Tęskniliśmy za demokracją jak licealista za pierwszą randką. I kiedy przyszła, okazało się, że nasza ukochana znudzona już jest samą sobą, mało zainteresowana nami, przesycona pieszczotami.

Robert Arthur Talbot Gascoyne-Cecil, lord Salisbury, ostatni premier Wielkiej Brytanii XIX wieku, uosobienie imperialnego konserwatyzmu jako wiktoriańskiej racji stanu, sprzeciwiał się rozszerzeniu prawa wyborczego na masy pracujące. Liberałowie schlebiają klasie robotniczej “jakby różniła się od reszty społeczeństwa angielskiego” – relacjonuje jego poglądy Barbara Tuchman w książce “Wyniosła wieża” – podczas gdy w rzeczywistości jedyną różnicę stanowi niższe wykształcenie i mniejszy majątek, a “skoro majątek jest mały, niebezpieczeństwo nadużycia uprawnień jest proporcjonalnie duże”.

Funkcjonowanie demokracji stanowi, zdaniem lorda Salisbury, “zagrożenie dla wolności, gdyż w demokracji >>namiętność nie jest wyjątkiem, lecz regułą<< i nie można absolutnie oczekiwać dalekowzrocznej, beznamiętnej polityki >>od ludzi, których umysł nie jest przyzwyczajony do myślenia ani wdrożony do nauki<<. Rozszerzenie prawa wyborczego na ubogich i zwiększenie opodatkowania bogatych doprowadziłoby w końcu, jak pisał, do całkowitego rozdziału władzy i odpowiedzialności: >>Bogaci płaciliby wszystkie podatki, a biedni ustalaliby wszystkie prawa<<". "Wyniosłą wieżę" Barbary Tuchman, traktującą o zmierzchu, jakże atrakcyjnym, świata przed I wojną światową, czytałem po raz pierwszy dziesięć lat temu. Postawa i poglądy patrycjusza lorda Salisbury rozbawiły mnie i obruszyły nieco. Zaangażowany w walkę o demokrację w Europie Środkowo-Wschodniej myślałem sobie: jak on mógł nie widzieć tego, co nadchodzi, tego, co nieuchronne? Czytając obecnie wydanie polskie (podziękowania dla Bellony) nie mogę oprzeć się myśli: jak on widział to, co nadchodzi, to, co nieuchronne. Janusz Korwin-Mikke mówi to, co mówi, ze stuletnim wobec Roberta Cecila opóźnieniem. W 1986 roku, w tym samym mniej więcej czasie, gdy beznadziejny opór brytyjskiego arystokraty przed demokracją budził moją wesołość, miałem okazję wystąpić jako "emisariusz Solidarności"na forum sydneyskiego Adam Smith Society - klubu przedsiębiorców i pracodawców, których miałem zainteresować losem prześladowanego w Polsce związku. Mówiłem dużo o niepodległościowym i antykomunistycznym charakterze solidarnościowej walki, o jej wymiarze moralnym. Moich słuchaczy ciekawił jednak bardziej gospodarczy program demokratycznej opozycji spod związkowej flagi z gdańskim gotykiem. Zrozumiałem nagle, że mówię do ludzi, którzy związki zawodowe traktują jako swego naturalnego wroga. Stwierdziłem więc, że "Solidarność" dąży do przywrócenia normalnych praw ekonomicznych, rządzących rynkiem i produkcją, w miejsce ideologicznego absurdu, jakim była ekonomia polityczna socjalizmu, ów "trumf nauki nad rozumem". Dowcip został przyjęty, atmosfera się ociepliła. Dziś nie umiem pozbyć się wrażenia, że moi przemili i przychylni odbiorcy z Adam Smith Society w Sydney wiedzieli lepiej niż ja, czego się spodziewać po związku zawodowym. Mieliśmy pecha odzyskując wolność i odbudowując demokratyczny ład akurat w okresie kryzysu demokracji w świecie i rozmywania pojęcia wolności. Czekaliśmy na demokrację, tęskniliśmy do niej jak licealista do pierwszej randki tylko po to, by się przekonać, że nasza ukochana znudzona już jest samą sobą, mało zainteresowana nami, przesycona