nigdy się nie licząc z długiem.

Z jakąż straceńczą, destrukcyjną siłą brnął z jednych tarapatów w drugie: “Wciąż mu nie dość/ Zmylonych dróg / Uparty gość/ Mój Bóg”.

W ostatnim czasie o Kaczmarskim znów się zrobiło głośno, głównie za sprawą jego córki Patrycji: też śpiewającej, jak ojciec, u Jana Pietrzaka “Pod Egidą”, uczącej się Polski i polskości, szukającej prawdy o ojcu, mimo nie najlepszych wspomnień: “Nie miałam poczucia bezpieczeństwa – mówiła w jednym z wywiadów. – Ojciec walczył z własnymi demonami. Był niecierpliwy. Miewał napady złości”.

Tak, ale to właśnie jego pytano: jak żyć? Sam byłem świadkiem, jak po jednym z koncertów – ten był akurat w “Remoncie” – obsiadło go kilkoro młodych ludzi w wieku maturalnym domagając się recepty na egzystencję. Zbywał ich żartami, cytował jakiś rosyjski wiersz, odsyłał do lektur: szkolnych i nadobowiązkowych. A właściwie mógłby posłużyć się autocytatem, z zaczerpniętej z Norwida “Parafrazy”: “Tak pić, by się picia nie zaprzeć,/ Wierzyć zawsze w to, co jest słabsze…”.

Jackowi Kaczmarskiemu najtrwalszy pomnik wzniesiemy nie ze spiżu ani z uchwał sejmowych, ale wsłuchując się w jego pieśni, czytając jego wiersze, poznając jego dorobek pisarski. Bo dla tego artysty z Bożej łaski pierwsze i najważniejsze zawsze było – Słowo.

Krzysztof Masłoń
"Rzeczypospolita", 21 III 2007r.