Sarmatia2017-10-10T10:02:07+00:00

Nagrań dokonano w studio PWSM w Warszawie, grudzień 93, styczeń 94. Realizacja nagrania Jacek Szymański, Marcin Domżał. Projekt okładki i zdjęcia Jacek Kaczmarski.

Wykorzystano fragmenty obrazu Jana Matejki “Studium zbroi Stefana Batorego”, wł. Muzeum Narodowego w Krakowie oraz mapy Joana Blaeu “Polonia Regnum, et Silesia Ducatus” wł. Towarzystwa Geograficznego w Londynie. Specjalne podziękowania za niezastąpioną pomoc dla Jacka Majewskiego.

Opracowanie graficzne Andrzej Georgiew / Vers Print.

Opracowanie graficzne Andrzej Georgiew / Vers Print.

Opracowanie graficzne Andrzej Georgiew / Vers Print.

Opracowanie graficzne Andrzej Georgiew / Vers Print.

Mapa - Mazovia

Mapa – Mazovia

Antoni Pawlak, “Śpiewy historyczne”, “Gazeta Wyborcza” “Magazyn” nr 13 (57), (wyd. warszawskie), 1 IV 1994r.

Rola barda skończyła się wraz z programem “Wojna postu z karnawałem”, To pierwszy program złożony z piosenek, w których nie było ani słowa na temat walki z systemem totalitarnym, ani słowa o komunizmie.
“Wojna postu z karnawałem” to program, który próbował się brać za egzystencjalny wymiar wolności, w moim starym stylu, czyli w odwołaniu do historii, dzieł sztuki, obrazów, literatury. Mnie się ten przeszczep sprawdził. Może nie do końca jest tak jak bym chciał, ale znalazłem się poza kontekstem politycznym.
Mój najnowszy program, który napisałem razem ze Zbyszkiem Łapińskim – “Sarmatia” – odnosi się z kolei do naszych obciążeń tradycją. Czyli znowu cofnięcie się do takich piosenek, jak “Krajobraz po uczcie” czy “Sen Katarzyny II”, tylko to już nie jest walka z Rosją i wyciąganie na jaw zakazanych fragmentów naszej historii, ale wyciąganie na jaw wstydliwych fragmentów naszej historii.
Żyjąc te kilka lat w prawie normalnym kraju, nagle widzimy jak bardzo wszyscy jesteśmy zaprogramowani przeszłością. Nawet nie wiedzą o przeszłości, ale kłamstwami na jej temat.

Krzysztof Masłoń, “Spowiedź dziecięcia wieku”, “Rzeczypospolita”, 08 VII 1994r.

W gruncie rzeczy i w “Autoportrecie z kanalią”, i w tym, co napisałem w “Człowieku śmiechu” i w zrobionym ze Zbyszkiem Łapińskim programie “Sarmatia”, miałem jeden cel: podkreślić, że nadal stoję przy etosie “Solidarności”. Choćby brzmiało to anachronicznie.

Czy anachronicznie – nie wiem, ale czy prawdziwie?

To zależy, co przez “Solidarność” rozumiemy, bo dla mnie to nie jest nazwa związku pisana gdańskim gotykiem, tylko solidarność z ludźmi zagubionymi, nieszczęśliwymi, pokrzywdzonymi. I to nie pokrzywdzonymi przez komunizm czy jakikolwiek inny system polityczny, ale przez to przede wszystkim, że są ludźmi.

Z rozmowy z Jolantą Piątek – “Za dużo czerwonego” – Miesięcznik Literacki “Odra” , nr 481 (XII, 2001), 482 (I,2002 ), 483 (II, 2002), 484 (III, 2002).

Dziennikarka – “Sarmatia”, kolejny program z 1993 roku, już tylko w duecie z Łapińskim. Teksty nostalgiczne i prześmiewcze, ale program bardzo ciepły. Choć słyszę “Według Gombrowicza narodu obrażanie” (“Polak to embrion narodziarski”) to mitologia “terra felix”, nostalgia, tęsknota za Arkadią zwycięża. Przypadek czy tak miało być?

