|
Śpiewy historyczneMasz czterdzieści lat- o Kończę 37- ...zjeździłeś świat, odniosłeś artystyczny sukces. Jak dziś widzisz młodego Jacka Kaczmarskiego z połowy lat siedemdziesiątych? Wszyscy wokół mnie wzorowali się na Zachodzie, a ja wzorowałem się na Wschodzie, na Wysockim, Galiczu, Te kilka piosenek, z którymi wystartowałem - "Obława", "Przedszkole", "Przybycie tytanów" ustawiły mnie w kontekście pół-opozycyjnym, protestacyjnym, w kontekście politycznym. Tymczasem ja z polityką nie miałem nic wspólnego. Siedziałeś okrakiem na barykadzie. Z jednej strony festiwale studenckie, z drugiej opozycyjne salony.
Dokładnie. Bytem wychowywany (żona mówi - programowany) przez rodzinę na artystę. Szalenie mi się podobało śpiewanie, lubiłem to wyładowanie, które towarzyszy koncertowi.
Mimo fascynacji Wschodem, sztandarowym Twoim utworem lat osiemdziesiątych były "Mury" hiszpańskiego barda Luisa Liacha. Jak się czułeś jako autor hymnu śpiewanego w Stoczni Gdańskiej w czasie strajku i we wszystkich obozach internowania w stanie wojennym?
Z jednej strony byłem dumny, a z drugiej - rozczarowany, że ludzie nie zrozumieli tego, co napisałem. Albo nie chcieli zrozumieć. Śpiewali: "wyrwij murom zęby krat" "a mury runą, runą", ale już trzecią zwrotkę ze słowami "a mury rosły" opuszczali. Byłem jednak w takim galopie pracy, śpiewania, pisania i - nie da się ukryć - samozachwytu, że mnie to nie ruszało. Myślałem, że tak musi być.
Początek stanu wojennego zastał Cię we Francji. Udało Ci się ściągnąć z kraju żonę i załapać się w Wolnej Europie. Przypuszczalnie dzięki tym kilkudziesięciu piosenkom podawano mnie z rąk do rąk. Było wielu ludzi dobrej woli, którzy chcieli pomóc artyście, bo widzieli, że jest dzieckiem we mgle. Jerzy Giedroyć ze względu na moją popularność wśród młodzieży polecił mnie Najderowi, który właśnie został dyrektorem RWE i zaproponował mi własne okienko w radiu: "Kwadrans Jacka Kaczmarskiego", czyli rodzaj cyklicznego koncertu dla ludzi w Polsce. Byłem wówczas po roku koncertowania na całym świecie. To się wiązało z dużym wysiłkiem fizycznym i rozczarowaniem w stosunku do niektórych ośrodków polonijnych. A poza tym żona była w ciąży. Zrozumiałem, że trzeba przyjąć ofertę Najdera. Uniknąłem dzięki temu upokarzających sytuacji typowego emigranta. Pomidory na południu Francji zbierałem bodaj tylko trzy dni. Być może w perspektywie całego życia nie jest to dobrze. I może właśnie dlatego szukałem sobie dramatów zastępczych.. Przez lata miałem problemy z ułożeniem sobie życia prywatnego. Zdarzały się okresy poważnych rozmów z alkoholem. Znajomi mówili, że to histeryczne miotanie się, szukanie czegoś, czego człowiek i tak poza sobą nie może znaleźć. Pewnie to wszystko się brało z wygody, Ale to było znowu poza mną, to było dziełem całego szeregu ludzi dobrej woli. znanych i nie znanych, którzy w jakiś sposób mnie chronili. Kolejny dyrektor Wolnej Europy Piotr Mroczyk powiedział, że ci ludzie mnie skrzywdzili. Może to i prawda. Wraz z Tobą do Wolnej Europy przyszło kilku ludzi prosto z kraju. Jak Was przyjęto? Niejednoznacznie. Kiedy pojawiłem się po raz pierwszy, jeden z pracowników zapytał: "Czy to prawda panie Jacku, że jest pan nieślubnym synem Najdera?". Odpowiedziałem, że mama nic mi o tym nie mówiła. Byłem przygotowany na konflikt dzięki kontaktom z Polonią, zwłaszcza amerykańską i południowoafrykańską, Czyli starą Polonią, która każdego urodzonego w PRL-u traktowała jak czerwonego z natury. Okres nieufności trwał rok czy półtora. Byliśmy nowi, kojarzeni z Najderem. A poza tym ze mną przyszli ludzie wprawdzie z "Solidarności", ale z przeszłością telewizyjno-radiową a czasami i partyjną. Sytuacja się wyklarowała w momencie konfliktu zespołu z dyrektorem. Znalazłem się po stronie zespołu. a moi rówieśnicy emigracyjni - po stronie Najdera. Linie podziału przestały być liniami generacyjnymi. Jak godziłeś status