|
Nie będzie hucznych pożegnańWielokrotnie mówił pan, że na początku pańskie piosenki nie miały kontekstu politycznego. Taka interpretacja wyszła z zewnątrz. Pan to podjął i zaczął pisać piosenki ewidentnie polityczne... Rzeczywiście, pierwsze utwory jednoznacznie zostały odebrane jako utwory polityczne, bo żyliśmy w takim systemie, który sprawiał, że wszystko było polityką. A kiedy świadomie wdepnął pan w politykę?
Uczestnictwo w drugim obiegu kultury to już była decyzja polityczna. Zacząłem być
odbierany jako twórca jednoznacznie polityczny, mimo że pisałem takie rzeczy, które
z polityką miały niewiele wspólnego. W 1980 roku, który był najgorętszy
politycznie, pisałem program "Raj", piosenki wywiedzione z odczytywania wątków
biblijnych. W 1981 roku pisałem program historyczny "Muzeum". Czym się pan zajął? Zaczęły mnie interesować uniwersalne prawdy dotyczące ludzkich zachowań w sytuacjach przełomowych. Od pięciu lat mamy przecież taką sytuację, sytuację kompromitacji lub zawieszenia pewnych schematów i nie wytworzenie się nowych, uciekania się do najważniejszych szafarzy politycznych, historycznych, literackich żeby uzasadnić swoje wybory polityczne. Stąd moje programy pisane od 1990 roku: "Wojna postu z karnawałem", "Sarmacja" i najnowszy jeszcze nie nagrany: "Pochwała łotrostwa". Mówią o ludziach zagubionych w świecie, którzy odnoszą wrażenie, że - mimo demokratycznych struktur - nic od nich nie zależy. Ksiądz Tischner to trafnie zdiagnozował jako chęć zachowania niewinności. Człowiek zniewolony, który czuje się zmuszony do życia w ten a nie inny sposób, czuje się wewnętrznie czysty, bo nie odpowiada za czyny, wykonuje polecenia pod groźbą kary. Człowiek wolny, który dokonuje wyborów, siłą rzeczy ponosi odpowiedzialność i traci niewinność. Czy tak według pana zachowuje się teraz polskie społeczeństwo? To nawet jest zbyt szlachetna diagnoza. Do chęci zachowania niewinności dochodzi kompletny zamęt wynikający z braku wiedzy i z niechęci do myślenia. Brak wiedzy na jaki temat?
- Na każdy. Brak wiedzy na temat własnych motywacji postępowania. Nasze polskie
chrześcijaństwo jest powierzchowne, obrzędowe. Nasza polityka spod sztandaru
patriotyzmu jest hasłowa, operuje sienkiewiczowskimi kryteriami. Dla wielu był pan bardem Solidarności. Czym ona jest dla pana dzisiaj?
Ja nie mam kontaktów ze związkiem. Dwukrotnie proszono mnie o występ dla
Solidarności. Wyraziłem gotowość ze względu na swoje zobowiązania wobec pojęcia
Solidarność, a nie wobec struktury czy profilu politycznego. Moi kontrahenci
solidarnościowi dwa razy wycofali się z propozycji - widocznie po naradach z kimś
ważniejszym, kto uznał, że ja nie jestem właściwą osobą żeby występować na wiecach
Solidarności. Ja Solidarności nie odrzuciłem, to Solidarność mnie odrzuciła. Czy bardowie są jeszcze potrzebni? Nie wiem, czy jest to dobre określenie na to co robię. Można mnie różnie nazwać - bard, rapsod, piosenkarz. Ta etykietka mnie nie interesuje. Fakt, że jeżdżę po Polsce, że nie mam praktycznie czasu na pisanie, życie prywatne, mam młodą publiczność - w większości poniżej dwudziestu lat - świadczy o tym, że samotny artysta z gitarą jest komuś potrzebny. Jeśli natomiast jest zapotrzebowanie na śpiewaków wiecowych, to ja z pewnością nim nie jestem. Dlaczego pana publiczność jest taka młoda? Czy ci, którzy przychodzili na pana koncerty 15 lat temu, są zajęci robieniem polityki albo pieniędzy?
