Na szczęście jest miłość

///Na szczęście jest miłość
Na szczęście jest miłość2015-09-01T07:48:46+00:00

Umówiliśmy się z Jackiem Kaczmarskim, na krótko przed jego śmiercią, że ten felieton wydrukujemy jesienią. Kiedy porusza się prawdy poważne, a temat wyczerpuje solennie. Jak choćby rywalizacja płci. Spór o różnice damskich i męskich charakterów. Był Jacek zbyt dobrym felietonistą, by nie zauważyć, że to jest tylko gra. I że kobieta zawsze wygrywa.

W ukochanej książce mojego dzieciństwa “Cyryl, gdzie jesteś” niezapomniany Wiktor Woroszylski stworzył rodzeństwo bohaterów – Lutka i Ludkę – odtąd w moim pojęciu archetypy mężczyzny i kobiety. Lutek bowiem ma przydomek “cały świat na mojej głowie”, a Ludka – “sama widziałam”. Zasadniczo różne, trzeba przyznać, pomysły na życie.

Takim Lutkiem byłem i w znacznym stopniu nadal jestem ja sam. Kolejne kobiety w moim życiu, od Babci Lusi, a na drugiej żonie kończąc, z postawy “Lutek – cały świat na mojej głowie” czyniły mi zarzut. Ich zdaniem przejmowanie się losem smoków z Commodo lub sytuacją w Timorze Wschodnim to ucieczka od rzeczywistości, pretekst do wymigania się od codziennych, przyziemnych obowiązków wnuka, ucznia, ojca i męża wreszcie. Nie mogąc być sędzią we własnej sprawie, nie wykluczam, że w pretensjach tych jest coś na rzeczy, z drugiej jednak strony jest coś pięknego w trosce o sprawy dalekie, a nie tylko o własne portki. Co więcej, to bezinteresowne zaangażowanie w sprawy wszelkich niegodziwości dziejących się na świecie przejąłem od Dziadka Stasia – komunisty, który sam wówczas nie pojmował, że akurat komuniści w swej ideologii międzynarodowego zaangażowania mieli swój bardzo konkretny i niegodziwy interes. O ile zresztą dziecinne opowiedzenie się Lutka po stronie Murzynów w Katandze może mieć w powieści Woroszylskiego wymiar humorystyczny, o tyle dziś, w epoce globalizacji, w czasach rządzonych prawami wielkich liczb, wszystko wiąże się ze wszystkim, ruch skrzydeł motyla w Amazonii może wpływać na stan giełdy w Singapurze, który z kolei nie jest obojętny dla części polskiej gospodarki, a od niej zależy kurs złotówki; jakże tu nie interesować się amazońskimi motylami, skoro zarabiam w złotówkach?

“Ludkami – sama widziałam” była i jest większość znanych mi kobiet. Rozwinięcie tego przydomka brzmi: nie sil się na logiczne i erudycyjne argumenty, ja wiem lepiej. Zgodnie z postmodernistycznym powiedzeniem, że prawda jest w oku patrzącego. To instynktowne przekonanie o wyższości własnej, subiektywnej racji nad argumentem daje Ludce nad Lutkiem nie dającą się przecenić przewagę. Logika i erudycja bowiem zmuszają Lutka do opanowania ogromnej, gromadzonej przez epoki wiedzy (niejednokrotnie wewnętrznie sprzecznej), uwzględniania wszelkich za i przeciw, podczas gdy prawda Ludki jest jedna, jedyna i niepodzielna. Żeby dowieść tego na konkretnym przykładzie, wystarczy przyjrzeć się, jak oboje opanowują złożenie i uruchomienie nowego sprzętu gospodarstwa domowego. Zanim Lutek przeczyta, zrozumie i zastosuje instrukcję obsługi, Ludka już miele mięso lub przyrządza koktajl mleczny, doszedłszy swego mocą instynktu i metodą prób i błędów (do błędów nie tylko się nie przyzna, ale naprawdę natychmiast o nich zapomni).