barda z pracą dziennikarza? Póki miałem swój "Kwadrans", byłem na wariackich papierach poety -piosenkarza. Każdy weekend, urlop, czas wolny wykorzystywałem na występy. Miałem niejako obowiązek pisania co tydzień jednej nowej piosenki. Przez jakiś czas utrzymywałem się w gotowości twórczej. Potem to się rozpłynęło, zdarzało się, że całymi tygodniami powtarzałem stare rzeczy, Ale miałem, Bogu dzięki, spory zapas. Gdzieś po dwóch, trzech latach odczułem ciężar łączenia tych dwóch profesji. To był najgorszy okres w mojej twórczości. Powstało wówczas dużo tego, co jeden z moich przyjaciół nazwał "kupletami dla Wolnej Europy". Zajmowałem .się wyłącznie utworami interwencyjnymi. W radiu nie ukrywano zresztą, że tego się po mnie oczekuje, dając za przykład Hemara, który potrafił robić to latami. Po pewnym czasie oprócz własnej audycji musiałem robić wszystko to co koledzy. Miałem wysoką grupę zaszeregowania i w ich odczuciu nie było żadnego powodu, żebym się zajmował wyłącznie moimi piosenkami. Latami Twoje utwory docierały do nas albo przez radio, albo na przemycanych kasetach. Twój kontakt z odbiorcą był jednostronny. W roku 1990 przyjechałeś do Polski na koncerty. Bałeś się?
Strasznie. Znajomy, który był na pierwszym koncercie w krakowskiej hali "Wisły" powiedział mi potem, że było to niebywałe: parę tysięcy ludzi drżało, że coś się nie uda, rozsypie.
Od kilku lat, mimo zawirowań, żyjemy w normalnym kraju. W takim kraju nie są potrzebni bardowie. Co dalej z Kaczmarskim?
Rola barda skończyła się wraz z programem "Wojna postu z karnawałem", To pierwszy program złożony z piosenek, w których nie było ani słowa na temat walki z systemem totalitarnym, ani słowa o komunizmie.
A jednak znowu przyjeżdżasz tu na koncerty, a praca w Wolnej Europie się skończyła.
W styczniu tego roku razem z żoną złożyliśmy rezygnację. Nie chcieliśmy brać udziału w sztucznym przedłużaniu tego bytu.
Na początku jest stary miedzioryt. sztych, portret trumienny. Może też być legenda, relacja kronikarska, receptura magiczna albo "Żywot człowieka poczciwego". Albo Jędrzeja Kitowicza, "Opis obyczajów za panowania Augusta III". Wyobraźnia Kaczmarskiego zawsze zaczepia się o historyczny konkret, dokument, wiersz:
A tyle wierszy się pamięta. W nowym cyklu songów Kaczmarskiego, zatytułowanym "Sarmatia", frazy są nie tyle ściągnięte, co stylizowane, czasami trochę manierycznie, na staropolski język i mentalność. Tak oto w poetyce pastiszu napisane jest i wyśpiewane stoickie - "Pana Rejowe gadanie". Na początku koncertu pojawia się mityczna "Sarmacja" z renesansowej mapy - szczęśliwa kraina lądu i dostatku, zatopiona "w przestrzeniach burz i w czasów kipieli", A tuż po niej - prawem kontrapunktu - Sarmacja szlacheckich pieniaczy i rębajłów, pysznych, rubasznych i okrutnych. Ma jednak ich hardość i drugą, lepszą stronę, jak w tej piosence warcholą:
Nie zrobili ze mnie janczara. Ale oto czerń zgęszcza się, a rytm przyspiesza. W oracjach rozgorączkowanej szlachty na elekcji i rokoszu jawi się jakaś Polska upiorna fanatyzmu i prywaty, a na nie ostygłym pobojowisku wraz z psami i krukami gospodarują obdzieracze trupów -dla nich krwawych dziejów profity:
Gdy ścierają się świata mocarze Śpiewy te pisane były ku przerażeniu serc. Więcej tu bezlitosnej drwiny i historycznego pesymizmu niż we wcześniejszych cyklach autora "Krajobrazu po uczcie". Ostatnie songi z koncertu "Sarmacja" noszą tytuły, które mówią same za siebie: "Według Gombrowicza narodu obrażanie", "Nad spuścizną po przodkach deliberacje", "Drzewo genealogiczne". Kaczmarski dobiera się do wstydliwie skrywanych pokładów narodowego dziedzictwa. Jego cykl jest satyrą, prowokacją i gorzkim, romantycznym z ducha moralitetem. ściągnięte jest w nas w duszyczkach ciurów historii:
Nie słychać o mym rodzie w Noc Listopadową
Nie mam blizn po kajdankach, A co, nie należy mu się?
Nadesłał: Paweł Konopacki |