Wypowiedź Lecha Wałęsy z 21.08.1981, znajdująca się na okładce albumu "Songs of Solidarity" etc...
Przegląd Piosenki Prawdziwej "Zakazane piosenki" dobiegł końca. Zorganizowała go "Solidarność" dzięki społecznej postawie wielu osób: organizatorów, realizatorów, wykonawców oraz tych wszystkich, którzy swe umiejętności i wiedzę fachową chieli poświęcić sprawie kultury, do której związek nasz przywiązuje wielką wagę. Przekazuję serdeczne pozdrowienia wszystkim tym, którzy zechcieli przygotować Przegląd oraz być naszymi Gośćmi.
Wypowiedź Adama Michnika, znajdująca się na okładce albumu "Songs of Solidarity"etc...
Należę do najbardziej niemuzykalnych ludzi na kuli ziemskiej. Byłbym przeto ostanim kandydatem do pisania na temat piosenki czy też czegokolwiek co wymaga muzycznych umiejętności: Jeśli mimo to poproszono mnie o kilka słów komentarza, to zapewne dla innych powodów. Spróbuję je przedstawić.
Jestem z pokolenia, które całą edukację obywatelską pobierało w PRL, a fragmentem tej edukacji, niekoniecznie pobieranej na lekcjach szkolnych czy wykładach uniwersyteckich, były właśnie piosenki. Zarówno masowe pieśni o Przodującym Ustroju śpiewane na oficjalnych akademiach organizowanych z okazji świąt państwowych jak i piosenki śpiewane na prywatnych spotkaniach, a będące kodem porozumiewawczym ludzi odmawiających swej zgody na duchową przynależność do świata konformizmu i obłudy. Pamiętam dziesiątki takich spotkań, na których śpiewali między innymi Jacek Kleyff i Janek Kelus, Janusz Szpotański i Jacek Kaczmarski. Były to naprawdę "zakazane piosenki", piosenki otwarcie atakujące oficjalny system, jego kłamliwy język, jego instytucje oparte na przemocy, jego niszczące działanie na tkankę więzi społecznej i kultury narodowej. Piosenka pełniła funkcję obronną, była sposobem ekspresji dla twórcy, który zdobywał się na akt obywatelskiego nieposłuszeństwa i była azylem dla słuchacza, który szukał jakiejś obrony przed presją środków masowego prania mózgów, jak telewizja i większość programów radiowych. "Zakazana piosenka" była więc fragmentem niezależnej kultury, fragmentem istotnym i specyficznym. Nieocenzurowana ballada pojawiła się wcześniej niż np. nieocenzurowana powieść i najbardziej ułatwiała wzajemne spotkania ludzi "inaczej myślących".
Sierpniowy festiwal w Gdańsku był fenomenem jedynym w swoim rodzaju. Nie była to zwykła rocznicowa uroczystość lecz spotkanie rozmaitych "zakazanych piosenek", tych z marca'68 i tych z grudnia'70, tych starych z narodowych insurekcji i tych ostatnich ze stoczni gdańskiej, tych z więzień i tych z kabaretów, tych studenckich i tych robotniczych. Był to trzydniowy zjazd "słów zaaresztowanych", przedtem wyklętych. Różnych słów, od modlitwy religijnej do ordynarnego przekleństwa. W tym zlocie "zakazanych piosenek" brała udział wielotysięczna publiczność, co w sumie złożyło się na doniosły fakt społeczny i kulturalny. Ponad sceną zawieszone były karykaturalne portrety pięciu "wiernych kolędników czerwonej gwiazdy pięcioramiennej": Bieruta, Cyrankiewicza, Gomułki, Jaroszewicza i Gierka, a piosenki były rozmaite: wesołe i smutne, znakomite i grafomańskie. Wszystkie jednak były autentyczne. Od tej chwili stało się jasne, że jedynym kryterium dla piosenki jest jej społeczny odbiór a nie gęste sito cenzorsko - redaktorskich zakazów i nakazów. Przebijały się piosenki odważne i mądre, choć aura miejsca i czasu wzmagała emocje i nieraz nadmiernie preferowała polityczną jednoznaczność. Taki jest wszakże stan świadmości społecznej w Polsce anno domini 1981. Festiwal gdański to pierwszy dzień wolności dla polskiej piosenki. Oby stał się dniem powszednim.
