Nagrań dokonano w studio Sonus, listopad 1996. Premiera odbyła się w krakowskiej “Piwnicy pod Baranami” w lipcu 1995 roku.

Zapowiedź z prywatnego koncertu

Program “Pochwała łotrostwa” powstał w znacznej części dwa i pół roku temu w lutym w pałacyku w Śmiełowie, jest to taki dworek w zasadzie, część Muzeum Narodowego w Poznaniu, którego kustosze, państwo Kostałowscy pozwolili mi tam się schować i pracować.

Z rozmowy z Grażyną Preder, Pożegnanie barda, wydawnictwo Nitrotest, Koszalin 1995

G.P. – Jak dzisiaj widzisz nasze – Polaków predyspozycje do budowania demokratycznego społeczeństwa?

J.K. – Nie wiem. Ja się tym nie zajmuję, zresztą nigdy właściwie tym się nie zajmowałem. To, co zawarłem w “Pochwale łotrostwa”, te dwa albo trzy utwory dadzą się podsumować jednym zdaniem, że łotrostwo musi się przetoczyć przez nasz kraj. Że nawet kompromitacje ludzi czy społeczeństw czemuś służą. Służą obnażeniu naszych ograniczeń, śmieszności, słabości, niemocy wszechmocnej.

Kilka stron dalej:

J.K. – Innego rodzaju wysiłkiem, zmierzającym do osiągnięcia zwięzłości, jest “Pochwała łotrostwa”. Jest wprawdzie kilka tekstów w moim starym, rozbuchanym stylu, ale przeważają bardzo krótkie i treściowo gęste przypowieści, w których “prawdy, co nie nowe” nazywam w miarę współcześnie, osobiście i bez zbędnych ozdobników