Obie postawy skazują Lutka i Ludke na rywalizację w obrębie własnych płci. Rywalizacja leży w naszej naturze i stanowi siłę napędową euroamerykańskiej cywilizacji. Lutek – nazywany w naszych czasach samcem alfa – musi mieć aparat fotograficzny o możliwie najdłuższym obiektywie, najdłuższą i najgrubszą wędkę, lśniący bolid na czterech kołach, gitarę elektryczną na wysokości krocza i inne atrybuty swojej seksualnej wyższości, na wzór mandryla, który będzie rządził stadem tylko wówczas, gdy jego pysk będzie najbardziej błękitny, bokobrody najzłocistsze, a tyłek krwistoczerwony.

Dopiero wówczas logika postępowania Lutka (jak już wspominałem, z reguły wewnętrznie sprzeczna) zyska pozory wyższości nad logiką postępowania innych samców z jego otoczenia. Przyniesie mu to dostęp do najpiękniejszych samic, pierwszeństwo w kolejności dziobania i poczucie (tymczasowe) bezpieczeństwa.

Analogicznie rzecz się ma z Ludką i jej rywalkami, tyle że jej zysk w wypadku zwycięstwa jest bardziej konkretny. Dostęp do silnijeszych genów, zabezpieczenie potomstwa i niewątpliwa przyjemność z górowania nad tą małpą, co śmiała szczerzyć się do Lutka tylko dlatego, że jest parę lat młodsza.

W ludzkim świecie dramat rywalizacji zawiera się w fakcie powstawania hierarchii, drabin umiejętności, sukcesu, znaczenia. Powstaje społeczny, a co gorsza, wewnętrzny przymus wdrapywania się coraz wyżej. Amerykański socjolog Lawrence Peter odkrył, badając to zjawisko, regułę, nazwaną odtąd regułą Petera, która mówi tylko i aż tyle, że każdy, kto po tych drabinach się wspina, musi wcześniej czy później osiągnąć swój szczebel niekompetencji, gdzie ugrzęźnie. Zablokuje drogę innym, a sam będzie nieszczęśliwy. Innymi słowy, piął się tak długo, póki starczało mu sił i umiejętności, tylko po to, by znaleźć się w miejscu, gdzie widać, że małpa ma nieowłosiony tyłek i to bynajmniej nie krwistoczerwony…

Do tego dramatu (w końcu nie po to dążymy do szczęścia, by wylądować na szczeblu nieszczęścia) nasze czasy dorzuciły inny. Oto nie dość, że Lutek rywalizuje z Lutkami, a Ludka z Ludkami. Zafundował sobie, zgodnie z prawami człowieka i duchem demokracji, rywalizację między sobą. Sytuacja z fraszki Mickiewicza “Golone – strzyżone” jest normą. Lutek mówi coś; zanim Ludka zda sobie sprawę, co Lutek powiedział, odruchowo zaprzecza. Jest to kwestia jej godności i niezależności. Mądry Lutek nie traktuje tego jako zaproszenia do sporu. W końcu Ludka jest jego snem, marzeniem, a czy kto widział, by sen dyskutował z tym, kto go śni?

No tak, ale pokażcie mi mądrego Lutka przy ukochanej żonie. Rywalizacja między nimi to spór gęsi z prosięciem. Grają w inne gry, ich dyscypliny są absolutnie odmienne, nie mówiąc już o podejściu do zasad sędziowania (Ludka – sama widziałam!). Żeby jakakolwiek skala porównawcza miała sens, Ludka zabrała się za dyscypliny Lutka i vice versa. Póki sprawia im to przyjemność, czemu nie? Ale czy sprawia im to przyjemność? Reguła Petera w żaden sposób nie staje się przez to mniej aktualna; jeśli już – to przeciwnie. W końcu rywalizacja ta miała służyć samoakceptacji, poczuciu spełnienia i bezpieczeństwa. Na szczeblu niekompetencji, który zwycięzca (niezależnie od płci) osiąga, nie może być mowy o zrealizowaniu żadnego z tych celów. W ogóle wyścig szczurów, czyli pęd do sukcesu, nijak się ma do pojęcia bezpieczeństwa, czy nawet spełnienia, ponieważ z definicji jest ruchem, pędem właśnie, wojną, a w najlepszym wypadku jej substytutem.

