Fragment z wywiadu udzielonego Natalii Gorbaniewskiej - Solidarność z Polską powinna mieć swój odrębny wyraz - Miesięcznik Kontakt, 1982 r.
J.K. - Po Festiwalu Piosenki Zakazanej w Gdańsku, wybór twórców i piosenek z tego festiwalu został przedstawiony w Sali Kongresowej w Pałacu Kultury pod tytułem "Młoda polska subkultura". Przez dwa tygodnie przy pełnych salach, 3 tysiące ludzi codziennie dwa razy wieczorem, o 17-tej i o 20-tej. Przy czym nie obeszło się bez protestu ambasady radzieckiej, która określiła tę imprezę jako wybitnie antysocjalistyczną, ale nie da się zaprzeczyć, że to było oficjalnie organizowane, przez oficjalne, powołane do tego przez państwo agencje artystyczne. To znaczy, że nagle ten cały boom został wpuszczony w finansowo ? artystyczny kanał, i niestety bardzo wielu ludzi z mojego środowiska, bardzo łatwo dało się w to wessać, i do dzisiaj niektórzy z nich funkcjonują na tej zasadzie, nawet po 13-tym grudnia. Ja na szczęście zawsze miałem tę alternatywę, zawsze oprócz tego, co śpiewaliśmy oficjalnie, śpiewaliśmy ciągle w tych domach prywatnych. Ciągle były jakieś kontakty czy prace, których nawet wolnościowe 15 miesięcy nie było w stanie zaakceptować w Polsce, a poza tym mieliśmy już do tego stopnia wykształcony profil wypowiedzi, że trudno jednak było nas kupić. Wiadomo było, że nie mogliśmy w żadnej sytuacji śpiewać czego innego niż śpiewaliśmy dotąd. To już była kontynuacja tej samej postawy, którą mieliśmy przed Sierpniem.
Kontakt - To znaczy, ze nie mogliście zaśpiewać czegoś nawet bardziej zaostrzonego, jak proponował ten pan, ale na zamówienie?
J.K. - Tak. Tego nie. Mimo tego, że staliśmy się oczywiście popularni, że zaczęliśmy śpiewać dla dziesiątek tysięcy a nie dla kilkunastu osób, to jednocześnie jakby to wszystko lekko opadło, dlatego że, przypuszczam, byliśmy jedynymi ludźmi w Polsce, tą grupą 5-ciu, 6-ciu osób, którzy nie zaczęli strzelać jak wszyscy z grubej rury, kopać leżących, mówić po nazwisku, tylko kontynuowaliśmy ten swój model myślenia historyczno- perspektywicznego, polityczno-metaforycznego, tak bym to nazwał. Ja to sobie osobiście bardzo cenię, tzn. uważam, że te piosenki, które napisaliśmy w ciągu tych 15-stu miesięcy Solidarności, dzięki temu, że znalazły się na styku pomiędzy rzeczywistością, która działa się na gorąco, a naszym historycznym myśleniem, są jakby najbardziej znaczące, najbardziej brzmiące w tym kontekście. Podczas gdy te polityczne pamflety czy peany, które pisano na co dzień po Sierpniu 80-tego roku, są dla mnie nie do słuchania w tej chwili. Była taka sytuacja przecież, że kiedy powstała idea Festiwalu Piosenki Zakazanej, to... ja nie chcę po nazwisku mówić, ale kilkudziesięciu bardzo znanych i uznanych twórców, na gorąco pisało "zakazane piosenki", bo nikt z nich nie miał w zapasie czegoś takiego jak piosenka, która kiedyś była nie puszczana przez cenzurę. Musieli natychmiast nadrobić tę zaległość i natychmiast napisać coś "zakazanego", napisać coś "przeciw", żeby się znaleźć na tym festiwalu, bo to była bardzo snobistyczna impreza.
Kontakt - Znaczy, napisać coś zakazanego, kiedy zakazane stało się dozwolonym. Skrajnym wyrazem przeciwnej pozycji była odmowa uczestniczenia w gdańskim festiwalu ze strony Jana Kelusa.
J.K. - Tak. On, uważam, zrobił bardzo słusznie. Ocalił się, dlatego że ten festiwal zamienił się z tego czym miał być pierwotnie, znaczy z trybuny ludzi, którym nie wolno było śpiewać, w imprezę estradową, jakich bardzo wiele było w Polsce. Wprawdzie ogromną bo 3 dni po 6,7 godzin co wieczór, z udziałem najlepszych piosenkarzy i dowcipnisiów polskich, natomiast stracił to czym mógł być, czyli rzeczywiście trybuną niezależnej myśli artystycznej, która w Polsce miała tradycje od 68-go roku, czyli właśnie od Janka Kelusa. Niestety, festiwal zamienił się w imprezę bardzo komercyjną i, jak powiedziałem, wzięło w niej udział bardzo wielu ludzi, którym się cudownie działo w czasie gierkowskiego reżimu, którzy byli artystami uznanymi, zarabiającymi kolosalne pieniądze, znajdującymi się w absolutnej elicie zarówno kulturalnej jak i politycznej. Każdy z nich miał swoje układy polityczne, które mu umożliwiały istnienie. Po prostu na gorąco napisali coś, powiedzmy sobie "zakazanego". Festiwal był imprezą, która się rozminęła ze swoim celem, dla ludzi bardziej związanych z tym ruchem była imprezą nawet żałosną. Mimo wszystko wydaje mi się, że można było na to też spojrzeć z pragmatycznego punktu widzenia. Rzeczywiście w świadomości ludzi pozostał fakt, że przez 40 lat istnienia tego systemu we wschodniej Europie i przez prawie 70 lat istnienia w Związku Radzieckim, czegoś takiego nie było.
