Wszyscy kochali Jacka, uosabiał czystość przesłania. Miał niezwykłą wewnętrzną siłę, która pociągała innych. Był symbolem pierwszego wielkiego zrywu „Solidarności”, uosobieniem ruchu, który też był wtedy czysty, nawołujący, wyzwoleńczy – wspomina Kaczmarskiego Henryk Wujec.
„Spotkałem go pierwszy raz ok. roku 1975, kiedy występował w jakimś prywatnym mieszkaniu. Pamiętam niezwykle młodego chłopaka, z bardzo wyrazistym, własnym stylem. Trochę przypominał Wysokiego, ale go nie naśladował. Zrobił na nas bardzo duże wrażenie, bo porywająco śpiewał i świetnie grał na gitarze” – opowiadał Wujec.
Były działacz „Solidarności” uważa, że twórczość Kaczmarskiego od początku była porywająca i dynamiczna, a co najważniejsze, całkowicie szczera. „Nie było tam ani jednej fałszywej nuty. Bardzo poważnie traktował swoje granie – to było dla niego posłannictwo, sens życia” – twierdzi Wujec.
„W czasach „Solidarności” wyrósł na pierwszego pieśniarzaruchu. „Mury” stały się hymnem, śpiewanym na wszystkich manifestacjach i strajkach” – wspomina.
Równocześnie Kaczmarski nie miał w sobie nic z niedostępności wielkich artystów. Zdaniem Wujca był zwyczajny – pamiętał o znajomych, wpadał, dzwonił, nie stwarzał dystansu.
„To widać było szczególnie na jego koncertach – po prostu siadał i grał, a sala rozpoznawała piosenki już po pierwszych taktach. Tak było nawet w latach 90., kiedy na koncerty przychodzili naprawdę młodzi ludzie i wszystkie jego teksty znali na pamięć. Jacka to bardzo wzruszało” – wspominał Wujec.
Henryk Wujec
(PAP)