Wczorajsze życie już przeżyte,
Wczorajsze zyski zsumowane.
Więc wstajesz w mieście tym przed świtem
By brać, co nowy da poranek.
Gdy znikną szczury po rynsztokach,
Obudzi miejska się hołota.
By liczyć, zbierać, ważyć, zwozić
Sprzedawać, tworzyć, trwonić, grozić.
Jak szczury ludzie tu się mnożą -
Żyją, żerują, cudzołożą,
Liczą, zbierają, ważą, zwożą,
Sprzedają, tworzą, trwonią, grożą.
Więc się do dżumy często tęskni -
Do wojny, co gatunek trzebi.
Kiedy już duszno w ludzkiej gęstwie,
To wzdycha się na myśl o niebie.
Ci co wzdychają - wyzdychają
A reszta będzie żyć w najlepsze.
Tu żyje się i mrze się - zgrają,
Tu nie oddycha się powietrzem!
Wczorajsze życie już przeżyte,
Wczorajsze zyski zsumowane,
Więc wstawaj w mieście tym przed świtem
I bierz, co nowy da poranek.
Za lada kęs...
Za lada kęs, za byle ciecz -
Płacz, ale płać lub ruszaj precz,
Bo pieniądz to jest trwała rzecz.
Za lada kęs, za byle ciecz -
Płacz, ale płać lub ruszaj precz,
Bo nie za darmo miska!
Moneta wagę ma i błysk,
I lubi innych monet ścisk.
Ściśnięte razem dają zysk
Temu, kto wie jak ściskać.
Pieniądz to tarcza jest i miecz
Więc miej go lub się życia zrzecz,
Bo pieniądz to jest trwała rzecz.
Bo pieniądz to jest trwała rzecz -
Płacz, ale płać lub ruszaj precz,
Wypocić obrzęk z pyska.
Moneta wagę ma i błysk,
I lubi innych monet ścisk.
Ściśnięte razem dają zysk
Temu, kto wie jak ściskać.
Stawiać kramy i stragany...
Stawiać kramy i stragany
Na radosne widowisko!
Jeszcze żywy - już skazany,
Jedzie wisieć biedaczysko!
Kto się przyjrzy dla podniety,
Jak ulata dusza z brata -
Temu wróci wnet apetyt
Życia chęć, ciekawość świata!
Na belce - belka,
Powróz na belce,
A w nim pętelka,
I łeb w pętelce!
Tego widoku
Nam nigdy dość,
Gdy wśród podskoków
Zawiśnie gość!
Głowa do góry, John!
Sznur mi ją podniesie!
Pozdrów w piekle Cromwella!
Tam się nie wybieram!
Zawisnąć to być jedną nogą w
niebie!
Zawsze miałeś głowę w chmurach!
Tylko ręce w cudzych sakiewkach!
Albo pod spódnicą Jenny!
A pod spódnicą Jenny miałem
ozór!
Będzie go trudno stamtąd
wyciągnąć, jak go na was wywalę!
Prędzej wywalisz w portki!
Pewnie! Zapisałem ci je w spadku!
Śmiej się, śmiej...
Śmiej się, śmiej, pętelka czeka!
Podskoczysz w obłoki!
Śmiej się, śmiej - wieszają człeka,
A zdejmują zwłoki!
Dziwka niech się rżnie, łotr czai
Na innego łotra.
Ja odchodzę z waszej zgrai
Długo to nie potrwa.
Dalej męczcie się w tym świecie
Nieproszeni goście!
Cóż, że żywi zostajecie?
Ja wam nie zazdroszczę!
Śmiej się, śmiej, pętelka czeka!
Podskoczysz w obłoki!
Śmiej się, śmiej - wieszają człeka,
A zdejmują zwłoki!
Jenny! Już nie musisz szlochać!
Będziesz zaraz innych kochać!
Son! Weź sobie moją dolę!
Jutro przyjdzie twoja kolej!
Dalej męczcie się w tym świecie
Nieproszeni goście!
Cóż, że żywi zostajecie?
Ja wam nie zazdroszczę!