Jacek – Tak nie miało być, ale też to nie przypadek. Ten program miał być początkowo bardzo krytyczny wobec naszego współczesnego widzenia sarmackich źródeł świadomości, naszej mentalności. Potem, w trakcie pisania, zdałem sobie sprawę, że to jest dyskutowanie z faktami, czego się nie robi. Źródła są, jakie są, i potępianie ich w czambuł to potępienie samego siebie. Trzeba zanalizować język i poszukać tych prawd, które dla nas są szalenie istotne i, jak śpiewam w jednej z piosenek, “ze słabości uczynić siłę”. Bo i w wymiarze indywidualnym i społecznym na tym polega dojrzewanie i mądrość ludzka: poznać siebie, zdać sobie sprawę ze swoich słabości i z tych słabości uczynić siłę. Tylko polski problem – na co nie wpadłem ja pierwszy, przede mną było wielu – polega na tym, że Polacy nie chcą siebie znać, natomiast bardzo siebie kochają i to też w tym programie napisałem. Nie zgłębiają istoty twoich porażek i zwycięstw, swojej tożsamości. Wolą miry, wolą wyobrażenia, zarówno te piękne, jak i te tragiczne, uchylają się przed rzeczywistością.

Daniel Wyszogrodzki (z książeczki dołączonej do boxu “Syn Marnotrawny”, Pomaton 2004)

SARMATIA?… Ani wcześniej, ani później tytuł programu Jacka Kaczmarskiego nie zdradzał tak wiele na temat jego zawartości. Ten tytuł mówi wszystko – artysta wziął się wreszcie za bary z tematyką, którą poruszał na przestrzeni lat wielokrotnie (m.in. Przejście Polaków przez Morze Czerwone). Do tej pory była to “wojna podjazdowa”, tym razem Kaczmarski stanął do walnej bitwy z naszymi sarmackimi obciążeniami. “Z gęsi sarmackiej moje pióro…” – wyznaje artysta już na samym wstępie (Do Muzy suplikacja przy ostrzeniu pióra), co raz na zawsze ustala jego pozycję. Pisze to jako jeden z nas, równoprawny spadkobierca nawet najbardziej niechlubnego narodowego dziedzictwa. I sam przewrotnie określa własną pozycję, komentatora i prześmiewcy:

“Gdy ścierają się świata mocarze/ Od przepaści wieczności o krok – My jesteśmy tych starć kronikarze: Obdzieracze sumienni zwłok (Pobojowisko). Pisze jednak – doskonale zauważył to Jerzy Jedlicki (Magazyn GW) – ku “przerażeniu serc”… I ruszamy – razem z Kaczmarskiem – w dramatyczną podróż bardziej w czasie, niż w przestrzeni: “Dróg, by tam trafić – nic nie ułatwia/ W przestrzeniach burz i w czasów kipieli, Ale istnieje przecież Sarmatia, Istnieje gdzieś Terra Felix.” (Na starej mapie krajobraz utopijny). Przenosiny owe w dawne czasy ułatwiają nam udane stylizacje językowe poety, jak w Pana Rejowym gadaniu, gdzie “człek poczciwy” okazuje się nieoczekiwanie zafrasowany: “Gorzko miód mu smakuje, gorzko słowa w uściech, Nie pośpiewa przy lutniej, chyba gorzkie żale, Ni mu szukać się zachce radości w rozpuście, Żonka milczy i drobiazg nie świergoli wcale.” A jak szukać ratunku na egzystencjalne rozterki Sarmaty? Artysta zjadliwie wypomina naszym przodkom zabobon, nieodłączny element magicznego myślenia ludzi pogrążonych w mroku: “Ulep kukłę wroga twego, Podobieństwa niechybnego (Czary skuteczne na swary odwieczne) – zaczyna się “polskie voodoo”… Ale tacy też byli dawni Polacy. Opisują ich zestawione ze sobą pieśni, Prosty człowiek i Warchoł. Pierwszy mówi: “Ja prosty człowiek – cóż mi skarga? Kadzą mi albo palcem grożą. Każdy swój krzyż przez życie targa, A jeszcze kamień mu dołożą.” Jednak za tą zatajoną skargą czai się osobnik gotowy bronić do upadłego tego, co uważa za swoje: “Z tego com zebrał – oddam pół. Ale jak sięgnie ktoś po wszystko, Łapy przetrącę – Ja nie Chrystus!” I to właśnie rozwinięcie tej cechy – postrzegania całego świata przez pryzmat dobra własnego – doprowadziło do ukształtowania się Warchoła, najbardziej odrażającego tworu mentalności sarmackiej: “Wychwalali zasługi, cnoty/ Podsycali pochlebstwem wady, A ja służyć – nie mam ochoty, Warchołowi – nikt nie da rady!” Lecz jakże nie wyrosnąć na warchoła, kiedy tak wyglądały Dobre rady Pana Ojca – dość oryginalny głos w dobie polskiego wejścia do “wielkiej, europejskiej rodziny”: “Nie wyjeżdżaj w obce kraje, Bo tam szpetne obyczaje/ One Niemce i Francuzy/ Maja pludry i rajtuzy. Niechrześcijańską miłość głoszą/ I na wierzchu jajca noszą. Pyski w pudrach i w pomadkach, Wszy w perukach, franca w zadkach.” Ładna lekcja stereotypów? Wątki “unijne” kontynuuje wiersz Rokosz, w dzisiejszych czasach gotowy hymn środowisk przeciwnych integracji Polski z Unią: “Niech nam obce chwalą wzory Niemce, Szwedy, Angielczyki – Nie nauczą nas pokory/ Czarcie ich praktyki!” Nic dziwnego, że takie postawy zaowocowały dość specyficzną odmianą demokracji, mianowicie… demokracją po polsku: “Czas ratować państwo chore, Szlag mnie trafia – ergo sum! Po sąsiadach partię zbiorę, Uczynimy szum!” (Elekcja). Co gorsza, nasza niechlubna tradycja parlamentarna jest odporna na zmiany, co w III Rzeczpospolitej znajduje pełne potwierdzenie. Czy nie trącają współczesnej struny takie oto słowa:

“Ten Prusom gardłuje, ten Wiednia partyzant/ Ów ruskiej się chwyta sukienki, A troską każdego szczęśliwa ojczyzna – Stąd modły, przekleństwa i jęki.” (ibid.) Ci zresztą, co się “ruskiej chwytali sukienki” dwa wieki później próbowali uciszyć samego Kaczmarskiego. Bezskutecznie. Bo choć po napisaniu SARMATII artysta zdecydował się na emigrację z wolnej Polski, o której dziesięć lat wcześniej mógł tylko marzyć, to przecież nie przestawał mówić i wołać. Za granicą czy w kraju. Na tej płycie – jak bodaj na żadnej innej – artysta wycofał się do roli komentatora. Nie znaczy to jednak, że aspiruje ku obiektywizmowi sądów. Przeciwnie – będąc tak zadziorny i zjadliwy, jak w krytyce totalitaryzmu z wczesnych programów, staje się tu ostentacyjnie “stronniczy”. Manifestacyjnie trzyma bowiem stronę… rozumu, jedynej racjonalnej platformy, z której można dziś obserwować i oceniać nasze sarmackie wady i przywary. A jednak znalazł się w SARMACJI godny uwagi wyjątek… Drzewo genealogiczne to utwór nie tylko osobisty, ale jawnie autobiograficzny. Autor poszukuje wśród galerii postaci zaludniających przemijające epoki jego historycznych zainteresowań (a co za tym idzie – jego pieśni), śladów własnych przodków. Ich lista jest początkowo listą nieobecności: “Rodowód mój nie sięga bursztynowych szlaków, Mój praszczur się nie najadł na ciele Popiela…” Ale od poszukiwań przodków poeta przechodzi wkrótce do prób odnalezienia własnej tożsamości: “Ponoć moim krewnym był żołnierz-poeta/ Co za Kościuszki szyj chciał biskupów, magnatów; Ach czyżbym po nich przejął jakobiński nietakt/ I czci brak dla błękitnej krwi i purpuratów?…” Tak oto – z korzeni drzewa genealogicznego – wyrasta szkic do autoportretu poety: “Chodziłem do kościoła – oglądać witraże, W komunistycznej szkole miałem same piątki, Od dziecka byłem głodny podróży i wrażeń/ Nieświadom, że to złego miłe są początki.” Zaiste – miłe złego początki… Tym milsze, że – po latach doświadczeń – zaprowadziły Kaczmarskiego, do źródła najbardziej zjadliwej sarmackiej krytyki, mianowicie do samego Gombrowicza. I uderza w strofy, których zadziwiająca trafność z pewnością by mu zjednały przychylność wielkiego Gombra: “Gdy świat przeszyje myśli błyskiem/ I wielką prawdę w lot uchwyci, To traci na niej zamiast zyskać/ I jeszcze będzie się tym szczycił…” Po serii podobnych sprzeczności (“Chrystusem był i Rzymianinem”), czeka nas Polaków następująca charakterystyka:

“Sam diabeł nie da sobie z nami rady: Słusznie się lęka Pan Ciemności, Że ciężko będzie miał z Lachami; W szczegółach przecież diabeł gości, A Polak gardzi szczegółami!” (Według Gombrowicza – narodu obrażanie). Nic dodać… Program SARMATIA zamyka pieśń o tytule Z XVI-wiecznym portretem trumiennym rozmowa (tytuł uzasadnia nieco makabryczne portrety Kaczmarskiego i Łapińskiego zamieszczone w książeczce do płyty), w której artysta studzi nieco swoje emocje pod adresem sarmackich przodków. Przyznaje się do braku pełnej (albo wystarczającej) wiedzy oraz do historycznego dystansu: “Mało wiemy o tobie, coś na Turka chadzał, Węgra królem obierał i tratował Szweda […] Ale nawet tutaj nie rezygnuje z dalszego dopełniania charakterystyki swego zbiorowego anty-bohatera: “[…] ale patrzył i tego, by obrana władza/ Nie zabrała ci czasem, czegoś sam jej nie dał”. W bezpośrednim – zapewne zamierzonym – następstwie “wariacji gombrowiczowskich”, podsumowuje cały program: “Lecz ujrzy przodek w grobie/Na co nas jeszcze stać: Bo się kochamy – w sobie! Nie pragnąc – siebie – znać!” Poszerzenie naszej wiedzy o sobie samych, możliwe jest przede wszystkim na drodze autorefleksji i uwarunkowane należytym dystansem. Jeżeli pieśni z SARMATII zainspirują nas do autoanalizy i pomogą w (nieosiągalnym dla większości Polaków) nabraniu dystansu, to intencja artysty – gombrowiczowskie stawanie się bardziej człowiekiem, niż Polakiem – zostanie osiągnięta. Tylko czy SARMATIA wystarczająco przeraziła nasze serca?

Marek Karpiński (z książeczki dołączonej do płyty “Sarmatia”, Pomaton 1994)

Rękojeść karabeli pasuje do polskiej ręki. Jelce tworząc z resztą znak Pańskiej Męki, rębacza błogosławi. Ale ten krzyż podnoszono nad głowę, najczęściej zajeżdżając sąsiada. A pod jelcem na głowni Najświętsza Panienka, złoto się z talarowej monety uśmiecha. Unus defensor Mariae dostał ją pewnie w obcym jurgielcie. Na środku słowa: “Honor i Ojczyzna” Ojczyzna trochę zachlapana krwią z uszu sąsiada. Honor jeszcze ciepły od gardła wziętej po niewoli dziewki. Stary obyczaj kazał obnażać ostrze podczas czytania Ewangelii na znak, że szlachta przy Słowie Bożym wiernie stać będzie. Z większym jednak zapałem obnażano ją w karczmach i zamtuzach. Czasem pod krzyżem jelca montowano damasceńską klingę, wygiętą w muzułmański półksiężyc i arabskim alfabetem chwalącą Allacha. Obcinano nią i kozackie osełedce, i żydowskie brody. Dlatego może była oznaką stanu i godności – symbolem. Żadna z karabel nie stała się Eskaliburem lub innym słynnym kordem. Ich świadomość była rozchwiana między karmazynami i hołyszami. Jednak była testowana ostatnią wolą i łamana nad grobem bezpotomnie zmarłego. I rak było do 1863 roku. Ostatnie karabele wygarniały po dworach kozackie patrole zbrojne w proste, funkcjonalne, czarne i pozbawione ozdób szyszaki. Miały one i tę zaletę, że w ręku łatwo je było zastąpić nahajką.
“Dalej bracia do bułata, wszak nam dzisiaj tylko żyć, pokażemy, że Sarmata umie jeszcze wolnym być”.

Jerzy Jedlicki, Gazeta Wyborcza, Magazyn, 04 I 1994 rok.

Na początku jest stary miedzioryt, sztych, portret trumienny. Może też być legenda, relacja kronikarska, receptura magiczna albo “Żywot człowieka poczciwego”. Albo Jędrzeja Kitowicza “Opis obyczajów za panowania Augusta III”. Wyobraźnia Kaczmarskiego zawsze zaczepia się o histo­ryczny konkret, dokument, wiersz:

A tyle wierszy się pamięta.
Ze krzykną wraz mądre gremia,
Która skąd fraza jest ściągnięta
W nowym cyklu songów Kaczmarskiego, zatytułowanym “Sarmacja”, frazy są nie tyle ściągane co stylizowane, czasami trochę manierycznie, na staropolski język i mentalność. Tak oto w poetyce pastiszu napisane jest i wyśpiewane stoickie “Pana Rejowe gadanie”. Na początku koncer­tu pojawia się mityczna “Sarmacja” z renesansowej mapy – szczęśliwa kraina lądu i dostatku, zatopiona “w przestrzeniach burz i w czasów kipieli”, A tuż po niej – prawem kontrapunktu – Sarmacja szlacheckich pieniaczy i rębajłów. pysznych, rubasznych i okrutnych. Ma jednak ich hardość i drugą, lepszą stronę, jak w tej piosence warcholą:

Nie zrobili ze mnie janczara.
Nie uczynią też i dworaka.
Zły? – być może. Dobry? – a czemu?
Nie tak wiele znów pychy we mnie.
Dajcie żyć po swojemu – grzesznemu,
A i świętym żyć będzie przyjemniej.
Ale oto czerń zagęszcza się a rytm przyśpiesza. W oracjach rozgorączkowanej szlachty na elekcji i rokoszu jawi się jakaś Polska upiorna, fanatyzmu i prywaty, a na nieostygłym pobojowisku wraz z psami i krukami gospodarują obdzieracze trupów – dla nich krwawych dziejów profity:

Gdy ścierają się świata mocarze
Od przepaści wieczności o krok,
My jesteśmy tych starć kronikarze,
Obdzieracie sumienni – zwłok.
Kiedy staną przed Stwórcą tak nadzy
Jak ich stworzył Pan Niebios na sąd,
My insygnia bogactwa i władzy
Z rąk podawać będziemy do rąk.
Śpiewy te pisane były ku przerażeniu serc. Więcej tu bezlitosnej drwi­ny i historycznego pesymizmu niż we wcześniejszych cyklach autora “Krajobrazu po uczcie”. Ostatnie songi z koncertu “Sarmacja” noszą tytuły, które mówią same za siebie:

“Według Gombrowicza narodu obrażanie”, “Nad spuścizną po przodkach deliberacje”. “Drzewo genealogiczne”. Kaczmarski dobiera się do wstydliwie skrywanych pokła­dów narodowego dziedzictwa. Jego cykl jest satyrą, prowokacją i gorzkim, romantycznym z ducha moralitetem. Sarmacja jest w nas, w duszyczkach ciurów historii:

Nie słychać o mym rodzie w Noc Listopadową
l nie zasilał chyba styczniowych patroli
Z Syberii żaden z moich z posiwiałą głową
Nie wracał, by napisać księgę swych niedoli.[…] Nie mam blizn po kajdankach,
napletek posiadam,
Na świat przyszedłem w czepku.
nie pod ułańskim czakiem;
Po dekadzie wygnania polskim
jeszcze władam,
Proszę więc o dokument, że jestem Polakiem.
A co, nie należy mu się?

Marcin Wroński, Magazyn Reporter – www.magazyn.reporter.pl

Obraz charakteru Polaków i Narodu Polskiego w twórczości Jacka Kaczmarskiego na podstawie tekstów Jacka Kaczmarskiego zawartych w zbiorach “Sarmatia” oraz “Kosmopolak”

Jacek Kaczmarski to znany poeta, bard, twórca ponad ośmiuset tekstów poetyckich. Jego piosenki przez długi czas odbierane były jako tzw. “twórczość zaangażowana”, co dodatkowo przysparzało popularności autorowi, mimo iż często jego utwory niosły zgoła inne przesłanie niż starano się im nadać (np. piosenka “Mury”).

Zbiory “Kosmopolak” oraz “Sarmatia” są próbą porachunku Kaczmarskiego z upiorami przeszłości i teraźniejszości. Szczególnie w “Sarmatii” piętnuje Kaczmarski wady i przywary Polaków – ich charakteru. Jest to “poetycki rozrachunek z dziedzictwem historycznym stereotypów i sarmackiej mitologii Polaków”. “Kosmopolak” to cykl powstały na emigracji (1987 rok), większość utworów z tego programu “zawiera refleksje i doświadczenia emigracyjne, odwołujące się do szafarzu historycznego” i do osobistych doświadczeń autora.