Krzysztof Masłoń, “Staropanieństwo panny “S””, 03 II 1997

Półtora roku temu Jacek Kaczmarski przedstawił “Pochwałę łotrostwa” w krakowskiej Piwnicy pod Baranami. Program odebrano wówczas jako rozrachunek artysty z III Rzeczypospolitą — gorzki i niekoniecznie sprawiedliwy; jako swoiste “Pożegnanie z Ojczyzną”, gdyż Kaczmarski wybierał się właśnie na stałe do Australii. “Pochwałę łotrostwa” solidarnie więc przemilczano. Czas miał wszystko ucukrować.
Nie ucukrował niczego, o czym można było przekonać się w sobotę podczas koncertu Jacka Kaczmarskiego w Teatrze Małym w Warszawie. “Pochwała łotrostwa” nie straciła nic ze swojej przenikliwości, ostrości sądów i aktualności, choć nie mamy już gabinetu Pawlaka — o którym śpiewa Kaczmarski — tylko Cimoszewicza. Rozgrywa się ta sama “farsa łotrzykowska”, którą najlepiej wyrazić “lecąc Grzesiukiem”, co czyni balladzista w brawurowo wykonywanym “Karnawale w >>Victorii<<“, będącym wolną przeróbką “U Bronki w Stawach”, tyle że z zaproszonymi na szemraną zabawę: Wałęsą, Pawlakiem, Mazowieckim, Kwaśniewskim, Oleksym. .. I jedynym, już całkiem de mode, Wachowskim.
W swoim najnowszym programie zajmuje się Jacek Kaczmarski, jak to nieco górnolotnie zaakcentował: “obecnością zła w nas samych i wokół nas”. Zwróciłbym szczególną uwagę na tę pierwszą. Jak na czterdziestolatka przystało, utwory autora “Obławy” stają się coraz bardziej autobiograficzne. Przekonuje o tym zwłaszcza rodem z Villona “Testament” (z muzyką Jacka Majewskiego) , w którym Kaczmarski stwierdza:
Tak używano mnie w potrzebie Aż dziw, że jeszcze mam ciut siebie.
Dość przypomnieć sobie pozaartystyczną historię “Murów”, dzieje “jedynego takiego tria” — z Gintrowskim i Łapińskim, “Kwadranse Jacka Kaczmarskiego” w Wolnej Europie, by przytaknąć temu autoironicznemu zadziwienieniu.
Kaczmarski w “Pochwale łotrostwa” wyraźnie nawiązuje do początków swej działalności artystycznej. Opowiada o zdarzeniach dziejących się współcześnie, o przypadkowych spotkaniach z przegranymi raczej ludźmi, którzy jednak o życiu wiedzą najwięcej, z młodzieńcami, którzy szeroko otwierają oczy obserwując polską rzeczywistość i w prymitywnym języku formułują takie oceny:
A jak się urządzili Ci z władz i z opozycji? Ten bił, a tego bili — Obydwaj dziś w policji.
Dał sobie spokój autor “Lekcji historii klasycznej” z odwołaniami do przeszłości, do wielkich dzieł historycznych, literackich, malarskich. Można by rzec, że wrócił do początku, do poetyki “Przedszkola” czy “Starych ludzi w autobusie”. Podobnie jest, jeśli chodzi o stronę muzyczną. Posiłkowanie się wyłącznie gitarą, wymusza prostotę.
Z dwudziestu jeden utworów składających się na “Pochwałę łotrostwa” przynajmniej kilka pozostanie w “żelaznym” repertuarze artysty. Będzie to z pewnością “Niech. .. ” z wezwaniem, byśmy czcili “co żyje radośnie” i szanowali “to, co umiera”; “Coś za coś” będące ukłonem w stronę ballad Bułata Okudżawy; na pewno “Testament”, może “Diabeł”. Włączył także Kaczmarski do “Pochwały łotrostwa” pierwszy utwór powstały już na antypodach, opowiadający o żegludze w 1788 r. na tę nową ziemię obiecaną jej pierwszych obywateli: złoczyńców, złodziei, prostytutek — brytyjskich zesłańców.
I jeszcze jedna piosenka znalazła się w “Pochwale. .. “, której na próżno byśmy szukali w wydanym znacznie wcześniej śpiewniku z nutami i tekstami z tego programu. Mowa o “Amantach panny S. “. Śpiewał już kiedyś Kaczmarski o “Powrocie sentymentalnej panny S. ” jako jej “sługa i wielbiciel”. Teraz, cóż, stwierdza stan faktyczny:
Panna S. do swych amantów nie ma szczęścia, Chociaż raz po raz o krok jest od zamęścia.
Lecz co z którym się obejmie, ledwie go umieści w Sejmie —
Uczuć tyle, co w pretensjach albo w pięściach.
Tak to bywa ze starymi pannami, obnoszącymi się ze swym dobrym urodzeniem, w tym wypadku — robotniczym. Dziś, niestety dla niej, punkty za pochodzenie nie są przyznawane.

Krzysztof Masłoń, “Autobiografia”, “Rzeczypospolita”, 03 IX 1997r.