Śmiej się, śmiej, pętelka czeka!
Podskoczysz w obłoki!
Śmiej się, śmiej - wieszają człeka,
A zdejmują zwłoki!
Teraz noga tylko w górę -
Za pan brat ze sznurem!
Hej wybijać z beczek szpunty...
Hej wybijać z beczek szpunty,
Palić w piecach, stroić dziwki!
Marynarze wiozą funty,
By je wydać na rozrywki!
Wysuszone mają krtanie -
Chciwi kobiet, żądni draki.
Hej, szykujcie się, mieszczanie,
Na zarobki i siniaki!
Reje na masztach, żagle na rejach!
Serca zawłaszcza nowa nadzieja!
Dobra nowina, przychylny prąd -
Kiedy marynarz wraca na ląd!
Żagle na masztach, ciało na sznurze!
To przyszłość nasza, nasze podróże!
Świętujmy obu wędrówek kres.
Dziękujmy Bogu, że jest - jak jest!
Ty narody prawem ćwiczysz,
Słońce lśni na twe żądanie.
Tobie hołdy wysp dziewiczych
I nad światem panowanie.
Ku chwale Anglii...
Pieśń podniosła, łup wspaniały!
"Witaj Anglio, matko śmiałych!"
Nie spać, dziwki! Róż na twarze!
Idą wasi marynarze!
Ku chwale Anglii schniemy na dzikich antypodach,
Fujary jak ogórki marynujemy w szkwałach.
Za trudy dla ojczyzny należy się nagroda!
Więc chcemy rzygać piwem! Kołysać się na ciałach!
Gdy byłam jeszcze młoda, najlepsza w kurwim fachu,
To powrót chłopców z morza za wielkie miałam święto.
Dziś moi kochankowie w podmorskim leżą piachu.
Dębowe, dumne dzioby butwieją ich okrętom!
Kiedyście odpływali, mnie jeszcze tu nie było.
Wracacie jak po swoje, kołysać się i stękać!
A mnie się, nowicjuszce, namiętna marzy miłość
I rozkosz, którą jeszcze nazajutrz się pamięta!
Wyrzygujemy trzewia w zdziczałych mórz otchłanie
Fujary jak ogórki marynujemy w szkwałach,
Angielskiej dziwki tyłek - jedyna nam nagroda!
Więc chcemy rzygać piwem, kołysać się na ciałach!
Kto wie, w zatoki jakie zawiodły was kompasy,
Gdzie w barbarzyńskich rytmach czarne się tyłki trzęsą.
A teraz zasolone stęskniły się kutasy
I proszą się o zwykłe, angielskie białe mięso!
Widziałaś bohatera? Ten szwendał się po świecie
I każdą dziurę w desce zatykał na okręcie.
Nie tęsknią tu za tobą kochanki ani dzieci,
Gdy znikąd się tu zjawisz na schlanie i na rżnięcie!
Ku chwale Anglii schniemy na dzikich antypodach,
Fujary jak ogórki marynujemy w szkwałach.
Za trudy dla ojczyzny należy się nagroda!
Więc chcemy rzygać piwem! Kołysać się na ciałach!
Oto pokusa i wyzwanie...
Te światła to już blask stolicy -
Mennicy łask i sztuk skarbnicy...
Oto pokusa i wyzwanie,
Zagadka straszna i cudowna -
Klęska mnie czeka czy zaszczyty,
Co zmienią moje wędrowanie?
Bo mądrość musi być wędrowna!
Bo czym jest to, co wiem i umiem
Po latach lektur i dociekań,
Jeżeli nie poruszę sumień
W tłumie, co nie wie, na co czeka
Mojej podróży moc cudowna?
Bo mądrość musi być wędrowna!
Więc przyjechałem do stolicy -
Mennicy łask i sztuk skarbnicy.
Gdzie kimś się staje, kto był niczym,
Gdy zauważą go krytycy -
Po to przyjeżdżam do stolicy!
Czy moje sprawdzą się recepty,
Gdy miejski ich doświadczy sceptyk?