“Sarmatia” powstała w 1994 roku, a więc dużo później, po 1989 roku. Rozprawiając się z własną przeszłością (piosenka “Drzewo genealogiczne”), piętnując nasze narodowe wady, Kaczmarski – poprzez pokazanie nam naszego własnego obrazu – stara się przekazać pewne przesłanie. Jakie? Żeby odpowiedzieć na to pytanie musimy zobaczyć jaki to obraz. Odpowiedzieć należy też na inne pytania. Jakie cechy naszego charakteru zdecydowały o tym, że po pełnym chwały i zwycięstw wieku XVI nastąpiły dni anarchii, klęski i rozbiorów? Czy cechy, które doprowadziły ówczesną Rzeczpospolitą do wielkości i upadku dalej są obecne w naszym społeczeństwie, w naszym charakterze? Jakie są cechy tego charakteru?

“Polak to embrion narodziarski” śpiewa Kaczmarski- to niewątpliwie ciekawa uwaga, wręcz decydująca jeśli chodzi o obraz Polaków- narodowa niedojrzałość. Niedojrzałość ta, według Kaczmarskiego jest skutkiem naśladowania innych “(…) w genealogii tej określił oryginalny naród się by gdyby się uczył własnej treści zamiast przymierzać cudze gęby”. Bardzo obrazowo przedstawione jest to na przykładzie “narodowego obrusu” na którego wzór wpływ wywierają różne narodowości, obrus- jako symbol naszego narodowego charakteru. Okres dojrzewania charakteryzuje się sprzecznościami, ścieraniem się idei, łatwo ulega różnym argumentom, emocjom. Tak więc drugą po niedojrzałości cechą naszego narodu jest wewnętrzna sprzeczność. W jednej ze swoich piosenek Kaczmarski śpiewa o symbolice pasa słuckiego. Pas ten miał dwie strony, z których każda znaczyła co innego “(…) błyszczy złotem brzuch na czas pokoju a karmazynem na czas wojny”, “(…) tak się opaszesz jużeś kalwin, odwrotnie katolik”. A więc łatwość zmiany, dwulicowość “dwuznaczna mina na dwóch twarzach”. Nie chodzi tu bynajmniej o jakąś celową fałszywość ale po prostu o niekonsekwencję, nie trzymanie się wcześniejszych ustaleń, niechęć do spisanych umów “(…) kłamie inkaust, krew jest szczera”, uleganie chwilowym emocją.

Niedojrzałość i wewnętrzne sprzeczności powodują nadmierne oglądanie się za siebie, nadmierne przywiązanie do tradycji i historii, ciągłe porównywanie tego co jest z tym co było “(Polak)… jak dziecko lubi się przebierać powtarzać miny słowa gesty, w dziadkowych nosić się orderach”. Próbujemy określić siebie patrząc jacy byliśmy kiedyś. Tak więc kolejne cechy Polaków to oglądanie się za siebie, zbyt mocne przywiązanie do tego co było kiedyś, wręcz gloryfikowanie wielkich triumfów i klęsk przeszłości a co za tym idzie patrzenie na przyszłość i teraźniejszość przez ich pryzmat.

Mamy też tendencje do przerzucania winy i odpowiedzialności na dawne pokolenia. Kaczmarski w cyklu “Kosmopolak” śpiewa bardzo dosadnie “(…) niczyja inna jak ich wina sojusz Hitlera i Stalina”. Piosenka ta jednak pełna jest gorzkiej ironii i zamiarem Kaczmarskiego było tu raczej pokazanie sposobów jakimi staramy się uciec od odpowiedzialności. To nasza kolejna narodowa cecha – uciekanie od odpowiedzialności, a czasami coś wręcz przeciwnego, branie na swoje barki odpowiedzialności o wiele za dużej (np. Polska jako mesjasz narodów). Widać tu wyraźnie, jak łatwo popadamy w skrajności (pas słucki jako symbol tej cechy). Mamy wprawdzie jako naród określone cele nadrzędne ale jawią się one zawsze jako sprawa przyszłości, przyszłych pokoleń. Trafny przykład daje Jacek Kaczmarski śpiewając o naszym narodzie:

“W niewoli za wolnością płacze
Nie wierząc że ją kiedyś zyska
Toteż gdy wolność swą zobaczy
Święconą wodą na nią pryska
Bezpiecznie tylko chciał gardłować
I romantycznie o niej marzyć
A tu się ciałem stały słowa
I Bóg wie co się może zdarzyć”

Słowa – kolejna cecha narodowa Polaków, w gębie, w deklaracjach byliśmy mocni zawsze. Słowa- odwołują się do naszych największych wartości: Boga, Ojczyzny, wolności, uderzają w narodowo – patriotyczną nutę, ale czyż rokoszanie nie odwoływali się również do tych wartości przy najróżniejszych okazjach “(…) dalej na zamek, dalej, dalej precz z hetmanem precz w potrzebie wzywa nas ku chwale Pospolita Rzecz”, “(…) z nami hufce są niebieskie świetliste bastiony”.

