Syndrom manny

Syndrom manny2017-10-10T10:02:37+00:00

Miejscowość Mannahill była jednym z wielu chwilowych postojów w trasie Perth – Sydney – Malbourne – Adelajda – Perth ( ok. 12 tys kilometrów ), jaką przebyliśmy z przyjaciółmi w pierwszej połowie października zeszłego roku. A jednak pozostała w pamięci, nie tylko dzięki otrzymanemu tam wierszykowi, który przytaczam w wolnym tłumaczeniu – wiersz.

Monnahill leży w południowo-zachodniej części stanu Południowa Australia i składa się z opustoszałej stacji kolejowej, sklepu oferującego szwarc, mydło i powidło oraz hotelu. Hotel to parterowy budynek, którego większą część zajmuje pub. Pokoje gościnne na tyłach zabudowań wychodzącą na stepowy płaskowyż, który zdaje się nie mieć końca. Front hotelu wychodzi na stację kolejową, za którą rozprzestrzenia się ten sam stepowy płaskowyż. Oficjalna liczba mieszkańców Monnahill – siedem osób.

Kiedy zajechaliśmy tam późnym popołudniem, najwyraźniej całą ludność była obecna w pubie, żeby oglądać wspólnie finałowy mecz footie, australijskiej odmiany rugby, w którą grają jedynie Australijczycy, dzięki czemu są w nią niewątpliwie najlepsi. Przed hotelem stały trzy oblepione czerwonym mułem wozy terenowe, przy barze siedziało czterech mężczyzn ” prosto od pługa “, za bilardowym stołem potykała się o kije trójka dzieci. Mimo panującego na zewnątrz upału w kominku palił się ogień, podsycany ogromną belką podpartą z jednej strony parą kółek. W miarę spalania nawet dziecko było w stanie podsycić płomień.

Ściany wytapetowano starymi workami. Wzdłuż jednej z nich ustawiono gabloty z eksponatami: starymi aparatami fotograficznymi, słoikiem ze skorpionem w formalinie, małym drewnianym młoteczkiem na pąjąki (podpis brzmiał: ” Redback killer “) i zdjęciem zastrzelonego psa dingo, z wyjaśnieniem, że było to wyjątkowo przebiegłe zwierzę, odpowiedzialne za śmierć wielu owiec; podano datę strzału, który zakończył jego karierę, i nazwisko autora wyczynu.

Redback jest symbolem wszystkich australijskich pająków, zdolnych swoim ukąszeniem sprawił człowiekowi ból lub autentyczną krzywdę. Mimo to, kiedy w czasie stanu wojennego któryś z polskich artystów mieszkających w Australii stworzył plakat przedstawiający Redbacka z czerwonym sierpem i młotem na odwłoku w miejsce czerwonej plamki, podniosły się słowa protestu, jakby urażona została godność symbolu właśnie.

Nad barem wzniesiono drewniany okap sprawiający wrażenie, jakby pokryto go wyszukanym azjatyckim ornamentem. W rzeczywistości ornament tworzyły tysiące podpisów składanych przez przejezdnych. Wraz ze zdjęciem dingo, skorpionem i aparatami fotograficznymi świadczyły o historii tego miejsca istniejącego na skraju terenów niedostępnych, pustynnych i zamkniętych dla człowieka, bo skażonych brytyjskimi próbami nuklearnymi. Miejsca, gdzie przyjęto nas z przychylną obojętnością, wręczając za opłatą australijskiego dolara przytoczony wierszyk, adres i telefon z dopiskiem: “Wykręć ten wszawy numer! “.

Dzięki temu dystansowi w stosunku do poczucia własnego znaczenia, opatrzonej humorem kokietliwej samodeprecjacji, o istniejącym od 1866 roku Monnahill wie bardzo wiele osób w Sydney czy Melbourne, a zagraniczni turyści przyjeżdżają właśnie tam, żeby zobaczyć, jak wygląda australijski “środek niczego”, mimo że takich miejsc jest znacznie więcej. Nie potrafiono jednak odpowiednio sprzedać ich nijakości, stworzyć atutu z ich zapuszczenia i osamotnienia.

Traf chciał, że wracaliśmy przez Południową Australię inną drogą i na sto kilometrów przed Adelajdą zaczęło brakować nam benzyny. Zjechaliśmy z autostrady na Gallington, gdzie według mapy i drogowskazów powinna znajdować się stacja benzynowa.
Była już noc, wiał huraganowy wiatr, kręcący na bocznych drogach diabły z piasku. Ciemno, choć oko wykol. Stacja przywitała nas napisem: “Po siódmej wieczorem pod żadnym pozorem benzyny nie sprzedaje się”. Odnaleźliśmy miejscowy pub, jedyny oświetlony w okolicy barak. Szynk, jak z dobrego westernu, brudny i zaniedbany. W środku wszyscy pijani i czekający na pretekst do bójki. Chciałem zadzwonić do czekających na nas w Adelajdzie przyjaciół, uprzedzić, że się spóźnimy. Barman wyjął z ukrycia telefon i ostrymi słowami odpędził od baru kobietę blokującą mi dostęp do aparatu. Broniła się rozbrajająco, że jest zbyt pijana, żeby zejść ze stołka. Jej towarzysze wydawali się gotowi stanąć po stronie poszkodowanej. Barman poinformował nas (być może po to, by uniknąć kłopotów), że dziesięć kilometrów dalej jest miejscowość, w której dla odmiany benzynę sprzedaje się od północy, nie wcześniej. Taki lokalny podział usług dla ludności.
W Melbourne okazało się, że nasza wiekowa już kamera wideo jest uszkodzona. Polak, u którego się zatrzymaliśmy, polecił nam warsztat Wietnamczyka w tej samej dzielnicy. Wietnamczyk miał być szybki i niedrogi.