Niech się we wrzawę zmienią szepty
I deszczem sypną się monety.
Doceni smakosz i mecenas,
Gdy mnie londyńska ujrzy scena!
Jestem lekarzem, filozofem...
Nie stracisz, goszcząc mnie,
Nieufny oberżysto.
Nie wyjdziesz na tym źle!
Zysk wyjdzie ci na czysto!
Jestem lekarzem, filozofem,
Artystą i autorem sztuk,
Strapionym oferuję strofę,
Co smutek duszy zbija z nóg.
Lekarstwa mam na strupy, wrzody,
Wzdęcia, zaparcia i złą krew -
Od smaku mej wężowej wody
W wesołość się zamienia gniew.
A dla atrakcji przy kuracji
Serwuję teatr - magię słów.
Nagrodą dla mnie - szał owacji
I morze zapatrzonych głów.
Nie stracisz, goszcząc mnie,
Nieufny oberżysto.
Nie wyjdziesz na tym źle!
Zysk wyjdzie ci na czysto!
Dochód niepewny i kosztów bez liku
(Ile artysta, tyle nikt z nas nie zje!).
Trzeba opłacać też urzędników,
Którzy kuglarstwo mają za herezję.
Jedź w swoją drogę. Ja chcę fach mieć czysty -
Pewniejsze zyski z kurwy niż z artysty!
Jak ty - zapewne ludźmi gardzę,
Bom ich z najgorszych widział stron.
Jak ty - z pogardy biorę marżę
Za każdy łyk, za każdy ton.
A dla atrakcji przy kuracji
Serwuję teatr - magię słów.
Nagrodą dla mnie - szał owacji
I morze zapatrzonych głów.
***
Ale najgorsze to choroby
Ukryte w trwodze i we łzach -
Ludzi najtrudniej z nich wydobyć,
Najtrudniej w śmiech zamienić strach.
Twych słów...
Twych słów brutalną ścisłość
Świat określi i podliczy.
Dziękuję, oberżysto! -
Wiem już teraz, żem w stolicy...
Wiem teraz, żem w stolicy.
Długośmy podróżowali,
By się w pępku świata znaleźć.
Pięknie nas tu powitali -
Pławić się będziemy w chwale.
Mam doprawdy wrażeń w bród -
Wrogi zgiełk, zgnilizny smród.
Żegnaj wolne wędrowanie -
Słońce wzgórz i cieniu dolin.
Czeka nas upiorny taniec -
Życie w lęku i w niewoli...
I w lęku, i w niewoli.
Samiśmy pragnęli tego,
Bo nas korci grosz i sława.
Niech nas aniołowie strzegą,
Kiedy zacznie się zabawa.
Kto mi teraz poda dłoń,
By wprowadzić mnie w tę toń?
Ach, moi dostojnicy...
Ach, moi dostojnicy,
Tytułów swych strażnicy!
Kanclerze, ministrowie,
Ach, cni szambelanowie!
Złociści, dumni, twardzi,
Jak miło wami gardzić!
Jak miło być podporą tronu,
Zdobną w orderowe dzwonki.
Jak miło być niezastąpionym -
Choćby skoczkiem, choćby pionkiem!
Ach, moje tło korony!
Pończoszki, pantalony
I ryje nad korytkiem.
Peruczki, rączki, łydki,
Ach dyplomacjo tkanin,
Jak miło mieć was za nic!
Jak miło tutaj nawet bać się,
A jeszcze milej mieć nadzieję,
Że nie przepadniesz w trakcie
Tej gry, co światem chwieje.
Dziś wszystkim - jutro nikim!
Te pudry i pieprzyki
Zmiatane jednym gestem!
Polityka imperium
To walka o liberie,
Lecz ja - ponad nią jestem!
Twe szczęśliwe panowanie...
Twe szczęśliwe panowanie to nie kwestia czarów,
Tylko wiedza, jak poderwać do działania naród.
Zalęknionych, wygłodniałych, niezadowolonych
Po zdobycze dla Korony słać w zamorskie strony.
Tam przepadną lub uczynią cię Matką planety! Żeby naród zadowolić, starczy
bić monety.