Fragment recenzji Tomasza Jastruna "Jęczały głośno gwałcone sojusze" - dwutygodnik Informator Kulturalny Solidarności , nr 6, 3 września 1981.
Znakomite utwory Jacka Kaczmarskiego podobały się, ale już nie tak. Bo nikogo nie kopał, nie walił w mordę, za to zmuszał do myślenia, co bywa męczące w rewolucyjnych czasach. W imponującej hali lodowej Olivia oklaskiwano przede wszystkim odwagę pieśniarzy. Publiczności nie przeszkadzał fakt, że tylko niewielu z nich było ongiś na indeksie, a większości powodziło się lepiej niż dobrze.(...)
Impreza była jednak w sumie ciekawa, a przede wszystkim potrzebna. Potrzebna zarówno wykonawcom jak i słuchaczom, bo dla obu stron stała się czymś w rodzaju psychoterapii. Ci, których zmuszano do milczenia lub śpiewania półgłosem mogli się teraz wykrzyczeć, a publiczność odreagowywała swoje dzienne i nocne lęki. I śmiała się gromko w myśl zasady, że to, z czego możemy się śmiać, nie jest naprawdę groźne.
Całość budzi kilka refleksji ogólniejszych, które dotyczą i Związku. Potwierdziła się prawda, że odwaga nie musi iść w parze z myśleniem, a radykalizm - wieść do sukcesu. I, że zbyt często brakuje techniki, chociaż są odpowiednie instrumenty. Malkontentom nasuwało się też pytanie, jak zachowają się usta tak szeroko otwarte w Gdańsku, gdy ktoś znów zacznie wpychać w nie knebel (...)
I rzecz najsmaczniejsza. Ten pozornie bezkompromisowy festiwal ma już swoich wściekłych. Grupa wykonawców podpisała petycję oskarżającą kierownictwo o koniunkturalizm polityczny i moralny, reżysera o złą reżyserię, a całą imprezę obrażono porównaniem do Opola i Sopotu.
Małgorzata Niezabitowska, "Trochę śmiesznie, trochę smutno", "Tygodnik Solidarność" nr 23, 4 września 1981: Pierwszy Przegląd Piosenki Prawdziwej "Zakazane Piosenki" odbył się w Gdańsku w dniach 20 -22 sierpnia. Jak go opisać ? Można by wyzłośliwiać sęe nad poziomem artystycznym piosenek: słowa "dupa", "kurwa" itp. wyśpiewywano w co drugim tekście obok (często) częstochowskich rymów; i co gorsza były one gromko oklaskiwane. Można by pastwić się nad organizatorami: zaprezentowali oni - zamiast oczywistej na antyfestiwalu pokory i skromności - broszurkę, której jedyną treść stanowią nazwiska tychże zestawione w komitety, rady artystyczne i sztaby. Zaś Maciej Zembaty, dyrektor przeglądu, wystąpił w konkursie i do tego - wygrał go. Maciej Szybist - krakowski złośliwiec i ironista - stwierdził, że przelicytował on tym samym nawet Macieja Szczepańskiego, który sam sobie Złotego Ekranu nie przyznał Można by wreszcie zagłębić się w zawiłe rozważania nad etymologią słów "prawdziwe" i "zakazane"; i wykazać jak to, co autentyczne, odważne i dobre moralnie - staje się modą i stylem. Jednak nie. Spróbujmy inaczej. Piosenka nieoficjalna czy półoficjalna istniała od dawna. Wyrosła z piosenki studenckiej i muzyki młodzieżowej. Śpiewana była w klubach, kabaretach, na prywatnych spotkaniach. Nagrywana na kasety przechodziła z rąk do rąk, stawała się znana, kreowała liderów takich jak Jacek Kleyff czy Jacek Kaczmarski. Odbijały się w niej polskie miesiące - Marzec, Grudzień, odbijała się często bez metafor, gorzko, ostro - polska rzeczywistość. Rok temu pojawiły się jeszcze inne piosenki: robotnicze, strajkowe. Ideą przeglądu było to, by cały ten podziemny nurt wydobyć z ukrycia, więcej - by go zalegalizować. "Solidarność" przedłożyła wszystkie teksty gdańskiej cenzurze, a ta, jak sądzę, po wysokich konsultacjach całość zatwierdziła. Wydaje się, że jest to ogromnie ważny moment - włączenie "drugiego obiegu" piosenki