Gdyby wszyscy moi słuchacze tak zrobili, mielibyśmy samych polityków i bogatych
ludzi. Mechanizm jest inny. Moi rówieśnicy ulegli rozsypce generacyjnej. To się
dzieje w każdym pokoleniu. Wielu z nich z przyczyn emocjonalnych nie chce wracać do
przeszłości. Mój koncert byłby dla nich powrotem do przeszłości, a ludzie mają
tendencję do odcinania się od swojej młodości, którą uważają za durną i chmurną,
naiwną i pełną ideałów. Dla nich dorosłość to pragmatyzm. Skoro ma pan tu publiczność, dla której warto pisać, która pana rozumie, to skąd decyzja o emigracji do Australii?
Dla tej publiczności warto pisać, a ja w Polsce nie mam czasu na pisanie. Mam 38
lat, w tym wieku człowiek zaczyna przymierzać zamiary do możliwości ich spełnienia.
Mam świadomość, że czasu jest niewiele w stosunku do moich zamiarów, więc staram
się zapewnić sobie warunki do twórczości. Z bliska nie da się na spokojnie oglądać polskiej rzeczywistości? Dla mnie bardziej inspirujące jest patrzenie z dystansu niż siedzenie w środku. Mam taką naturę - wiem, co chcę o świecie i życiu powiedzieć, a to, co dzieje się wokół, nieustannie mi przeszkadza. To nie jest emigracja polityczna?
W decyzji o wyjeździe nie ma elementu politycznego, natomiast jest element
nostalgiczny. Już dziewięć lat temu po pobycie w Australii chciałem się tam
przenieść. Potem byłem tam kilka razy i atmosfera oddychania absolutem, jakiej
doświadczałem, utwierdzała mnie w marzeniu, żeby tam zamieszkać. Czy to znaczy, że w III Rzeczpospolitej żyje się trudniej niż w PRL-u? Przedtem emigrował pan nie do końca z własnej woli, teraz jest to przemyślany wybór...
Mnie się tutaj żyje dosyć dobrze w porównaniu z życiem przeciętnego Polaka. Tylko
to dla mnie nie jest wartość sama w sobie. Jeżdżę na koncerty, wydaję książki,
wystawiam sztuki. Ja już nie należę do tych, którzy dążą do podbijania poprzeczki
sukcesu. Sukces nie jest dla mnie wartością. Robię to, co robię w większym stopniu
dla poznania samego siebie, niż zadowalania moich odbiorców. Przyszedł taki moment,
gdy trzeba stanąć oko w oko ze sobą samym i gdy pracuje się nad tekstem dla samego
tekstu, a nie po to, by go sprzedać: publiczności na koncercie, telewizji czy
wydawnictwu. Będzie pan wracał do Polski? Tylko wtedy, kiedy uznam, że mam z czym przyjechać. A co o pana decyzji sądzą przyjaciele, znajomi? Jeżeli mnie szanują czy lubią moją twórczość, powinni docenić, że robię to dla jej dobra. Nie będzie pożegnania? Po prostu pewnego dnia okaże się, że pan jest już w Australii? Jeszcze czekamy na ostateczną decyzję. Może przyjść za tydzień, za dwa miesiące, mam nadzieję że przed końcem roku. Nie będę urządzał hucznych publicznych pożegnań - to są tanie chwyty reklamowe. Nie chcę wokół wyjazdu robić szumu, który napędzałby mi publiczność. Kiedy młodzi ludzie pytają, jakie mam plany, to im o tym mówię. To pozwala mi uniknąć losu, którego bardzo chciałem uniknąć, to znaczy roli przewodnika dla młodych ludzi. Artysta nie może być guru, bo twórczość jest samotnym szarpaniem się ze sobą, nie daje żadnych wskazówek na życie, daje tylko przemyślenia na własny temat. Wskazówki na życie każdy musi sobie zdobyć sam.
Nadesłał: Szymon Kucharski Przepisał: Łukasz Gadomer |