Pielęgnować tryumfy przodków to jest duma gminu!
Świeże drwa zachęty ciskać w palenisko czynu!
Nie ustawać w podsycaniu patriotycznych żarów!
Sławić Indii spichlerz złoty, bastion Gibraltaru!
Lecz nie słuchasz mnie, królowo, nie słuchasz, niestety! Żeby naród zadowolić, starczy
bić monety.
Piękna i szlachetna wielce twa intencja, Pani,
By pękate kabzy miedzi nosili poddani.
Lecz pieniądza moc prawdziwa to ilość towaru,
Którą ci zapewnią Indie i straż Gibraltaru.
To najprostsza z istniejących władzy arytmetyk! Żeby naród zadowolić, starczy
bić monety.
Czy ten krążek miedzi będzie miał u ludzi wzięcie,
Czy go przezwą, wybacz słowo, królowo - pierdnięciem -
Nie zależy od fantazji pudrowanych peruk,
Lecz od siły twych okrętów i ludzi u sterów!
Tak więc, jak podejrzewałam, w tym jest sedno sprawy:
Więcej mówić już nie musisz! Znów ten twój lord Dawid!
Szczęśliwi poddani
Szczęśliwi poddani
Woli swojej pani,
Posłuszni - ruszajmy do stołu!
To wcale nie boli -
Wciąż jeść, pić do woli,
Być wolnym od myśli mozołu.
Szczerość to zbrodnia!
Wiedza? To tortura!
Tu racja stanu -
Kaprys tam i uraz!
Tu milczeć - zbrodnia, bo kto milczy - myśli.
Ci, co milczeli - milcząc zawiśli.
Połykać oszczerstw lepkie pomyje -
Milcz nawet o tym! - O tym, że żyjesz.
Szczerość to zbrodnia!
Wiedza? To tortura!
Tu racja stanu -
Kaprys tam i uraz!
Szczęśliwi poddani
Woli swojej pani,
Posłuszni - ruszajmy do stołu!
To wcale nie boli -
Wciąż jeść, pić do woli,
Być wolnym od myśli mozołu.
Zemsta i władza
Jest moc w pragnieniach niespełnionych,
Jest siła w niezaspokojeniu.
Miłością pragną rządzić trony,
A krzepną w zemście i zniszczeniu.
Jest wiedza w starych papierzyskach -
Masz moc, gdy więcej wiesz od innych.
Gdy ją posiądziesz - władzę zyskasz
Stwarzania winnych i niewinnych.
Władza i wiedza zemście służą,
Bezkarnie mści się więc, kto włada.
Gdy namiętności światy burzą,
Bękartem władzy jest zagłada.
Kiedy już zemsta z władzą gzi się,
Bękartem związku jest zagłada.
Gdy zemsta włada - władza mści się,
Gdy władza mści się - zemsta włada.
Ja mam też ciało, mam i duszę,
Ludzkie marzenia i odruchy,
Ale je nienawiścią skruszę...
Nie ujrzy nikt królewskiej skruchy.
Sługa też duszę ma i ciało,
Ludzkie odruchy i marzenia,
Ale je wykorzysta śmiało
Do własnych żądz zaspokojenia!
Dusza i ciało zemście służą,
Namiętnie mści się więc kto żyje.
Cokolwiek z duszy się wynurzy,
To w namiętności ciała zgnije.
Kiedy już zemsta z władzą gzi się,
Bękartem związku jest zagłada.
Gdy zemsta włada - władza mści się,
Gdy władza mści się - zemsta włada.
W oko, w nos...
W oko, w nos!
Krew za krew!
Cios za cios!
Z piąch go w splot!
Ból za ból!
Pot za pot!
Bić się, bić!
Bić się, bić!
Jeszcze dziś jeden z nich nie ma żyć!
Dalej! Szybciej! Dostał! Krwawi!
Krok do tyłu! - Zaczął mierzyć!
Schyl się! - On się z rudym bawi!
Tylko czeka, by uderzyć!
Mocniej! Mocniej W lewo! Z lewej!
