Temat wątku jest troszkę prowokacyjny. Ale chciałbym na samym początku podkreślić, że trafiłem na tę stronę (i na forum) szukając tekstów Jacka Kaczmarskiego dla swojego syna, czyli aktywnie wdrażam do słuchania i grania J.K. nowe pokolenie, co chyba jest najważniejsze, więc żeby mi nikt potem nie mówił, że kierują mną jakieś niegodziwe zamiary.
Rozumiem też, że jest to forum miłośników twórczości J.K., ludzi, którym nierzadko jego piosenki tak zmieszały się z własnym życiem, że nawet skalpelem tego nie wykroisz, ale... (to taka garść luźnych refleksji z wyrywkowej lektury innych forumowiczów):
1. Pisanie o J.K. per "Mickiewicz XX wieku", czy też twierdzenie, że jego piosenki są głębsze filozoficznie od wierszy Herberta niebezpiecznie balansuje na krawędzi parodii. A jeśli nawet ktoś tak szczerze myśli, to dobrze byłoby, gdyby te filozoficzne głębie piosenkowe pokazał, a nie tylko deklarował.
Sam J.K. miał chyba nieco bardziej realistyczny stosunek do swej twórczości:
2. Totalne usprawiedliwianie wszystkich wyborów J.K. sprawia wrażenie jakby zaczął się już jego proces kanonizacyjny. Jeśli głupio się leczył i reklamował hochsztaplerów, to widać miał w tym jakieś swoje wyrachowanie. Jeśli brał medal od Kwacha, to widać nie wiedział, o co chodzi. Jeśli akurat napisał głupi wierszyk ("Oddział chorych na raka á la Polonaise A.D.2002"), to czyjś tekścik, który dość delikatnie to pokazuje, od razu musi być "brednią" albo "kupą nielogiczności".Oczywiście ja miałem i mam skłonności moralizatorskie, idealistyczne i to tłumaczy po części moją niegasnącą popularność wśród młodych ludzi od siódmego do piętnastego roku życia. Przypominam sobie, jak kiedyś wiozłem z Monachium do Warszawy córkę znajomego, który powiedział, że mała zna wszystkie moje piosenki. Spytałem ją w czasie drogi, którą najbardziej lubi. Ona miała chyba 13 czy 14 lat i powiedziała: "Kiedy byłam młoda, lubiłam wszystkie". Więc to niech określa tzw. target grupy mojej twórczości (z jednego z ostatnich wywiadów).
J.K. w swoim życiu (także prywatnym) popełnił masę błędów i właśnie nieustanny rozrachunek z własnymi błędami był - jak mi się wydaje - dość istotną sprężyną jego twórczości. Gdyby J.K. był taki, jakim widzą go niektórzy jego fani - chyba by się już dawno zapił z niemocy twórczej, bo nie miałby o czym pisać.
Podsumowując: jeśli już nawet macie tego swojego nowego Mickiewicza, to przynajmniej wydelegujcie spośród siebie jakiegoś nowego Boya, który zabierze się ostro do jego odbrązowiania.
Starszak
P.S. I jeszcze takie drobiazgi. Dlaczego łaciński tekst w "Lekcji historii klasycznej" podany jest z czterema (!) błędami? J.K. popełnia wprawdzie dość pospolity błąd w wymowie, ale nie wierzę, żeby sam przepisał Juliusza Cezara z błędami. Bo niby w jakim celu? Piosneczka, która teraz w wersji rozbudowanej nosi tytuł "Korespondencja klasowa", nie powstała w 1979 roku, bo sam ją słyszałem rok wcześniej na jednym z "domowych koncertów" J.K. I nie nazywała się wtedy na pewno tak barokowo ("List studenta Polaka do taty Polaka, chodowcy nienowalijek i nierogacyzny, odpowiedź ojca do syna i po pewnym czasie, przy nowej świadomości klasowej, syn znów pisze do tatusia. Wszystko dzieje się w latach 70. w Polsce Ludowej"). O ile pamiętam, J.K. nazywał ją zwyczajnie "Listy syna do ojca z odpowiedzią" czy jakoś tak, ale czasem może zapowiadał z obszerniejszym komentarzem. Czy zwrotka z pralnią, z której student ze wsi nie korzysta, zniknęła na płycie "Litania" z przyczyn technicznych, nie wiem, ale wiem, że od początku J.K. troszkę wstydził się tej piosenki i jej popularności, bo niektórzy się właśnie o ten stereotyp "wsiowego brudasa" na niego obrażali, a J.K. chodziło oczywiście raczej o "brud moralny".