pieszczotami. Nie mogło być inaczej. Pomijając fakt, że spełnienie nigdy nie dorównuje oczekiwaniom, nie braliśmy pod uwagę tego, że demokracja osiągała szczyty powodzenia i sprawności jako alternatywa systemów totalitarnych - faszyzmu i komunizmu. To ich istnienie mobilizowało ją do eksponowania swoich zalet, człowieczeństwa i nieograniczonych możliwości. Po upadku komunizmu przestała być fetyszyzowana i jak kobieta, która wie, że nie budzi już dreszczu emocji, zaniedbała się, pozwoliła sobie na rozkosze przesytu. Zaniedbana demokracja jest nudna. Nie posiada twarzy, nie dysponuje tajemnicą indywidualności. Masy nie znoszą nudy, oczekują atrakcji, logiki telewizyjnego serialu, a zgodnie z regułami demokracji mogą wyłonić z siebie jedynie kolejne schematy. Tym się tłumaczy rosnąca od lat atrakcyjność nieformalnych lub nawet nielegalnych związków społecznych, zwłaszcza mafii. Demokracja jest anonimowa, nie odwołuje się do indywidualnych doświadczeń, do archetypicznych zachowań. Mafia jest strukturą rodzinną, hierarchiczną, gdzie każdy ma swoje imię i swoją rolę do spełnienia z ograniczoną - co szczególnie ważne - odpowiedzialnością. Mówiono w swoim czasie, że w Bułgarii komunizm funkcjonował względnie sprawnie, bowiem Żiwkow oparł jego działanie na zrozumiałej dla Bułgarów klanowości, nepotyzmie, na związkach rodzinnych. Gdybyśmy chcieli szukać analogii, to u nas należałoby ratować funkcjonowanie demokracji przez odwołanie się do solidarności parafialnej. Ale czy można ratować demokrację za pomocą instytucji, które pozostają poza porządkiem demokratycznym? Odnoszę wrażenie, że przywódcy Akcji Wyborczej Solidarność liczą na to. Że wierzą w powtórkę roku 1979, kiedy przyjechał do Polski Ojciec Święty i odmienił dusze. Ale wówczas przyjeżdżał do kraju dogorywającego komunizmu, do kraju gnuśnej niewoli. Obecnie pojawił się w kraju kłopotliwej wolności, a to nie to samo. Masy, nawet te głęboko wierzące, muszą zdać sobie sprawę, że podstawą funkcjonowania zdrowego społeczeństwa są zdrowe relacje ekonomiczne. Pan Bóg, choćby z tej przyczyny, że jest wszechmocny - wcale nie musi być dobrym ekonomistą czy administratorem, co zresztą widać po jego dziele. Mamy szczęście, że odbudowujemy demokrację akurat w okresie jej kryzysu w świecie. Unikamy pokusy absolutyzowania jej, zamieniania, jak to wspaniale powiedział śp. Karel Kryl - w demokraturę. Możemy się przyzwyczaić do tego, że jest tylko pewnym mechanizmem współżycia, niedoskonałym, tym lepszym, im mniej widocznym, mniej zaprzątającym czas i myśli. Bo rzeczywiście demokracja nie zastąpi nam duchowności, a duchowość z demokracją nie ma nic wspólnego. Zwłaszcza dla arystokratów ducha. Z kolei nie można na tej podstawie przeciwstawiać demokracji - Kościoła, odwołując się do głośnej tezy, iż wiek XXI będzie wiekiem wiary albo nie będzie go wcale. Kościół to też instytucja, mechanizm współistnienia wiernych. Wiek wiary to nie znaczy koniecznie - wiek Kościoła... Nie absolutyzując demokracji możemy się jej uczyć. Znając jej pułapki i paradoksy - z paradoksem lorda Salisbury na czele - nie musimy się jej bać. Odrzucanie demokratycznych zasad współżycia, wartości demokracji - wynika najczęściej z lęku, że się nie będzie ich umiało zastosować. Zamiast spróbować - łatwiej odrzucić, stwierdzić, że są obce lub głupie. Pływanie nie ma sensu - mówi moja żona, która się boi wody. Jacek Kaczmarski Nadesłała Ewa