Stracił ząb i więcej straci!
Trzymaj! Ciągnij go do siebie!
Staraj się ......
Bić się, bić!
Bić się, bić!
Jeszcze dziś jeden z nich nie ma żyć!
Mocniej! Mocniej! Kończ go! W oko!
Słabiej cofa się, uchyla.
Dobij go! I będzie spokój!
Charczy! Starczy jedna chwila!
Leży! Leży! Powstań z......
Tylko jeden cios wystarczy.
Atak był nieprawidłowy!
Kto nie żyje, ten nie walczy!
A na morzach rozbitkowie...
A na morzach rozbitkowie
Losy falom powierzali.
A po latach ląd odbierał
Skarby fali...
Dla mnie dzieci marynarzy
Swoich ojców głos pośmiertny
Z piasków plaż wygrzebywały,
By zarobić na cukierki...
Gromadziłem i suszyłem
W łamigłówki układałem.
Bo co dla nich było pyłem -
Dla mnie jest konfesjonałem.
Bo niewinność nie istnieje,
Stryczek się każdemu splecie:
Nawet Pismo Święte pieje -
"Poszukajcie, a znajdziecie"!
Mój los jest już przesądzony...
Mój los jest już przesądzony.
Mój los ma kształt zarządzenia.
Moje miejsce - w cieniu za tronem.
Moje życie to etykieta istnienia.
Ceremonie dworskich obyczajów,
Puste gesty, maski i stroje -
Wciąż przede mną samą skrywają
Moje piekło i niebo moje.
Chcę tajemnicy, chcę uniesień,
Chcę opętania, chcę natchnienia.
Wszak sekret życia tkwi w kobiecie...
Chcę wyczerpania, chcę omdlenia.
Będę krzyczała w komnat głuszy,
Gdzie szeptem płoży się obłuda.
Będę żądała życia dla ciała,
Zanim zabije mnie ta nuda!
Człowiecze, słuchaj mnie...
Człowiecze, słuchaj mnie, na Boga,
Jeśli ci radość życia droga.
Jałowiec nie przybliży nieba
I chmiel nam nie da czego trzeba.
Jak ty - zapewne ludźmi gardzę,
Bom ich z najgorszych widział stron.
Jak ty - z pogardy biorę marżę,
Za każdy łyk, za każdy ton.
Obejmij mnie, miły...
Obejmij mnie, miły, obejmij...
Przy tobie bezpieczniej i lżej mi.
Patrzcie, panienki! Kto chce niech posłucha,
Jak jedno z drugim o głupotach grucha.
Ona go kocha, a on się wykręca -
Zbyt już wyrosła, by ją wziąć na ręce.
Obejmij mnie, miły, obejmij...
Przy tobie bezpieczniej i lżej mi.
Cóżeś tak, Betsy, nagle oniemiała,
Czyżbyś się także w potworze kochała?
Od tej miłości znam bardziej koszmarną:
Gdy z tobą co dzień zdzieram dupę - darmo!
O czym tu gadać! Człowiek, jak człowiek.
Mnie tam ten jego grymas nie przeszkadza.
Ja w swoim życiu nie takie pokraki
Musiałam dźwigać za grosz byle jaki.
Ja bym nie poszła z kimś, kto jest kochany...
Ja bym nie poszła... Ja im zazdroszczę.
Raz w życiu kobiety miłość się zdarza,
Co ni barłogu nie chce, ni ołtarza.
Bywaj tu...
Bywaj tu, kto w szczęście wątpi,
Oto szczęścia przykład żywy:
Obydwoje są ułomni,
Obydwoje są szczęśliwi.
Ona ślepa, on okropny -
Razem się uparli istnieć,
By w miłosnym ogniu topnieć
I przyciągać wzrok zawistnych.
A do nory - bezwstydnicy,
Ze swym szczęściem, ze swą klęską.
I nie gorszyć mi stolicy -
Taka miłość to przestępstwo.
Kto szczęśliwy - ten bezbronny.
Ślepy chory jest w dwójnasób:
To przegranej sprawy stronnik,
Echo niedzisiejszych czasów.