“Pochwała łotrostwa” jest najbardziej autobiograficzną, a przy tym najszczerszą płytą Jacka Kaczmarskiego. Nie chodzi mi tu nawet o rewelacyjny, villonowski ” Testament”, spisany przed czterdziestką (urodziny za kilka dni) . Kaczmarski długo i z powodzeniem uprawiał lirykę wcieleniową, stąd wielu słuchaczom jego postać nałożyła się na portrety: oficerów — carskich i tych z katyńskiego lasku, Wysockich — Piotra i Włodzimierza, Bruno Jasieńskiego, ostatniego króla Polski, by nie powiedzieć, że i Katarzyny II.
W “Pochwale łotrostwa” artysta w nikogo się nie wciela, nikogo nie udaje, nie musi niczego udowadniać. Opowiada o sobie, o swoich demonach, słabościach, klęskach i zwycięstwach. Dość wsłuchać się w “Mojego diabła”, tytułową “Pochwałę łotrostwa” czy “Blues Odyssa”. Jacek Kaczmarski dawno pojął, że jego życie w jakiejś mierze nie należy tylko do niego — teraz wyciągnął z tego konsekwencje.
Miłośnikom twórczości autora “Murów” płyta ta powinna sprawić wiele radości. Znajdą na niej m. in. odwołania do ballad Wysockiego (“Teodycea”) i Okudżawy (“Coś za coś”) , stylistyczne nawiązania do wczesnych swoich utworów (“Odpowiedź na ankietę – Twój system wartości”) , ale i pierwszy song napisany już w Australii — “1788”.
Kilka piosenek odnosi się wprost do tego, co dzieje się na polskiej scenie politycznej. Za przewodnika po “salonach” III Rzeczypospolitej wybrał sobie. .. Stanisława Grzesiuka. Tutaj trzeba zaakcentować, że utwory nagrane na “Pochwale łotrostwa” powstały dwa lata temu. Nie objawił się jeszcze wówczas Szwagierkolaska, a zauważmy, że i Kaczmarski i T. Love nagrywają dla tego samego Pomatonu.
Jacek Kaczmarski wykazuje na “Pochwale łotrostwa”, że świetnie czuje się w pastiszu, że jest urodzonym humorystą, któremu często niewygodnie było na koturnach, jakie mu — wszystko jedno, czy za jego zgodą, czy nie — przyprawiono. “Karnawał w Victorii” wykonuje tak, jakby wychowywał się na melinach, a nie w porządnym domu.
Ciekawe, że “Pochwale łotrostwa” nie zaszkodziła wcale asceza aranżacyjna. W końcu te 21 piosenek Kaczmarski śpiewa wyłącznie przy akompaniamencie swojej gitary. O ileż taka “Wojna postu z karnawałem” była bogatsza muzycznie, głównie dzięki udziałowi w jej nagraniu pianisty, Zbigniewa Łapińskiego. Tylko co z tego? Antyklerykalizm tamtej płyty był nazbyt wykoncypowany, nic dziwnego więc, że niespecjalnie przejęliśmy się “Cromwellem” czy “Marcinem Lutrem”.
“Pochwałą łotrostwa” Jacek Kaczmarski dowiódł, że jest artystą samodzielnym, dojrzałym i niepowtarzalnym. Raz jeszcze przypomniał o wartościach najwyższych (“A ty siej. A nuż coś wyrośnie”) , podzielił się nadzieją, zauważając, że “może życie jest do rzeczy” i wypisał receptę na balsam dla każdego:
I pamiętaj — bo dana ci pamięć: Nie kłam sobie — a nikt ci nie skłamie.

Jacek Cieślak, “Łotr niewiarygodny”, “Rzeczypospolita”, 03 IX 1997r.

