Daniel Wyszogrodzki (z książeczki dołšczonej do boxu "Syn Marnotrawny", Pomaton 2004)
MUZEUM to trzeci po MURACH (1979) i RAJU (1980) program tria Gintrowski/ Kaczmarski/Łapiński (1981). Spośród blisko dwustu wykonań materiału na żywo, tylko nieliczne utrwalono na taśmie, a i to jedynie we fragmentach. Jedyny istniejący zapis pełnego koncertu pochodzi z sali warszawskiej "Zachęty" i zachował się w taśmotece pana Janusza Halczewskiego. Podobnie jak w bliźniaczej reedycji RAJU, także i tutaj niedoskonałości techniczne rekompensuje wartość artystyczna dzieła.
Szalony pomysł, jaki stoi za materiałem składającym się na MUZEUM, okazał się niesłychanie zapładniający twórczo (i - jak miało się okazać - sam Jacek Kaczmarski będzie wracał do niego w przyszłości wielokrotnie). Teksty piosenek wypływają z inspiracji malarstwem - głównie polskim i głównie historycznym, choć nie tylko.
Szalony pomysł? Pozornie. W tym szaleństwie jest bowiem ukryta metoda: poeta wykorzystuje historyczny kontekst dzieł malarskich do swoich ulubionych rozważań historiozoficznych, przy czym nie umyka mu ani ogólne wrażenie artystyczne dzieła (to najbardziej subiektywne), ani detale, czy nawet szczegóły techniki. Zaznaczamy raz jeszcze, że pomysłem "wyśpiewania obrazów" Jacek Kaczmarski wyprzedził słynne "Śpiewające obrazy", tematyczny album Marka Grechuty z 1981 roku.
Jedynie dwa z zaprezentowanych tu tekstów wymykają się z tej formuły. Po pierwsze, słynny prolog Modlitwa o wschodzie słońca, do wiersza Natana Tenenbaumba, autora związanego przed laty z warszawskim STS-em. Słowa "chroń mnie Pani, od pogardy, od nienawiści strzeż mnie, Boże" nie wymagają komentarza i zaiste godne to motto w czasach eskalacji nienawiści i spowszednienia pogardy. Ballada o spalonej synagodze to drugi z "nie malarskich" tekstów w tym wyjątkowym MUZEUM. Ale po pierwsze, poszerza poruszaną tematykę historyczną o wątek ważny, acz nie reprezentowany w polskim malarstwie, po drugie - wiersz to bardzo malarski, obrazowy w detalach.
Polskie malarstwo romantyczne reprezentują między innymi Norblin, Gierymski i Michałowski, ale na pierwszy plan wysuwa się, otwierający cykl dwoma obrazami, ulubieniec pozytywistów, Jan Matejko. W pierwszej sali MUZEUM Kaczmarskiego witają nas dwie postaci-symbole: Rejtan i Stańczyk. Kiedy ten pierwszy rozdziera szatę w geście rozpaczy i bezsilności, widzimy go oczami rosyjskiego ambasadora:
"Koszulę z piersi zdarł, zupełnie jak w teatrze, Polacy - czuły naród - dali nabrać się" (Rejtan, czyli raport ambasadora). Drugi tymczasem - błazen czyli... intelektualista - ubolewa w cichości ducha nad własną niemocą, albowiem jego realna ocena sytuacji polskiego państwa pod rządami królowej Bony, wygłaszana przy akompaniamencie dzwoneczków na błazeńskiej czapce nie zda się na nic: "Gdybym pociągał sznury wielkich dzwonów, to bym z nich dobył najwyższego tonu" (Stańczyk).
Bliskim zainteresowaniem Jacka Kaczmarskiego cieszy się niezmiennie twórczość Jacka Malczewskiego, wybitnego polskiego symbolisty, nie stroniącego jednak od malarstwa reprezentatywnego i tematyki historycznej. Tutaj odkrywamy trzy smutne obrazy z "sybirackiego" cyklu mistrza: Wigilia na Syberii ("Siedzę i sam się w sobie nie mieszczę, patrząc na swoje życie, jesteśmy razem, czegóż chcieć jeszcze - jutro przyjdzie Zbawiciel") oraz Zesłanie studentów ("Pod wielką mapą Imperium [...] kończymy bliską Syberią skrócony kurs geografii") i Powrót z Syberii ("Potem mnie długo, długo tu nie było i oto wracam z najdalszej podróży, stamtąd gdzie nic się z marzeń nie spełniło, tu gdzie najgorsze sprawdzają się wróżby"). Do zgoła innej, metafizycznej refleksji, natchnął Kaczmarskiego obraz Malczewskiego, Zatruta studnia: "Lecz są i tacy, którym łyk napoju, nad studnią jadu szepnie o spokoju, ci na bezdrożnych, północnych przestrzeniach, zapomną domu swego i imienia..."
Największe wrażenie robią jednak w tym cyklu utwory inspirowane malarstwem najnowszym, na wskroś współczesnym - ekspresyjnym, wstrząsającym, drapieżnym. Zaczyna się od Witkacego, wołającego z autoportretu: "Umysł mam twardy jak łokcie, więc mnie za to nie kopcie, że rewolucja dla mnie to czerwone paznokcie" (Autoportret Witkacego). Witkacy obsesyjnie bał się totalitaryzmu, a wystawa w tym MUZEUM nie szczędzi nam widoku jego skutków. Okropieństwa wojny znajdują wyraz w tekstach inspirowanych Rozstrzelaniem Wróblewskiego ("Minął bez echa krótki łoskot, to przechodzenie światów boso") oraz pustym Birkenau Krawczyka ("Mizerne niebo czeka na swój pokarm"). Potem przychodzi nasza współczesność, daremnie szukać w niej jednak cichej, spokojnej przystani: "Upiorów małych rząd, zwieszony u poręczy w żyły nam sączy trąd" (Czerwony autobus). Przejmująca Kanapka z człowiekiem, drugi obraz Linkego, dopełnia obrazu egzystencjalnego szaleństwa naszych czasów: "Chleb wspaniały, człowiek z lekka był zgorzkniały".
Właściwym finałem tego cyklu jest symbol ponadczasowy, Arka Noego - ta biblijna parabola ocalenia przed klęską zmaterializowała się w słowach natchnionych starymi arrasami wawelskimi. A owe słowa, pisane w 1980 roku, miały zaiste proroczą moc: "Budujcie Arkę przed potopem, niech was nie mami głupców chór, budujcie Arkę przed potopem - słychać już grzmot burzowych chmur!" Potop był już blisko...