Niech się kryje, niech się wstydzi,
Niech przeprasza, niech ucieka.
Czym jest życie - każdy widzi:
Życie nie jest dla człowieka.
A do nory bezwstydnicy -
Czas dla ludzi spektakl zacząć!
Śmieszyć ich i stroić miny -
Może szczęście nam wybaczą.
Do roboty aktorzyny -
Czas dla ludzi spektakl zacząć!
Śmieszyć ich i stroić miny -
Może szczęście wam wybaczą.
Może zbrodnie mi wybaczą...
Zaczynać grę...
Zaczynać grę! Zaczynać grę!
Na przedstawienie najwyższa pora.
Z nory - poczwaro - wyjdź! Pokaż się!
Chcemy ujrzeć potwora!
Chcemy się bać! Chcemy się bać!
Chcemy potwora! Niech nas zatrwoży!
Przychodź, potworze! Daj, co masz dać!
Chodź tu! Chodź tu, potworze!
Dostojni teatru mego klienci!
Nie tłoczcie się tak, mili moi.
Bo żaden z was nie wytrze z pamięci
Widoku, którego się boi.
Chcemy się bać! Chcemy się bać!
Pragniemy dreszczy! Niech nas zatrwoży!
Zdejmij ten kaptur! Graj, co mas zgrać!
Chodź tu! Chodź tu, potworze!
Chcemy się śmiać! Chcemy się śmiać!
Po tośmy przyszli, płacimy za to!
Zdejmij ten kaptur! Graj, co mas zgrać!
Śmiej się! Śmiej się, pokrako!
Nim przedstawienie zacznie się,
Zapłata się należy.
Nikt nie oszuka tutaj mnie,
I w kieszeń nie uderzy.
Do pensa - pens, do grosza - grosz;
Żebracze to miedziaki...
A przecież zbierze się z nich trzos,
I to nie byle jaki.
Nic tylko płać! Nic tylko płać!
Jemu za wszystko trzeba płacić!
Ostatni grosz swój, biedaku, strać,
By się karczmarz wzbogacił!
Od bębnów, beczek, łoju świec
Do baraniego mięsa;
Od dachu i siedzących miejsc -
Nieliche są ekspensa.
Za pieprz, za sól, za flaszek szkło
Podatki albo kratki.
Więc jakie - czy pomyśli kto -
Gospodarz ma wydatki?
My chcemy śnić! My chcemy śnić!
Po tośmy przyszli, płacimy za to!
Zdejmij ten kaptur! Graj, co mas zgrać!
Śmiej się! Śmiej się, pokrako!
Pożegnania...
Pożegnania, pożegnania, pożegnania...
Wyboisty czeka na człowieka szlak.
Otrzeźwimy się ze złudzeń,
Ochłoniemy z zasłuchania.
Pozostanie nam przebudzeń
Coraz bardziej gorzki smak.
O wielki opatrzności zamysł...
O tak, Orfeusze spod znaku powroza,
Poznacie, co piekło i prawdziwa groza...
O, wielki opatrzności zamysł
Niespodziewanie powierzony
Mnie, com się karmił odpadkami
Grzechów szlachetnie urodzonych!
Niejedna złamie się kariera,
Niejeden zbruka obraz czysty.
Kto gardził mną i poniewierał -
Poczuje, czym jest gniew statysty!
Drżyjcie, dzierżawcy łask kosmosu!
Sypniecie łzami i pieniędzmi.
Mam w ręku nici waszych losów,
A bezlitosny ze mnie nędznik!
Po nikłych podążałem śladach,
Sam - mniej niż nikt, zausznik szary.
Lecz nic w naturze nie przepada
I wraca - błyskawicą kary.
Ujawnię prawdę, przeszłość wskrzeszę,
A przeszłość to straszliwa bestia.
Unicestwieniem się nacieszę,
Bo prawda przecież - unicestwia!
To twoja twarz...
To, co naprawdę w swojej twarzy masz
Prędzej czy później los obnaży -
To przecież twarz! To właśnie twoja twarz -
Nie zedrzesz twarzy z własnej twarzy!