Zauważmy też, że Polacy to naród krewki kierujący się jak już wcześniej wspomniałem emocjami, podejmujący decyzje szybko, bez zastanowienia “(…) Czas uzdrowić państwo chore szlag mnie trafia ergo sum po sąsiadach partie zbiorę uczynimy szum”; tak, Polak “gardzi szczegółami” jak śpiewa Kaczmarski.

Ma to jednak i “dobrą” stronę – wszak w szczegółach “gości diabeł”. Wiara wiele znaczyła dla szlachcica – jako symbol, odnośnik, pomagała się określić. Z kolei patriotyzm był dla Sarmaty czymś wręcz symbolicznym, Sarmata był niewątpliwie patriotą. Jednak miłość dla ojczyzny znaczyła dla niego raczej obronę swych własnych praw, wolności, niż pozbywanie się ich w imię celów wyższych.

Mówiąc inaczej – to co było dobre dla szlachcica Sarmaty było również (w jego mniemaniu) dobre dla ojczyzny “(…) niech jeden z nas na tronie siędzie i weźmie w ręce nasze sprawy”, “(…) niech rządzi kto bądź byle wolnych nie pętał…”. Możemy więc wymienić indywidualizm, dbanie o własne interesy, egoizm – to cechy widoczne w obrazie Polaka – Sarmaty jaki ukazuje nam Kaczmarski w swoich tekstach. Zamykanie się w obrębie własnej tradycji, zwyczajów i wiary, zamykanie się na idee z zewnątrz – “(…) cudzoziemskich ksiąg nie czytaj czego nie wiesz księdza pytaj…” – na co zwraca uwagę Kaczmarski w swoich utworach prowadzi do zaściankowości i zacofania. Jest to jednak tylko jedna strona medalu, którym jest charakter naszego narodu. Drugą stroną jest naśladownictwo, zazwyczaj powierzchowne, tego co przychodzi do nas z zewnątrz, jest modne – lub po prostu inne. Widać tu jak na dłoni wewnętrzną sprzeczność jaka tkwi gdzieś w naszych umysłach, z jednej strony jesteśmy zamknięci na obce idee, z drugiej przyjmujemy je często nie zastanawiając się nad nimi. Można przy tym podzielić społeczeństwo na tych zamkniętych – tradycjonalistów i na tych “otwartych” przyjmujących bez zastanowienia nowe idee, wartości. Przy czym te nowe idee są często przyjmowane tylko po to aby móc podkreślić swoją pozycję, zdystansować się od tych “zacofanych” – szarej masy. Dlatego jest to otwartość pozorna i bardzo powierzchowna “(…) spójrzcie na królów naszych poczet, kapłanów durnej tolerancji, twarze jak katalogi zboczeń zniesionych z Niemiec, Włoch i Francji”. Tak pojmowany postęp, bezkrytyczny stosunek do idei z zewnątrz nie jest chyba lepszy od ich całkowitego negowania a prawda jak zwykle leży gdzieś pośrodku.

Jak pisałem wcześniej wolność szlachecka na początku przyczyniła się do rozkwitu Polski, dopiero później jej ideały stały się tylko pustymi słowami lub zostały wypaczone i przejaskrawione. Jeden z zarzutów Kaczmarskiego do XVI-wiecznego szlachcica “pysznego szaławiły” z okresu największego rozkwitu naszego państwa to “(…) czemuś synów nie uczył z czegoś sam korzystał”. Jest to zarzut ważny bo pokazuje nam, iż system wolności szlacheckich nie był zły od zawsze, że dopiero jego przeobrażenie i przejaskrawienie doprowadziło do upadku ówczesnej Rzeczypospolitej. Nie wykorzystaliśmy więc szansy jaką dała nam historia – Polska systematycznie słabła, aż w końcu jej teren został podzielony między zaborców – utraciliśmy niepodległość. Cechy które odpowiadają za ten stan rzeczy to wg Kaczmarskiego egoizm i krótkowzroczność “(…) że się naszą mizerią płaci ich potęga bo za życia umieli myśleć tylko o sobie”. Do czego to doprowadziło wiemy, nich jeszcze raz przemówi Kaczmarski “(…) a my co rusz to przed kimś od nowa na kolana…” oto skutki szlacheckiego rozpasania.