Polskie miasta zalewa fala przemocy. Zbuntowane dzieciaki rapują, czczą idoli techno. Biznesmeni gonią za pieniądzem, widzą same plusy w nowym typie telefonów komórkowych. Mafia zbiera haracze ze sklepów i “diluje” narkotyki. Jacek Kaczmarski wydał właśnie “Pochwałę łotrostwa” z piosenkami o Falandyszu i Pawlaku. Po prostu skansen.
O tym, że Jacek Kaczmarski źle czuł się w polskiej rzeczywistości, świadczy najlepiej jego wyjazd na antypody. Motywów było aż nadto: lata szarpaniny w podziemiu, nie kończące się maratony z gitarą — dla grona przyjaciół i tysiąca spragnionych, tego, by wreszcie runęły mury; beznadzieja stanu wojennego, kolejna “mała stabilizacja” i historyczny kompromis, który przyniósł rozczarowanie. Trudno przecenić ich znaczenie dla pieśni Kaczmarskiego. Polityczne salony portretuje bez złudzeń jako knajpę “Wiktoria”, gdzie balują Lech, co zgnoi gada, Waldi “Gaduła”, kudłaty Józek, Miecio “Żużel”, “Piękny Olo” mieszający harę z coca-colą.
Klimat z Grzesiuka powraca w piosenkach często, ale nie da się ukryć, że satyryczne kroniki polityczne żyją tak długo, jak ich bohaterowie na politycznej scenie. I cierpliwość słuchaczy, którzy woleliby o nich zapomnieć. Kaczmarski, uwikłany towarzysko i emocjonalnie w sprawy wielkiej polityki, zatracił jedyną niepowtarzalną szansę nawiązania kontaktu ze słuchaczami, którzy mają dość polityki. Jeśli można było mieć co do tego złudzenia w 1995 r. , gdy powstała “Pochwała łotrostwa”, kto może mieć je dzisiaj, gdy pojawiła się na płycie? Kaczmarski będąc dzieckiem epoki zdominowanej przez politykę, stał się jej ofiarą.
Tym większa szkoda, że na użytek poronionego w czasie albumu próbował skomponować cykl z całą galerią współczesnych polskich postaci. Nie potrafił jednak znaleźć odpowiednich proporcji. Bardzo wyraźnie widać jego rozdarcie. Stara się topić zawiedzione nadzieje w ironicznych pieśniach o bohaterach wybierających zło — księgowej z domu kultury, która zarabia na autostradzie, dziecka, które uczyło się życia zabijając koty. Jednak taka przewrotność w negowania dobra, wadzeniu się z Bogiem, wypada zbyt naiwnie. Tak jak banalność happy endu, w którym Kaczmarski śpiewa “A ty siej”.
Nie pozostawałoby nic innego jak odetchnąć z ulgą, powiedzieć “całe szczęście”, gdyby ten wewnętrzny konflikt nie był od początku wymyślony. Podobnie jak sytuacja poetycka, porównanie z doświadczeniami innego “łotra” – Mickiewicza, który w czasie listopadowej zawieruchy ukrył się w wielkopolskim dworku. Trzeba przyznać, że jako cynik Kaczmarski jest absolutnie niewiarygodny. Jego romantyczną ironię można skwitować tak, jak pozę hrabiego Henryka z “Nie-boskiej komedii”, powtarzając: “Dramat układasz”.

Daniel Wyszogrodzki, “Płyta Pochwała Łotrostwa”