Inny ma sens najprostszy gest,
Inne znaczenie każde słowo -
A więc możliwe jednak jest,
By człowiek zrodził się nowo!
Nie zmieni sensu żaden gest
Słowami znaczeń nie zatarłam -
I nie wiem, kto dziś we mnie jest...
Czy się zrodziłam czy umarłam?
Wyzbyty brzemion, odrzuciwszy garb
Prędzej czy później - będę sobą.
Bezmiarem sił napełnię bukłak płuc,
By żyć nad światem, a nie obok.
Kim jestem? Skąd się we mnie wziął
Ten potwór? Ten szyderczy karzeł?
Czy ze mnie drwi, czy składa hołd?
Czy motylowi czy poczwarze?
Nieśmiało prężę zgięty grzbiet,
Ostrożnie biorę pierwszy oddech.
I wszystko widzę, jak we śnie -
Nic do niczego niepodobne.
To, co naprawdę w swojej twarzy masz
Prędzej czy później los obnaży -
To przecież twarz! To właśnie twoja twarz -
Nie zedrzesz twarzy z własnej twarzy!
Ja - to ja...
Nic nie miałeś - masz wszystko,
Byłeś maską - masz twarz,
Dostojeństwo, nazwisko,
Władzę, służbę i straż.
Świat, jak glinę ugniataj,
Dziel i rządź, prawa twórz!
Pragniesz szczęścia dla świata?
To mu władzą swą służ!
Świat jak glinę ugniataj -
Stwarzaj prawa i ład.
Już za samą ochotę
Podziękuje ci świat.
Masz wszystko, masz twarz,
Nazwisko, moc, straż!
Ugniataj, świat twórz!
Rządź światem i służ!
Ja mam honor i dla dworu
Ani myślę dawać łba!
Rządź więc tak jak chce intryga;
Ty - to ty, a ja - to ja!
Wolę w fale żółć wyrzygać
Niż oglądać wasze łby.
W dworskich żegnam was podrygach
Ja - to ja, a wy - to wy!
Wystrzegajcie się lawiny...
Wystrzegajcie się lawiny,
Która głazy furii toczy,
Bo pochłonie bez przyczyny
Tych, co otworzyli oczy!
Niech głuchota tu zagości!
Niech milczenie na was spada!
Czy ktoś ma tu wątpliwości?
Teraz milczeć! I nie gadać!
Gdybym choć milczał...
Gdybym choć milczał! (Kto milczy - myśli).
Ci, co milczeli - milcząc zawiśli
Łykając oszczerstw pomyje.
Więc śpiewam głośno, czysto, pogodnie,
We krwi mam słowa, w duszy melodię,
I milczę o tym - że żyję!
Pod tym sklepieniem - czegóż tu nie ma?
Jakiż tu mógłbym stworzyć poemat,
Gdybym się nie bał o szyję?
Tu żadne słowo siebie nie znaczy,
Śmiech głośny - maską głuchej rozpaczy,
Więc milczę o tym, że żyję!
Tej władzy poczujesz aksamit
Dopiero, gdyś syt i napojon!
Ascetów nie robią lordami!
Głoś chwałę Albionu i swoją.
Z łbem pustym, z pełnymi ustami.
Chciałam przekroczyć...
Zaszczujcie nagonką mnie wściekłą,
Jeżeli tego wam trzeba!
Pragnęłam wszak nudy mej piekło
Zamienić w kawałek nieba!
Chciałam przekroczyć tę granicę,
Od opętania do natchnienia;
I w głębię skoczyć pełni życia,
Do wyczerpania, do omdlenia!
Myślałam - młodość i uroda
Prawo dają mi do pragnień;
Może życie jest tylko nagrodą
Za śmierć - nim mnie w końcu dopadnie.
Chciałam przekroczyć tę granicę,
Od opętania do natchnienia;
I w głębię skoczyć pełni życia,
Do wyczerpania, do omdlenia!
