W poniedziałek w warszawskiej księgarni Fundacji Pomocy Bibliotekom Polskim i kinie Stolica odbyła się promocja autobiograficznej powieści Jacka Kaczmarskiego "Autoportret z kanalią".
Wiele lat temu student warszawskiej polonistyki Jacek Kaczmarski - poproszony o ratunek - napisał w ciągu jednej nocy pracę roczną z romantyzmu swojej koleżance. Otrzymała za nią piątkę, zaliczyła rok i przechowała ten fakt we wdzięcznej pamięci. Niedawno Ewa Korczewska, będąc już współwłaścicielką Wydawnictwa Wodnik, w poszukiwaniu pomysłu na szybki hit wydawniczy (a także pamiętając, że Kaczmarski kiedyś obiecał jej powieść, wprawdzie pornograficzną) zadzwoniła do dawnego kolegi licząc, jak się okazało słusznie, na powieść autobiograficzną. Z istniejącego już szkicu w niecały rok powstał "Autoportret z kanalią". Zrodził się z kilku powodów.
- Ludzie, którzy słuchali moich piosenek, często zarzucali mi, że jest w nich za mało mnie, że wciąż chowam się za sztafaż historyczny i rozważania o kulturze - mówi Jacek Kaczmarski. - Stwierdziłem, że widocznie w piosenkach o sprawach osobistych nie wypowiadam się w sposób czytelny dla wszystkich i trzeba poszukać innej formy. Poza tym chciałem się oczyścić z niepokojów i dyskomfortu, jakie niesie ze sobą status osoby publicznej.
Prawie 300-stronicowa książka poety, pieśniarza, barda "Solidarności" (w nocie biograficznej otwierającej książkę napisano: "po Sierpniu 80 uznany za barda "Solidarności" z powodu błędnego odczytania przez publiczność utworu pt. "Mury" - nie ma w sobie nic z poezji. Jest autobiograficzną powieścią z kluczem, której akcja zaczyna się na studiach w latach 70-tych., a kończy na emigracji po wprowadzeniu stanu wojennego. Przewijają się przez nią postacie z życia studenckiego, profesorowie, działacze opozycyjni, poeci drugiego obiegu, znane postacie solidarnościowej emigracji, a przede wszystkim kobiety.
Bohater Daniel Błowski, porte parole autora, jest w powieści przyjacielem Jacka Kaczmarskiego. Powieść pokazuje młodego, zdolnego - i przez to wszędzie zauważanego - studenta z naukowymi ambicjami, który bez większych skrupułów i rozterek balansuje między opozycją a ubecją.
Świat jawi się w powieści jako dość obrzydliwy, nie ma w nim miejsca na moralny dramatyzm. Podszyte cynizmem i sprytem zło jest wszędzie - tak zwyczajne i nijakie, że trudno zauważyć, gdy zaczyna się mu podlegać.
O wielu sprawach decyduje zbieg okoliczności, tak jak w "Przypadku" Krzysztofa Kieślowskiego. Oczywiście, jeśli jest się pozbawionym wewnętrznej busoli, a taki właśnie jest bohater powieści Kaczmarskiego. Figura dla autora uniwersalna: człowiek bez systemu wartości jako bohater naszych czasów.
Trzeba przyznać, że autor - który opisuje bezlitośnie często intymne szczegóły życia swoich bohaterów i bohaterek - nie oszczędzając prawie nikogo, najmniej oszczędza siebie. Nie ukrywa, że to, co napisał, to w większości prawda, modyfikowana na ogół jedynie przez reguły konstrukcyjne powieści.
- Autocenzura włączała się u mnie tylko wtedy, gdy obawiałem się kogoś skrzywdzić - mówi. - Zupełnie wymyślone jest tylko zabójstwo ubeka w Paryżu. Nie podpisałem cyrografu z ubecją, więc nie było ubeka, który by mnie tam odnalazł. Jednak dałem się zaprosić do kawiarni, gdzie uświadomiłem sobie, że jeśli w ogóle z nim rozmawiam, oznacza to, że robi ze mną, co chce.
- W powieści nie ma załatwiania prywatnych porachunków, jest ówczesny świat, widziany oczami utalentowanego "dziecka szczęścia", które jednak wcale nie domaga się, żeby za wszystko je lubić.
- To zbiorowy portret pewnego czasu, końca lat 70-tych, okresu karnawału i solidarnościowej emigracji - powiedział Mirosław Chojecki (sportretowany w powieści) podczas wieczoru promocyjnego. - To nasz obraz w lekko krzywym zwierciadle. Ale ci, którzy będą za rok pisać prace maturalne o tej powieści, niech wiedzą, że to zwierciadło wcale nas tak bardzo nie wykrzywia.
- Nie chciałem się z nikim rozliczać, to miało urealnić opisywaną rzeczywistość - mówi Jacek Kaczmarski. - Pracując nad tą powieścią miałem dużą frajdę z oglądania własnego życia z zewnątrz. Był to też rodzaj autoterapii. Na początku chciałem powieść nazywać "Drżączka".
- Celem powieściopisarza jest dążenie do prawdy lub tego, co się za nią uważa. Zrobiłem w tej kwestii tyle, na ile mnie na obecnym etapie mojego rozwoju twórczego stać - dodaje.
Na okładce (projektu Jacka Hermana, według pomysłu Kaczmarskiego) autor jest Samsonem z obrazu "Oślepienie Samsona" - postać namalowana przez Rembrandta ma twarz Jacka Kaczmarskiego, a w ręce trzyma okulary. Gdy wydawnictwo zapytało prawnika, czy wolno w słynny obraz wmontować twarz Kaczmarskiego, prawnik zapytał: "A czy pan Kaczmarski o tym wie?"
"Gazeta Wyborcza" nr 137 (wyd. warszawskie), 15 VI 1994r., s. 10.