Cywilizacja pospieszyła z pomocą Lutkowi i Ludce, by w tej niekończącej się walce osiągali jednak namiastki zwycięstw, pozory spełnień. Zafundowała im mianowicie wirtualne współzawodnictwo, model życia składającego się z bezustannych gier i zabaw, w których co jakiś czas można coś zdobyć lub wygrać. Mandryle, by nie zagryźć się na śmierć lub nie rozchorować z frustracji, zamiast szczerzyć kły, mogą naciskać guziki.

Telewizyjne gry i zabawy, zgodnie z regułami demokracji, nie powinny jednak nikogo pozostawić w poczuciu niższości; żaden z widzów nie może czuć się brzydszy, biedniejszy czy głupszy od wirtualnych idoli, choć przecież jest. A jeśli już dokona tego przykrego odkrycia, to tylko po to, by ujrzeć przed sobą wzory do naśladowania. Wzory – dodajmy – w zasięgu możliwości spełnienia.

W powieści Ilfa i Pietrowa “Dwanaście krzeseł”, której akcja dzieje się w latach dwudziestych w Związku Sowieckim, w okresie NEP-u (taka leninowska pieriestrojka), występuje niejaka Helutka Szczukina. Przegląda ona amerykańskie magazyny ze zdjęciami córki milionera w coraz to nowych kreacjach w wystawniejszych otoczeniach. Rywalizując z nią – wirtualnie – odpowiadając farbowanym lisem na norki tamtej, rowerem na rolls-royce’a, krzesłem z wyprzedaży na antyki itp. itd. Dziś, niemal sto lat później, znam co najmniej kilkanaście takich Helutek. Ich problem polega na tym, że – jak ktoś mądrze powiedział – naśladownictwo jest najszczerszą formą pochlebstwa. Rywalizacja poprzez naśladowanie, mająca na celu dowartościowanie naśladującej, wynosi na piedestały obiekt naśladownictwa. Najczęściej niezasłużenie.

Nakaz powszechnej dostępności gry powoduje dewaluację kompetencji grających. Ich wiedza i umiejętności siłą rzeczy muszą być umowne. Pozorne są więc także zwycięstwa, choć materialnie nieraz znaczące. W efekcie chodzi więc o wygraną pieniężną, a nie udowodnienie swojej rzeczywistej wartości, o co walczą do dziś mandryle żyjące w stanie naturalnym. Są to zatem w istocie gry losowe… W którymś z wydań polsatowskiej “Awantury o kasę”, gdzie niby chodzi o dość rozległą i różnorodną wiedzę, jedna z ekip została “Mistrzami” (sic!, nie odpowiadając na żadne pytanie! Aktualna staje się w tym kontekście anegdota o dwóch austriackich arystokratach obserwujących w Wiedniu jedne z pierwszych biegów ulicznych.
– Co oni robią? – pyta jednen.
– Biegną, panie hrabio – pada odpowiedź.
– A po co?
– Jeden z nich przybiegnie do mety pierwszy i wygra.
– Aha. A po co w takim razie biegną pozostali?
Umowność i wirtualność rywalizacji Lutka z Ludką czy ich społecznych gier i zabaw jest tak widoczna (przynajmniej w Polsce – w Stanach Zjednoczonych jest jednym z filarów kultury i mentalności), że większość uczestników doskonale sobie z tego zdaje sprawę. Odczuwają dyskomfort, a niekiedy i wstyd; publicznie więc wyśmiewają to, w czym prywatnie biorą udział w taki czy inny sposób. To, co miało być drogą do spełnienia, staje się więc jeszcze jednym generatorem hipokryzji.

Na szczęście jest jeszcze miłość, która pozwala Lutkowi mówić Ludce prawdę (zazwyczaj to Ludka jemu pierwsza prawdę powie). Oboje wówczas zrozumieją, że istotą ich spełnienia jest rywalizacja każdego z nich z samym sobą. Jakkolwiek by to pachniało paradoksem – w zwycięstwie nad sobą nie ma pokonanego. I nie ma się czego wstydzić. Przed nikim.

Jacek Kaczmarski

Tekst ukazał się w miesięczniku “Twój Styl” w listopadzie 2004 roku.