Kontakt - To nie na darmo prasa sowiecka tak szczekała...
Jacek - Otóż to. Przez trzy dni można było oficjalnie powiedzieć wszystko. Nie wiem czy widziałeś zdjęcia ze scenografii tego koncertu. To była hala sportowa Oliwii na 6 tys. ludzi. Drugiego dnia kiedy ktoś tam zaczął wpuszczać na lewo i pojawiły się fałszywe bilety, bo zainteresowanie było kolosalne, na sali było 10 tys. ludzi. Nad ogromną sceną powieszone były portrety wszystkich przywódców polskich od 45-tego roku, tą technika wcierkową jaką robiono niegdyś, zanim robiono zdjęcia i malunki, portrety Gomułki, Cyrankiewicza, Jaroszewicza itd. Powiększone takie karykaturalne mordy, bo w końcu to są potworne mordy przecież.
Kontakt - Nawet nie potrzebują karykatury.
Jacek - Nie potrzebują. I nad nimi była parodia plakatu robotnika, który wyciąga rękę ku przyszłości, z tym ze zamiast steru jest stryczek. Trudno o coś bardziej wprost i odpowiadającego nastrojom, które powstrzymywało wyłącznie moralno-chrześcijańskie podłoże ruchu Solidarności. Nastroje były oczywiste. Wydaje mi się, że rzeczywiście te trzy dni wolności, które w końcu obejrzało 18 tys. ludzi, a usłyszało z kaset następne kilkadziesiąt jeśli nie kilkaset tysięcy, były warte nawet tego rozminięcia się z głównym celem festiwalu. Było coś takiego, że w pewnym momencie ludzie poczuli się w wolnym kraju, gdzie wszystko może mieć miejsce. Tego oczywiście nie da się ani zapomnieć ani nie docenić.
Fragment wywiadu "Nigdy nie pisaliśmy na zamówienie...", "Przekaz" nr 1 - kwiecień 1985r.
Nie mogliście śpiewać tego, co chcieliście najbardziej. Musieliście śpiewać zgodnie z oczekiwaniami sali...
- Śpiewać, a nie pisać, dlatego, że nigdy nie robiliśmy tego, czego ludzie od nas żądali, tzn. nie pisaliśmy na zamówienie. Wręcz przeciwnie - gdy było jakieś zamówienie na konkret, to robiliśmy coś na odwrót. W tym czasie tworzyliśmy "Muzeum". W okresie "Solidarności", gdy odwaga staniała, twórcy estradowi (zdecydowana ich większość), "przywalała" wtedy jak mogła, można było używać brzydkich słów i grzmocić w ten reżim aż huczało. Wpadliśmy zatem na pomysł, by napisać coś, co umieścić całą tę rzeczywistość "Solidarności" w kontekście historycznym. Oczywiście nie liczyliśmy na jakieś nadzwyczajne efekty pedagogiczne, ale chodziło nam o to, by ludziom nie wydawało się, że są czymś absolutnie wyjątkowym, że nagle stało się coś, czego nigdy nie było i nigdy tak nie będzie. Próbowaliśmy skomentować ostatnie 200 lat naszej historii tak, żeby powstanie "Solidarności" i nastroje ludzi uwidocznić jako jeden z fragmentów mozaiki, którą jest nasza świadomość historyczna. No i okazało się, że to było trafne przemyślenie.
- Trafne, ale nie nagrodzone w odpowiedni sposób na Festiwalu Piosenki Prawdziwej w Gdańsku. Na festiwalu tym "ośmieliliście się" zaśpiewać rozentuzjazmowanemu tłumowi wizjonerskie "Budujcie Arkę przed potopem".
