|
PostmodernizmZapowiedź Jacka Kaczmarskiego pochodzi z koncertu, który odbył się w Centrum Kultury Młodych w Skierniewicach 22 kwietnia 1998 roku. "Kolejna piosenka dotyczy tej samej problematyki w świecie obyczaju i nosi tytuł "Postmodernizm". Nie jest to bynajmniej próba podsumowania ogromnego ruchu myślowego, estetycznego, filozoficznego który się pojawił w ostatnich latach na świecie, zwłaszcza, że jego teoretycy, filozofowie też nie są wstanie określić na czym to polega bo właśnie to jest postmodernistyczne, że nic nie wiadomo. Bardzo cwanie to zostało przez kogoś wymyślone. Ale ta postmodernistyczna postawa, podejście do świata ma niezauważalny ale istotny wpływ na zachowanie wszystkich nas bo po prostu sugeruje, że nie ma się czym przejmować, skoro i tak nie wiadomo co jest czym. I stąd piosenka "Postmodernizm"." Opracował: Paweł Konopacki Z rozmowy z Ewą Likowską - "Artysta zawsze jest dzieckiem", Przegląd Tygodniowy 13 maja 1998 Dziennikarka - Z najnowszych pana piosenek najbardziej zainteresowała mnie zatytułowana "Postmodernizm". Czym jest dla pana postmodernizm? Krytyką racjonalizmu i tradycji oświecenia, estetyką czy może stylem bycia? Jacek - Dla mnie postmodernizm jest bełkotem. Może dlatego, że zostałem tradycyjnie wychowany, a może dlatego, że nie jestem zbyt dobrze wykształcony, w każdym razie nie umiem się poruszać w rzeczach niejasnych. Nie lubię nieprecyzyjnych terminów, niejasnych określeń. Najgorsze, że nie wiadomo czym jest ten dominujący w naszej epoce postmodernizm. Nie wiadomo, co nas określa. Z rozmowy z Przemysławem Szubartowiczem - "Ja to Żyd, mason i Unia Wolności", "Trybuna", 17.11.2000 Dziennikarz - Kiedyś przyznał Pan, że kino moralnego niepokoju kształtowało w pewnym okresie Pana wrażliwość. Niedawno rozmawiałem z Krzysztofem Zanussim i on dziś zwraca uwagę przede wszystkim na chaos wartości we współczesnym świecie. W piosence "Postmodernizm" z programu "Między nami" mówi Pan o epoce, w której wszystko wolno. Czy ten chaos też Pana niepokoi? Jacek - Myślę, że chaos jest efektem rozczarowania tym, co stało się w XX wieku, kiedy dwie wielkie ideologie, faszyzm i komunizm, wypłynęły właśnie z przywiązania do wartości: komunizm jako wynaturzone oświecenie, a faszyzm jako wynaturzony romantyzm. A postmodernistyczny sposób myślenia opiera się na przekonaniu, że jeśli się zrelatywizuje wszystkie wartości, to się nie będzie o co zabijać. Jednak niebezpieczeństwo, które prawdopodobnie miał na myśli Krzysztof Zanussi polega na tym, że myślenie, iż lepiej jest żyć przyjemnie, w nic nie wierząc, nakłada się na skłonność Polaków do powierzchownego traktowania spraw ostatecznych. Czytałem, że już w XVII wieku podróżnicy przyjeżdżający do Polski stwierdzali, że Polak w nic nie wierzy. Szlachcic był kalwinem, potem przechodził na katolicyzm, bo mu się to bardziej opłacało ze względu na podatki. Takie elastyczne przystosowywanie się do konkretnej sytuacji, jakie obserwujemy także dziś, pozwala przetrwać, ale pozbawia głębszej samoświadomości. Dziennikarz - Paradoksalnie, porządkowaniem tych wartości zajmują się dziś przede wszystkim te skrajne politycznie grupy, z ojcem Rydzykiem na czele. Jacek - No tak, ale tam mało kto w to wierzy. To jest pomysł na zaistnienie polityczne, a nie działanie z głębokiego przekonania. Dziennikarz - Chodzi mi o to, że ze strony inteligencji jest chyba nikła chęć porządkowania tego chaosu, a przynajmniej nazywania rzeczy po imieniu... Jacek - Ja myślę, że taka chęć istnieje. Mówimy oczywiście o poważnych ludziach, a nie o koniunkturalistach. Tyle że tu jest kwestia znalezienia języka. Innym razem Zanussi też powiedział istotną rzecz, że kiedyś w sposób odruchowy odrzucał kino komercyjne, amerykańskie jako tanią rozrywkę, papkę do strawienia dla mas, tymczasem teraz widzi, że w tym kinie są wartości, o które chodziło środowisku kina moralnego niepokoju, lecz nazwane atrakcyjniejszym dla ludzi językiem. Amerykańskie kino broni miłości, honoru, wartości rodzinnych, choć w sposób uproszczony. Z rozmowy z Justyną Tawicką - "Mucha w szklance wody", która odbyła się we wrześniu 2000 r. po koncercie w ogrodach Muzeum Archeologicznego w Krakowie a ukazała się drukiem już po śmierci artysty w "Tygodniku Powszechnym" 16.05.2004. Dziennikarka - No właśnie. Powoli dowiadujemy się, że - jak piszesz - "mieć nie pochodzi od umieć". Nasze czasy: kultem brak granic, celem - brak celów. "Mariaż kapitału z ideałem"? Jacek - To nie tylko Polacy. Świat się zmienia, a my nie mamy wyjścia. Ważne, aby zawczasu zdać sobie sprawę z tego stanu rzeczy i zmusić się do szukania dobra, które jest bliżej niż się wydaje - w pojedynczym człowieku. Wbrew temu, co mówi świat, że to "nieekonomiczne", że nie da się z tego wygodnie żyć, nie prowadzi do wielkich odkryć - wierzyć w to, co się robi. Mówiąc o tym w kontekście mojej twórczości - znam smak przysłowiowego "mnisiego trudu". Ale skoro życie jest pewną całością, to pewnie w konsekwencji czeka na nas jakiś nieznany cel - choćby wymyślony tylko dla samego siebie. Dziennikarka - Tak więc niekoniecznie postrzegasz nasze społeczeństwo jako tych, którzy "żyją z czadem"? Jacek - Niekoniecznie. Na moje koncerty w sześćdziesięciu procentach przychodzą ludzie, których, gdy zaczynałem śpiewać, nie było jeszcze na świecie. Na jednym z moich ostatnich występów można było zobaczyć grupę autentycznych "rasowych" dresiarzy, którzy wszystkie moje piosenki znali na pamięć. Syndrom "kasy, kwatery i gabloty" postrzegam gdzie indziej - a mianowicie w masowości tandety, której przedtem było jakby mniej. W złudnej świadomości pod hasłem "łatwo przeżyć życie". Warto w dobie internetu nie zapominać, że media kreują jedynie świat zastępczy, a on jest oczywistą iluzją. Wprowadzającą w obojętność i uzależniającą od siebie. Opracował: Lodbrok
|