Śmierć pisarza

Śmierć pisarza2015-09-01T06:54:07+00:00

Podczas wczorajszego pijaństwa ludzi myślących, wśród których się obracam, zaszło godne uwagi zdarzenie. Godne uwagi dlatego, że przestaliśmy pić w gronie ludzi myślących (albo spowolniliśmy picie) i zaczęliśmy myśleć. Stało się to za sprawą mojej, poważnie mówię, najdroższej, która pracuje jako sekretarka w jednym ze środków masowego przekazu. Przyszła w połowie bankietu i mówi tak:

– Zjawił się u mnie (tu padło nazwisko wielkiego pisarza) i spytał, czy to prawda, że umarł… ten, no…

Tu relacja mojej najdroższej urwała się, bowiem dysponując wszelkimi zaletami osoby godnej szacunku nie dysponuje ona pamięcią i to w najjaskrawszych przypadkach. Rozkoszując sie strofami w rodzaju – “Trzy razy księżyc obrócił się złoty” lub – “Niech ryczy z bólu rany łoś” nie jest w stanie zapamiętać kto je stworzył, a raczej – pamięta kto je stworzył, tylko nazwisko twórcy nijak nie przychodzi jej na myśl. Są tacy ludzie. Nic więc dziwnego, że nie mogła sobie przypomnieć, kto, według pytania wielkiego pisarza, umarł. Pisarz ów, naprawde wielki, szczerze mówię, bardzo był przejęty śmiercią swego – jak go określić – nie zapamiętanego przez nią kolegi po piórze (uczucie łączące pisarzy żywych w stosunku do pisarzy zmarłych), ponieważ czuł się w obowiązku napisać o nim wspomnienie, a nie był pewien, czy podmiot wspomnienia rzeczywiście umarł. Chcąc pomóc autorowi potencjalnego wspomnienia, zaczęliśmy się zastanawiać, kto mógł umrzeć z tych, o których wspomnienia warto pisać.

– Brzmiało to jak “Bryś” – powiedział moja najdroższa, pragnąc przyczynić się do naszego myślowego śledztwa – ale nie było na “B”.

– Brycht! – wykrzyknął ktoś z nadzieją, nie biorąc pod uwagę danych dostarczonych przez świadka.

– Mówię, że nie na “B” – powtórzyła swoje świadectwo i dodała dla ułatwienia, że w końcu lat sześćdziesiątych czytała coś zmarłego i że to było dobre. Zdecydowanie ograniczyło to pole naszych poszukiwań.

– Brandys! – powiedziałem bez przekonania, znając naturę informatorki i opowiadanie Czechowa o końskim nazwisku. Nie wierzyłem jednocześnie, że śmierć któregokolwiek z braci ominęłaby towarzystwo ludzi myślących, wśród których się obracam.

– Nie na “B” – zwróciła mi uwagę pewna znawczyni brydża, nazwisk i krzyżówek.

– Orłoś – rzucono z kuchni, gdzie znajdowała się nasza legalna melina; zapewne w przekonaniu, że jeśli pierwsza litera się nie zgadza, to ostatnia na pewno.

– Orłoś żyje i akurat jest na Zachodzie – padła odpowiedź usuwająca Orłosia z kręgu tematów wspomnień wielkiego pisarza.

Rzucono pomysł, żeby do niego zadzwonić, ale choć zapewne też nie spał, była druga w nocy i nie wypadało.

– Konwicki – zaproponował zamyslony pod oknem, ale ze zwątpieniem.

– Parnicki! – krzyknięto krótkim chórem, zanim zdaliśmy sobie sprawę, że już nie żyje. Rym robi swoje.

– To chyba nikt z opozycji – wtrąciła moja najdroższa beznadziejnie.

W ten sposób uśmierciliśmy w zasadzie połowę naszej literatury, szukając trupa. Przykro przyznać – nadzieja mieszała sie z rozpaczą, nazwiska z twórczością. Niemniej nie była to zła noc, dopóki ktoś nie zawołał:

– Tu jeszcze coś jest!

Zobaczymy jutro.

11 grudnia 1988

“Brulion”, nr 10, 1989, s.100-101.

Wielkie podziękowania dla Simona za odnalezienie i przepisanie tekstu.