Pamięci prof. Alfreda Rachalskiego

Życie jest śmiechu warte, więc się z niego śmieję
Choć na paru zasadach jednak mi zależy:
Nie mam zwyczaju pijać wina, nim dojrzeje,
Do ust owoców morza nie biorę nieświeżych.
Raczej zmilczę, niż powiem coś, co nic nie znaczy –
Bezsensu dzieckiem chaos, gwałt dzieckiem chaosu;
Szczęścia gwałtem nie pragnąc, unikam rozpaczy,
Można mnie skrzywdzić, wyśmiać – upodlić nie sposób.

Mogę upodlić się sam – przełknąwszy pogardę
Błyszczeć wśród stręczycieli, morderców, lichwiarzy,
Którzy myślą, że rządzą… uśmiech mieć na twarzy
I piać głośno z zachwytu nad Ahenobarbem.

Ale złych wierszy nie da się słuchać bez wstrętu,
Na uczcie Trymalchiona sycić się bez mdłości.
Chamstwo się szybko w togach senatorskich mości,
Lecz nie skryje bezguścia, nie zgubi akcentu…

Niemniej musimy wstydzić się wiedzy i smaku,
Ukrywać się z wykwintem słowa, dzieła, gestu,
By czasem nie urazić dostojnych pętaków,
Nie budzić gniewu bogów i nie drażnić plebsu.

W tym bajorze, co z naszych czasów pozostanie
Lękam się, że po władzę sięgną chrześcijanie…

Po naszym rozbestwieniu przyjdzie na nich pora:
Dysząca żądzą zemsty bezwzględna pokora.

Kara za uśmiech, zapach, dotyk i spojrzenie,
A za miłość do piękna – wieczne umartwienie.

Tęsknisz do mogiły, tarzasz się w popiołach,
Lecz nie wolno ci umrzeć, aż cię Bóg przywoła.

Nie należy istnienia traktować zbyt serio,
Choć jest próbą wierności. Śmiercią płacisz wierność.

Nie należy się życiem zbyt łapczywie sycić –
Śmierć w męczarniach z przeżarcia – co to jest za życie?

Nie należy się życia zbyt kurczowo trzymać –
Strata bardziej zaboli, a ucieczki nie ma.

Tak czy tak nas zabije – ogniem, krzyżem, nożem

Dzisiaj – ludzka nienawiść.

Jutro – Miłość Boża.

Nawet, jeśli unikniesz wyroku, czy kary

Umrzesz.

Chory, jęczący, bezsilny, bo stary.

Tyle trudu, co pluskwę po ścianie rozmazać.

Ani chwili na chichot. Odraza, odraza…

Czy nie lepiej więc zająć się sobą zawczasu?

Oszczędzając i bogom, i ludziom ich czasu?

Wedle swych upodobań,

Gustów i skłonności?

Samemu,

Z ukochaną?

Przy uczcie wśród gości?

Nie dając satysfakcji ludziom ani bogom,

Że nam życie odebrać lub darować mogą…

Wolę sam sobie wręczyć ten jedyny prezent.

Tyle krwi.

Tyle żółci.

Za dużo.

Już bredzę.

Z białej dłoni wyrasta purpurowa gałąź
Ciepłe ciało Arbitra z wolna się marmurzy
Tyle woli w człowieku ile krwi w kałuży
Niemało

Jacek Kaczmarski
Osowa, 12.12.2003

Informacje dodatkowe

Inspiracja

brak

Jacek o

brak

Rękopis / Maszynopis

brak

Nuty

brak

Nagranie

brak