Warsztat wyglądał na podrzędny skład starzyzny, ale mieliśmy wiarę w azjatycką smykałkę do elektroniki, pracowitość i solidność. Właściciel przyjął zamówienie i ustalił stosunkowo niewielką cenę. Po dwóch godzinach zadzwonił, że potrzebuje czystej kasety i świeżej baterii. Pojechałem do sklepu, kupiłem, co trzeba, i dostarczyłem majstrowi. Po następnych dwóch godzinach zadzwonił znowu i zażądał kabli do sieci oraz transformatora. Zebrałem wszystkie kable, wziąłem transformator i zawiozłem do warsztatu. Pogodny dotąd rzemieślnik przywitał mnie wściekłym wrzaskiem. Jak on ma naprawiać gównianą kamerę, jeśli nie ma jej jak podłączyć? Odpowiedziałem grzecznie (wyniesiona z Polski odruchowa uprzejmość wobec wszechwładnych rzemieślników), że jestem tu już trzeci raz i dotąd nie mówił mi nic o kablach. Odwrzasnął, że nie musiał mówić, bo byle idiota wie, co jest do kamery niezbędne. Odpowiedziałem trochę ostrzej ( po raz pierwszy ktoś w Australii na mnie krzyczał, nie licząc żony ),że od tego on ma warsztat, w którym powinno być to, co trzeba, skoro przyjął robotę, i żeby na mnie nie krzyczał.

Na co szybki i niedrogi wietnamski specjalista zabrzmiał, że nie ma prawa, które by mu zabraniało krzyczeć, za to on nie potrzebuje gównianych klientów. Wobec czego zabrałem kamerę i całą resztę i wyszedłem.

Zastanawialiśmy się, co go ugryzło. Padła koncepcja, że nie wiedział, jak naprawić kamerę, więc się wściekł i zwalając winę na mnie, ocalił swoją twarz jako rzemieślnika. Ktoś podsunął myśl, że Wietnamczyk, jako Azjata, coś brał i akurat był na głodzie. Usiłowaliśtny też usprawiedliwić go założeniem, że być może wiele przeszedł w swoim nieszczęsnym kraju, być może należał do ” boat people ” i jako taki godzien jest współczucia. Kamera nadal jednak nie działała.

Skorzystaliśmy z kolejnego polecenia i udaliśmy się do polskiego specjalisty, który nie dość, że przyjął nas uprzejmie, nie dość, że naprawił kamerę za niewiele wyższą cenę, ale jeszcze dorzucił pikantną kasetę z Kasią Kozaczyk, która – jak głosił opis filmu na oryginalnym opakowaniu – “odznacza się niespotykanym urokiem i tajemniczym uśmiechem Giocondy”, o czym świadczyło zamieszczone obok zdjęcie aktorki wychylającej się w stroju Ewy przez parapet, tyłem do oglądającego.

Zadowoleni zasiedliśmy wieczorem, by delektować się zaletami Kasi Kozaczyk. Niestety – kaseta okazała się amatorską kopią, co przejawiało się tym, że ilekroć Kasia Obdarzona Uśmiechem Gicxondy pojawiała się w kadrze, tylekroć obraz dostawał drgawek (jak w naszej kamerze przed naprawą) i cały trud aktorski wschodzącej gwiazdy szedł na marne.

W ten sposób, na małym przykładzie podróży trojga przyjaciół przez Australię, poznaliśmy proste zasady działania wolnego rynku. Odtąd zawsze będę polecał znajomym odwiedzającym ten kontynent, żeby w miarę możliwości nie przepuścili okazji zobaczenia Monnahill, natomiast za wszelką cenę unikali braku benzyny w okolicach Gallington. Atrakcje oferowane w Gallingtun są powszechnie dostępne w Warszawie na Pradze. Szkoda pieniędzy na bilet lotniczy. Zawsze też, w wypadku kłopotów ze sprzętem elektronicznym, odradzać będę szybkiego i niedrogiego Wietnamczyka, a polecę polskiego fachowca jako specjalistę od kamer, natomiast partacza w kopiowaniu tajemniczego uśmiechu Kasi Kozaczyk.

“Gazeta Wyborcza” nr 2, wydanie waw z dnia 1998/01/03-1998/01/04, dział ŚWIĄTECZNA, s. 14