w nurt oficjalny: krok to ku normalizacji kultury. Można się wiec spodziewać i mieć nadzieję, że nie będzie więcej piosenek zakazanych. Oby było jak najwięcej prawdziwych ! Nie obyło się też na przeglądzie bez oficjalnego protestu. Wykonawcy nieznani dotąd i zakazani, którzy stanowili większość, postanowili słowem przeciwstawić się tej wielkiej machinie, w jaką przerodził się przegląd; pięć tysięcy widzów w Hali Olivii, prasa, kamery i estrada - ta rządzi się swoimi prawami, niezależnie od intencji organizatorów i twórców. Oni zaś przyzwyczajeni do występów z przymusu kameralnych, często w przyjacielskim, osobistym kontakcie ze słuchaczami - ani mogli, ani chcieli się do tego dopasować. Inaczej czuli się tu doświadczeni estradowcy tacy jak Jacek Fedorowicz, Andrzej Rosiewicz czy Jan Stanisławski - zdobywca "Złotego Knebla" w trzecim dniu przeglądu. Docenili swobodę i spontaniczność imprezy, daleko odbiegającą od państwowego show-biznesu. A publiczność ? Publiczność, która sama w głosowaniu przyznawała nagrody, była żywa, gorąca i chętnie śpiewała to, co uznała za śpiewania godne. I tak właśnie zakończył się festiwal. Ze sceny i widowni śpiewano razem :
Prawdy, prawdy, prawdy jako chleba, prawdy, prawdy, prawdy nam potrzeba! Taka jest wola ludu, powszechne wołanie, a ona jest święta i niech tak się stanie!
Fragment artykułu Jana Poprawy - W styczniu leżał w szpitalu - Przekrój 04.02.1990 r. W roku 1981 nie znany był też szerzej Jacek Kaczmarski. W wielkim "Festiwalu Piosenki Prawdziwej", zorganizowanym przez "Solidarność" w hali "OIivii" - przegrał z kretesem nagrodę publiczności. Kto wygrał ? Nikt już nie pamięta... Tymczasem w tym czasie Kaczmarski napisał swe najlepsze chyba utwory. "Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego" - ponury, dramatyczny, ekspresyjny do bólu poemat o zniewoleniu. I program zatytułowany "Muzeum" - w piosenkach (może pieśniach?) odtwarzający słynne polskie obrazy o tematyce patriotycznej.
Fragment ze wspomnienia Jarosława i Jacka Kurskich - Pamiętajcie o mnie co sił - Gazeta Wyborcza nr 87, 13.04.2004 r. Rok 1981 - Przegląd Piosenki Prawdziwej w gdańskiej Olivii. Apogeum solidarnościowego karnawału. Na scenie roi się od świeżo nawróconych artystów-antykomunistów, którzy licytują się, kto mocniej przywali komunie. Tłumy przyjmują to owacją. Jacek, który już w 1974 roku napisał "Obławę" według Włodzimierza Wysockiego i w ten sposób w wieku lat siedemnastu rozpoczął opozycyjną twórczość i występy, nie śpiewa pod publikę ani ku pokrzepieniu serc. Rzuca profetycznie:
"Budujcie arkę przed potopem, (...)
zostawcie kłótnie swe na potem,
wiarę przeczuciom dajcie raz.
Budujcie arkę przed potopem,
zanim w końcu pochłonie was"
jakby obsadzał siebie w roli bohaterów swoich pieśni "Stańczyka" i "Kasandry" na próżno alarmujących o zbliżającej się katastrofie, lekceważonych, niesłuchanych. Ten festiwal był zapowiedzą twórczego dramatu Jacka, który nie opuścił go już do końca życia. Jego przenikliwość, intelektualna subtelność i nieokiełznana wyobraźnia były propozycją zbyt wyszukaną dla ludzi, którzy widzieli w nim jedynie barda z solidarnościowych barykad śpiewającego o tym, że "Mury runą". Pieśń kończy się frazą, że "mury rosną, a śpiewak zawsze jest sam". "Mury", których wykonanie wymuszała na nim publiczność pod koniec jego koncertów, stały się symbolem jego niezrozumienia i osamotnienia. A jednak mimo cierpień Jacek potrafił pogodzić rolę narodowego barda i wysublimowanego poety, choć nieraz wiedzieliśmy u niego z tego powodu rozpacz.