Z przeszłością własnego rodu i swoją rozprawia się Kaczmarski w piosence “Drzewo genealogiczne” zawartej w zbiorze “Sarmatia”. Jest to oczywiście przeszłość w dużej mierze symboliczna – od czasów Popiela do dnia dzisiejszego. Piosenka ta pokazuje nam jednak coś bardzo ważnego, Kaczmarski na swoim własnym przykładzie pokazuje nam, że można być Polakiem mimo tego, że przodkowie nie byli pod Grunwaldem, nie uczestniczyli w powstaniach, że byli wśród nich różni ludzie, o różnych charakterach, że można być Polakiem mimo dobrych ocen w komunistycznej szkole i mimo dekady spędzonej na emigracji – wszystko co tu wymieniłem to oczywiście w dużej mierze symbole, ważne symbole – nawołujące do zgody i pojednania, skończenia z wewnętrzną sprzecznością, z ciągłym oglądaniem się za siebie, nawołujące do zaakceptowania siebie, pogodzenia się ze sobą.

Cechy które opisałem nie są dla naszego narodu pochlebne. “Śpiewy te pisane były ku przerażeniu serc. Więcej tu bezlitosnej drwiny i historycznego pesymizmu niż we wcześniejszych cyklach autora” – takim komentarzem jest opatrzony zbiór “Sarmatia”. Należy jednak pamiętać, że cykl ten jest satyrą, prowokacją, “romantycznym z ducha moralitetem” pisanym ku naszej przestrodze. Także cykl “Kosmopolak” jest próbą Kaczmarskiego porachowania się z naszym narodowym dziedzictwem – także dziedzictwem czasów powojennych, komunizmem. Kaczmarski z szacunkiem pisze o tych którzy walczyli o wolność Polski (tym bardziej z szacunkiem, gdyż często była to walka skazana na niepowodzenie, walka z przeważającymi siłami, mówi o tym piosenka “Rozbite oddziały” z cyklu “Kosmopolak”). Jako podsumowanie tego co napisałem warto raz jeszcze przytoczyć słowa poezji Kaczmarskiego:

“Z tych co jeszcze się chwieją na istnienia kładce
Mało kto zamiast gniewać się na to co było
Ściśnie zęby i powie długi ojców spłacę
A co ich ułomnością naszą będzie siłą”

Ci właśnie ludzie są naszą nadzieją, zdecydowani budować od nowa, nieobciążeni upiorami przeszłości choć odnoszący się do niej samej z należytym szacunkiem. Prawdziwą bowiem sztuką jest umiejętność pogodzenia nowego i starego. To, że wiele ze słabości naszych przodków możemy zaobserwować w czasach dzisiejszych może być dla nas znakiem do działania, do zmiany, do przekucia słabości i klęsk w siłę i sukcesy – czego sobie i nam wszystkim życzę.

Obecnie Jacek Kaczmarski potrzebuje pomocy – informacje jak jej udzielić możemy znaleźć np. na stronie www.kaczmarski.ltd.pl
Źródła:
1.”Encore, jeszcze raz. Piosenki z lat 74 – 95″ Jacek Kaczmarski, Wydawnictwo S.R. 1995 rok.
2. “Sarmatia” Jacek Kaczmarski, Zbigniew Łapiński, POMATON 1994
3. “Kosmopolak” Jacek Kaczmarski, POMATON 1990

Serdeczne podziękowania dla Marcina Wrońskiego za pozwolenie publikacji tego tekstu.
Tekst ukazał się na łamach “Magazynu Reporter” – www.magazyn.reporter.pl

Marcin Wroński

Sarmatia (Arka Noego)

Sarmatia (Syn Marnotrawny)

Sarmatia

Sarmatia vol.1

Wydawnictwo: Scutum, kooprodukcja Pomaton
Nośnik: Kaseta magnetofonowa
Numer w katalogu: POM 071
Data wydania: 1994
Nadesłał: lodbrok
Informacje dodatkowe:
4, 6, 7, 8, 10 – muzyka Z. Łapiński

Sarmatia vol.2

Wydawnictwo: Scutum, kooprodukcja Pomaton
Nośnik: Kaseta magnetofonowa
Numer w katalogu: POM 071
Data wydania: 1994
Nadesłał: lodbrok
Informacje dodatkowe:

4, 6, 7, 8, 10 – muzyka Z. Łapiński