Płyta POCHWAŁA ŁOTROSTWA zajmuje w dorobku Jacka Kaczmarskiego miejsce szczególne, co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, był to jego ostatni program, napisany przed wyjazdem do Australii. Niemal we wszystkich utworach pobrzmiewa związana z tą niełatwą decyzją (artysta opuszczał wszak tym razem “wolną Polskę”) nuta goryczy, zaś tematem naczelnym zaprezentowanych tu piosenek jest szeroko pojmowane zło – konkretnie zaś nieuchronność zła, na jakie jesteśmy skazani.
Drugi powód, który czyni tę pozycję wyjątkową w dyskografii Jacka Kaczmarskiego, jest już czysto formalnej natury: POCHWAŁA ŁOTROSTWA jest po prostu ostatnim solowym albumem studyjnym w dotychczasowym dorobku artysty. Towarzysząca tej edycji następna płyta Kaczmarskiego, MIĘDZY NAMI, została nagrana z muzykami (przez co także jest wyjątkiem, choć innej natury), natomiast od tamtej pory artysta konsekwentnie wydaje na płytach solowe recitale przed kameralną publicznością.
A jaki jest repertuar tej “ostatniej solowej płyty studyjnej”? Jak nietrudno zauważyć, zaprezentowane tu utwory są bezpośrednią reakcją na nową polską rzeczywistość lat odzyskanej wolności. Powtórzmy: rzeczywistości, z którą Kaczmarski postanowił się rozstać. Mniej tu więc historii i… pasji – więcej codzienności, rezygnacji, smutku. Ostro leci Grzesiukiem klajniacki Karnawał w “Viktorii” (“każdy se w nerki kropelkę da”), tymczasem tekst Lećmy Grzesiukiem komentuje sam siebie: “łotrowska dintojra niewarta ballady”. Część inspiracji pochodzi z mediów, jak w Reportażu osnutym na kanwie wojny na Bałkanach (“Plan amerykański z matką oszalałą.”), a paradoksalny wpływ telewizji odcisnął się na ironicznym utworze Błogosławię zło… (“Błogosławię zło na ekranie niebieskim”). Kilka prezentowanych tu utworów nawiązuje wprost do wydarzeń politycznych w kraju, jak na przykład Amanci panny S. którego niesławna bohaterka “co z którym się obejmie, umieści go w sejmie”. Polską rzeczywistość – nową rzeczywistość – bez cenzury znajdujemy w Metamorfozach sentymentalnych: “Księgowa Domu Kultury zakłada złote sztyblety…” Mamy tu prawdziwą alegorię “nowych czasów” – finanse i kulturę i nierząd uprawiany legalnie przy szosie…
Ogłoszenie w kosmos – przewrotnie dedykowane Stanisławowi Lemowi – to kolejna, jedna z wielu w twórczości Kaczmarskiego, próba sformułowania systemu wartości. Tym razem ma ona rozmiary miniatury, ale może właśnie dlatego powala syntezą, esencjonalnością sformułowań: “Odstąpię wierszy doskonałość, za jedno ocalone ciało”. Czyżby Kaczmarski oczekiwał, że Lem uzna jego wizję za prowokację? Ukłonem w stronę antyku jest Blues Odysa, tradycja biblijna powraca w Teodycei. Skoro jednak poruszyliśmy już temat systemu wartości, nie można pominąć piosenki zawierającej bezpośrednią Odpowiedź na ankietę “Twój system wartości”. Poetycka formuła pozwala Jackowi Kaczmarskiemu uprawiać z nami wyrafinowane gierki: “Polityka mi wisi dorodnym kalafiorem…” Czy ktoś potrafi mu w to uwierzyć?
Na koniec wreszcie pieśń tak ważna, że bodaj najistotniejsza na tej smutnej płycie. Przedwczesny Testament ’95 – z pozoru inspirowany Villonem, lecz bardziej chyba podszeptem chwili, nastrojem pożegnalnym, potrzebą podsumowania. Wiele mówi nam Jacek Kaczmarski o sobie w tym wierszu, w syntetyczny sposób streszcza tu mnogość wierszy innych. “Niejedną twarz mi los przyprawił” – wyznaje. “Byłem już zdrajcą i pomnikiem, degeneratem, bohaterem, a wszystkie twarze były szczere.” Spogląda krytycznym okiem na swoją publiczność: “Inaczej zdradzą wielbiciele, że ze mnie nie pojęli wiele.” I na kolegów z legendarnych Murów: “Partnerzy także źródłem troski – ciąży przyjaźni kamień młyński: Niezbyt wysilał się Gintrowski, nazbyt wysilał się Łapiński.” Ale kielich goryczy dopełnia taka oto myśl ostatnia, wersy najważniejsze: “Zostały jeszcze pieśni, one już, chcę czy nie chcę, nie są moje. Niech cierpią los swój – raz stworzone – na beznadziejny bój z ustrojem.” Musimy pamiętać, że pisze te słowa twórca, którego niedawny jeszcze sen o wolności kraju i myśli… spełnił się. Zaprawdę, nie ma gorszych snów, od tych, co spełniają się równie boleśnie. POCHWAŁA ŁOTROSTWA to album pełen takich właśnie spełnień.
Podobnie gorzkie miało się okazać doświadczenie emigracji do Australii. Ale tego nie mógł jeszcze widzieć bard w lutym 1995 roku, pisząc zamykającą płytę pieśń, której za tytuł posłużyła znamienna data 1788: “Ta pierwsza morska podroż do Australii! Łotry przy burtach, prostytutki w kojach – wszyscy się bali, łkali w drodze do raju”.

Pochwała łotrostwa (Arka Noego)

Pochwała łotrostwa (Syn Marnotrawny)

Pochwała łotrostwa

Pochwała łotrostwa

Pochwała łotrostwa