Od nauki do rozrywki

Od nauki do rozrywki2015-09-01T07:56:44+00:00

Jacek Kaczmarski z Two Rocks

Fukuyama ogłosił koniec historii, w typowo beztroski dla naszych czasów sposób odcinając dotychczasowe doświadczenia ludzkości od tego, co ją czeka w nadchodzących dziesięcioleciach. Wspaniałe alibi dla tych wszystkich artystów (nie tylko od pióra), którzy uważają, że świat i człowieka należy wymyślić od początku, nie oglądając się na lamus dokonań ich poprzedników. W końcu dyskurs z dziełami nieżyjących twórców wymaga wysiłku zapoznania się z nimi i zachowania reguł intelektualnej uczciwości. Po co, skoro rynek i tak kocha (choć wyjątkowo niestała to miłość) blichtr nowości. Człowiek się jednak nie zmienia i to, co się wydaje wymyślone od początku (jak znaczna część literatury z gatunku fantasy), okazuje się mierną kopią nieprzeczytanych baśni, mitów i wydarzeń historycznych tworzących ów odrzucony lamus.

Tymczasem starzy mistrzowie anglojęzycznej powieści historycznej mają się całkiem dobrze. Pisałem już na tych łamach o drugiej części losów “Małego Wielkiego Człowieka” Thomasa Bergera, pieczołowicie odtwarzającej cywilizacyjny przełom w historii Stanów Zjednoczonych. Bryce Courtenay, pisarz australijski pochodzenia południowoafrykańskiego, odnosi sukces swoją “Trylogią australijską”, której stylistyka i korzenie fabularne tkwią mocno w tradycji dickensowskiej. W tym roku trzydziestolecie narodzin obchodzi Harry Flashman, fikcyjna postać literacka, dziecko George’a MacDonalda Frasera, bohater jedenastu powieści opisujących wiktoriańskie imperium Brytyjczyków z punktu widzenia tchórza i intryganta rzucanego przez los w wir wydarzeń historycznych. Cykl, w którym można się doszukać z kolei inspiracji Thackeraya, wyśmiewa hipokryzję epoki, niekompetencję polityków i dowódców uważanych do dziś za bohaterów narodowych, ujawnia krwawą cenę decyzji podejmowanych w religijnym lub cywilizacyjnym zaślepieniu, a jego mottem mogłoby być: odważni gniją w grobach, cwanych łajdaków obwiesza się orderami.

Bestsellery wydaje też nadal Wilbur Smith, autor powieści historyczno-przygodowych, w odróżnieniu od wyżej wspomnianych obecny na polskim rynku. Jego liczący dwadzieścia osiem pozycji dorobek, to fabularyzowana historia Afryki Południowej i Rodezji (sagi rodu Courteneyów i Ballantyne’ów), a także poemat fascynacji kontynentem afrykańskim, od czasów starożytnego Egiptu do dnia dzisiejszego. Osadzone w historycznych realiach opowieści Smitha przesycone są pięknem i okrucieństwem afrykańskiej przyrody, a jego pełnokrwiste, zmysłowe postaci zdają się być jej częścią: Eros i Thanatos rządzą ich motywacjami, jednostki słabe ulegają manipulacjom silniejszych lub giną, jednostki wybitne skazane są na samotność.

Najnowsza powieść Wilbura Smitha “Warlock” (Macmillan 2001) to trzecia część trylogii o starożytnym Egipcie, kontynuacja “Boga Nilu” (Albatros 2000). Jest tu i szekspirowska niemal walka o władzę i o niemożliwą miłość, ale przede wszystkim człowiek wobec barier poznania, które musi przekroczyć, by ocaleć. Brzmi to wzniośle, ale Smith potrafi historię fikcyjnych bohaterów i prawdziwych zdarzeń przedstawić w sposób fascynujący. Prawdopodobnie tego prawie siedemdziesięcioletniego pisarza i podróżnika urodzonego w Rodezji afrykański świat nadal fascynuje.

Problem w tym, że zawarta w tych powieściach wiedza historyczna służy rozrywce. I w gruncie rzeczy są to książki rozrywkowe, “wypełniacze czasu”. Parę lat temu Jerzy Jedlicki zauważył słusznie, że ludzie niechętnie sięgają do dokumentów przeszłości; wolą otrzymywać fakty historyczne w atrakcyjnym opakowaniu. To opakowanie mające ułatwić trawienie staje się coraz częściej głównym pokarmem. Historia, zamiast być nauczycielką życia (ponoć nigdy nikogo niczego nie nauczyła) stała się, z całą swoją grozą i gorzką prawdą o człowieku, jeszcze jedną zabawką, żonglerką odciętymi głowami i płonącymi cywilizacjami. Wbrew zapowiedziom Fukuyamy człowiek będzie więc nadal tworzył historię, z beztroską energią, zachłannością i niewiedzą o sobie samym. By kiedyś mieć czym się bawić.

Nadesłał Marcin Perkowski

06.06.2001

Teksty dostępne także w archiwum Rzeczpospolitej On-Line www.rzeczpospolita.pl