I oto ja, co nie mam nic
Prócz swego piekła, swego nieba,
Stoję w łzach, połykam wstyd
I błagam - przytul, przyjmij, przebacz!
A miałem się za filozofa...
A miałem się za filozofa!
Samotność sławiąc w gorzkich strofach,
Stroniąc latami od mrowiska...
Nagle wystawiam myśl na pokaz -
Brawami tresowana foka -
I diabli biorą dumny dystans.
A ja się miałem za poetę,
Który przesiewa słów tandetę,
By odkryć tajne sensów więzy!
I przyjechałem w zgiełk bełkotu,
By zrywać ptaki serc do lotu,
W miejscu, gdzie schlebia się lub traci język.
A głos ostrzegał w duszy, na dnie -
Masz wszystko, gdy niczego nie masz,
I tak swych skarbów nie przeliczysz!
Więc pragnij prawdy, a nie pragnień,
Tak Homer żył i Diogenes,
Więc nie jedź, nie jedź do stolicy!
A ja się miałem za poetę,
Który przesiewa słów tandetę,
By odkryć tajne sensów więzy!
I przyjechałem w zgiełk bełkotu,
By zrywać ptaki serc do lotu,
W miejscu, gdzie schlebia się lub traci język.
Wszak tu strażnicy, urzędnicy,
Doktorzy praw, cień szubienicy,
I złota blask i mrok ciemnicy.
Fortuna twarz ma ladacznicy,
Więc nie jedź, nie jedź do stolicy!
Wznoszę się nad wami...
Wznoszę się nad wami z dumy,
Aż mi we łbie szumi.
Oto szczyty powodzenia,
Świat się w oczach zmienia.
Dziwka niech się rżnie, łotr czai
Na innego łotra.
Ja odchodzę z waszej zgrai,
Długo to nie potrwa.
Wiem, że wkrótce na dno spadnę,
Że mej sztuki skutki żadne.
Tłum nie myśli, Bóg się nudzi -
Piekło jest wśród ludzi.
Oto tłum, co wrzawę wznosi,
Pan zaś ciska grosik.
Oto świat artystów,
Póki żyje ze swej sztuki.
Dalej męczcie się w tym świecie
Nieproszeni znikąd goście!
Cóż, że żywi zostaniecie? -
Ja wam nie zazdroszczę!
Wiem, że wkrótce na dno spadnę,
Że mej sztuki skutki żadne.
Tłum nie myśli, Bóg się nudzi -
Piekło jest wśród ludzi.
Do roboty aktorzyny -
Czas dla ludzi spektakl zacząć!
Śmieszyć ich i stroić miny -
Może zbrodnie wam wybaczą.
Może szczęście mi wybaczą...
Udręczone oczy wznieś...
Udręczone oczy wznieś
Na przestrzeń, którą odpływam.
Na spokojną nieba toń
I na mnie, która cię wzywam.
Na kruchutkich łódek ślad
Wśród burzy. Na ich kadłuby,
Co przez chwilę trwają jak iskierka,
Dążąc do zguby.
Zamienionym w gwiazdy
Tylko nam w bezkresach lśnić
Złudne drogowskazy.
Tezeuszom - wątła nić.
Światło na manowcach.
Piosnka na wędrowca głos.
Wróżba na orbitach,
Z której ktoś odczyta - los.
Stąd spoglądać będziesz w dół -
Na ten ocean klęsk,
Gdzie się w pętlę splata noc
I dzień za dniem.
Pojmiesz tu, że ziemia trosk
Jest nieba dnem.
Coś wycierpiał i coś czuł -
Ma cel i sens.
Udręczone oczy wznieś
Na szlak spokojnych snów,
Bo już nie zagrożą ci
Otchłanie burz.
Odtąd nie należysz ty
Do świata już;
I nie zrani ciebie śmiech,
Ni salwa słów.
Zamienionym w gwiazdy
Trzeba nam w bezkresach lśnić
Złudne drogowskazy.
Tezeuszom - wątła nić.
Tym, co błądzą jeszcze
Po manowcach nieszczęść w sny -
Cóż możemy wysłać?
Spadającą iskrę - łzy...