Z artykułu Krzysztofa Masłonia - Nie kłam sobie a nikt ci nie skłamie - Rzeczpospolita - 17.04.2004 r. W 1981 r. na Festiwalu Piosenki Prawdziwej w hali Olivii, gdy piosenkarska konkurencja prześcigała się w wysiłkach, by bardziej "dokopać czerwonemu", Kaczmarski z Gintrowskim i Łapińskim budzili trwogę "Zesłaniem studentów" i "Wigilią na Syberii". Pytano wówczas: "Wejdą? Nie wejdą?", ale oni stawiali już pytanie następne: "Co będzie, jak wejdą?" I tu Kaczmarski, charakterystycznie dla siebie, odwołując się do historii i literatury, budził sumienia. Czynił to zresztą już wcześniej. W 1978 r. kompletnie niecenzuralny utwór "Świadkowie", opowiadający - przypomnę - dramatyczną historię pewnej marynarki w angielską kratę, która młodemu sowieckiemu lejtnantowi "papała prosto darom", kończył wezwaniem:
"Wejdźmy głębiej w wodę kochani
Dosyć tego brodzenia przy brzegu".
Jakie mogłyby być skutki takiego apelu? Nie wiem, ale nie zapomnę pewnej pani, która w 1981 r. na warszawskim koncercie w Sali Kongresowej, będącym okrojoną wersją festiwalu z Gdańska, po występie tria Kaczmarski - Gintrowski - Łapiński powtarzała jak w transie: "Tak musieli wyglądać paryscy komunardzi". No tak, byli "młodzi, genialni", tyle że "ręce łańcuch im skuł". Jaki mógłby być ich koniec? Czyżby taki sam jak Brunona Jasieńskiego? Gdy dwadzieścia lat później w wolnej Polsce chciano zorganizować Przegląd Piosenki Prawdziwej, awantura wybuchła właśnie o piosenki Kaczmarskiego. Ale już te nowe, w których wcale nie chciał - jak związkowy przywódca - targać się po szczękach z komuną, nie wyciągał ukrytych teczek z ubeckich archiwów, ale na odlew uderzał... w swoich:
Muszkieterowie - już nie ci sami -
Dojrzałości pożółkli goryczą
Zaczęli liczyć się z realiami,
Choć realia się z nimi nie liczą...
Psieje świat, czy może właśnie psieją oni,
Psiocząc na to, co ich dziełem w takim stopniu?
Co się stało z dawnymi wielbicielami "Sentymentalnej panny S"?
"Trzosy pełne, a serca - próżne
Fałszu zeskrobać z prawdy - nie sposób".
A "Panna S. - kontynuował wieczny kontestator - do swych amantów nie ma szczęścia,/ Chociaż raz po raz o krok jest od zamęścia. / Lecz co z którym się obejmie/ Ledwie go umieści w Sejmie - Uczuć tyle co w pretensjach, albo w pięściach" (1995). Zarzucano mu - bardowi "Solidarności!" - jeśli nie hańbienie etosu, to wyraźne jego nadwątlanie.
Fragment artykułu Adama Paczuskiego - Epitafium dla barda - Promocje kujawsko-pomorskie nr 9-11 (143) 2004 r., s. 2-4
Polska ujrzała go krótko na festiwalu opolskim, gdzie brawurowo wykonał "Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego". Na innym festiwalu - Piosenki Prawdziwej zdarzyła się rzecz, którą do dziś mi jest trudno zrozumieć. Kaczmarski, którego twórczość była kwintesencją owej "piosenki prawdziwej" zaśpiewał wizjonerską "Arkę Noego" i... przegrał główną nagrodę z łzawym tekstem (do jeszcze gorszej muzyki) "Piosenki dla mojej córeczki". Okazuje się, że polityczna poprawność niejedną ma twarz.