- "Arka" jest cackiem, jeśli chodzi o anegdotę towarzyszącą jej powstaniu. Przemek przez cały czas nosił w sobie jakieś melodie, nucił i grał wieczorami (był to jego żywioł, jako kompozytora), i kiedyś zaprezentował pewien muzyczny motyw, który bardzo mi się spodobał. A ponieważ zbliżał się strajk marcowy, związany z prowokacją bydgoską, po prostu wpadło mi na myśl, by napisać piosenkę o "Arce". Widocznie jestem przekorny. Napisałem najpierw refren do tej muzyki, a potem gdzieś w sklepie lub na ulicy wymyśliłem zwrotki. W drodze na jakiś koncert zanuciłem to Przemkowi, potem był występ, wesołe i głośne spotkanie z ludźmi, o trzeciej rano wróciliśmy do hotelu. O czwartej szarpie mnie Przemek i mówi: Już mam wszystko razem! W hotelu (chyba o szóstej rano) próbowaliśmy grać tę piosenkę, by nadać jej ostateczny kształt i móc nazajutrz ją zaśpiewać. Wówczas ktoś zaczął się dobijać do drzwi. Zbyszek powiedział: "Otwarte". Nie było otwarte. Ktoś zaczął się włamywać. Drzwi wreszcie otworzono. Weszła jakaś pani w papilotach i podniesionym głosem powiedziała - Proszę panów, jest czwarta w nocy! Na co Zbyszek spokojnie: - A to trzeba spać o tej porze, proszę pani. Ją zmyło. A piosenka powstała. Rzeczywiście dwa dni później ją zaśpiewaliśmy. Zresztą kilka piosenek powstało w taki właśnie sposób. Jeśli chodzi o festiwal, to już wielokrotnie mówiłem, idea była wspaniała, niestety trochę się to skomercjalizowało, ponieważ szereg ludzi zaczęło na gwałt pisać piosenki zakazane. Ja na przykład nie miałem moralnego prawa wykonać "Epitafium dla Wysockiego" lub "Obławy" dlatego, że "Obława" nigdy nie miała kłopotów z cenzurą, a "Epitafium" uzyskało nagrodę na festiwalu opolskim (również oficjalną). Dlatego wybrałem piosenki, które nigdy nie były puszczone przez cenzurę, "Rejtana" i "Świadków", co oczywiście w konkursie odebrało mi część szans. Ale to nie było ważne. Atmosfera byłą niesłychana. Te tłumy ludzi, te trzy wieczory dzień po dniu po 5-6 godzin. To mi się szalenie podobało.
Z rozmowy z Grażyną Preder, Pożegnanie barda, wydawnictwo Nitrotest, Koszalin 1995
G.P. - Twoje najbardziej spektakularne sukcesy z tego okresu to nagroda dziennikarzy akredytowanych przy festiwalu opolskim za "Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego" i - przyznany w tym samym, 1981 roku, Srebrny Knebel Przeglądu Piosenki Prawdziwej za utwory "Rejtan czyli raport ambasadora" i "Arka Noego". Obie te piosenki pochodzą z programu "Muzeum", gdzie twoja budząca podziw znajomość malarstwa polskiego łączy się z taką ponadczasową, trwałą refleksją.
J.K. - Program był pomyślany, tak trochę na przekór czasom, które sprzyjały powiedzeniu, że odwaga staniała... Każdy mógł już pisać zakazane piosenki i dokopywać czerwonemu. Notabene: Złoty Knebel dostał wtedy, nieżyjący już, Jacek Zwoźniak z Kabaretu "Baba", za piosenkę "W tę dupę wypiętą nad Polską kopa dać, choćby była czerwona". On miał dar pisania w sposób dosadny, bez owijania w bawełnę. A to natychmiast trafiało do ludzi. Bardzo się z Jackiem lubiliśmy. Nie miałem do niego żalu, że wygrał z moim "Rejtanem" czy "Arką Noego". Zresztą była to taka szlachetna rywalizacja, bo ludzie głosowali na poszczególne piosenki, a fakt, że robotnicza publiczność w tym czasie tak wysoko oceniła moje historyczno-literackie utwory - i tak był dla mnie wielką nagrodą.
Fragment z wywiadu udzielonego Jolancie Piątek - Za dużo Czerwonego - Miesięcznik Literacki "Odra" nr 481(12.2001) - 484 (03.2002)
J.K. - Ja jeszcze w czasach pierwszej "Solidarności" poczułem niesmak, zwłaszcza po Przeglądzie Piosenki Prawdziwej w Trójmieście w 1981 roku, kiedy nagle okazało się, że wszyscy artyści w Polsce znani z telewizji, radia, sceny, nagle na wyścigi zaczęli pisać piosenki zakazane tylko po to, żeby wystąpić w Hali Oliwii. Tam były nawet protesty, Małgosia Bratek i Jan Krzysztof Kelus, który miał główne prawo pojawić się tam, nie przyjechali. A wymiarem prawdziwości tych piosenek pisanych na zamówienie społeczne, miała być ich drastyczność polityczna. Do dzisiaj pamiętam taką frazę: "w tę dupę wypiętą nad Polskę kopa dać, choćby była czerwona.." Ludzie szaleli ze szczęścia, ale to nie był mój ideał estetyczny, nawet protestu politycznego. I miałem poczucie niesmaku, bo sądzę, że im mniej się mówi rzeczy dosadnych, tym większy ciężar gatunkowy ma to, co się mówi. I z tych właśnie przemyśleń wzięła się powściągliwość poetycka utworów pisanych już w stanie wojennym, bo i "Koncert fortepianowy" i "Marsz intelektualistów", i nawet "Prośba", to są rzeczy dramatyczne, ale i powściągliwe, tam nie ma potraktowania przeciwnika, czyli systemu, w kategoriach knajackich, ponieważ gdyby go tak potraktować, to się obniża jego moc, jego potęgę, a tym samym obniża się wartość własnego protestu.