Solidarność z Polską powinna mieć swój odrębny wyraz

///Solidarność z Polską powinna mieć swój odrębny wyraz
Solidarność z Polską powinna mieć swój odrębny wyraz2015-08-28T21:13:46+00:00

Kontakt – Jak widzisz miejsce piosenki niezależnej w całym systemie kultury niezależnej? Pytam cię o to jako jej uczestnika nie historyka. Pamiętając o związkach kultury alternatywnej z oficjalną jak widzisz np. relacje piosenki niezależnej z teatrem studenckim?

Jacek – Widzę w ten sposób, że piosenka. niezależna, ale przede wszystkim, jak mówią Francuzi, chanson de texte której główne wartości polegają na tym, że przekazuje treści i może mieć niedobrą melodię, lub może być napisana do już istniejącej, taka piosenka jest rodzajem sztuki najbardziej sprawdzającym się w kulturze niezależnej, ze względu na swoją szaloną prostotę w technice tworzenia i na natychmiastową reakcję społeczną. Zaśpiewanie piosenki dla dwudziestu ludzi na spotkaniu w salonie kor-u, czy na tajnym wykładzie, czy nawet na czyichś imieninach przy założeniu, że istnieją kasety magnetofonowe, że ludzie, którzy to słyszą, powtarzają bliskim i znajomym to co usłyszeli, natychmiast powoduje zjawisko społeczne. To jest obustronnie wartościowe, ponieważ z jednej strony fakt, że to może zaśpiewać prawie każdy, że może sobie zapisać słowa, może się tego nauczyć i śpiewać gdzie chce, fakt, że kasety można wszędzie przegrać, skopiować wielokrotnie, daje tej nieoficjalnej kulturze materiał do powielania, do przemyślania, do analizy, a z drugiej strony dla twórcy jest natychmiastowym sygnałem czy to co powiedział, znajduje rezonans wśród ludzi, czy nie. Ja np. spośród bardzo wielu dziedzin artystycznych, zająłem się piosenką dlatego, że dla mnie jest potrzebna natychmiastowa reakcja. Kiedy śpiewam, jeszcze nie kończę piosenki, a już wiem, co na ten temat myślą ci co słuchają i jest to dla mnie bodziec, żeby dalej pracować. Akurat w Polsce była taka sytuacja, że rzeczywiście prawie 100% twórców tzw. kultury nieoficjalnej, twórców związanych z opozycją demokratyczną, było również uznanymi twórcami oficjalnymi. Fakt istnienia niezależnej kultury traktowali jako niezbędne dopełnienie swojej działalności oficjalnej, co się wiązało z, trzeba przyznać, dosyć liberalnym reżimem w gierkowskiej Polsce. Ja byłem w identycznej sytuacji, tzn. oczywiście miałem okresowe zakazy śpiewania i miałem, bezustanne dyskusje, pośrednie lub bezpośrednie, z cenzurą na temat tej czy innej piosenki. Miałem przez dłuższy czas w ogóle zakaz wstępu do telewizji i radia, praktycznie rzecz biorąc do sierpnia 80-tego roku,, ale to nie znaczy, że byłem twórcą podziemnym, który musi bardzo się namęczyć by znaleźć środki do życia. Ja poprzez istnienie takiej półoficjalnej płaszczyzny wypowiedzi, jaką były kluby studenckie, domy kultury w małych miastach, kluby rolnika, nawet część klubów RSW “Prasa-Książka-Ruch”, absolutnie komunistycznych, reżimowych, ale ludzie tam pracujący potrafili znaleźć formułę, żeby mnie zaprosić, abym mógł śpiewać, dzięki właśnie temu półoficjalnemu obiegowi kultury, w zasadzie od początku, od momentu, kiedy się ujawniłem publicznie, tzn. od 1977 roku…

Kontakt – Ile miałeś lat?

Jacek – Równiutko 20, Od tego momentu mogłem spokojnie żyć z tej mojej pracy, mogłem zarabiać tym co pisałem. Dzięki temu, że bardzo wiele osób, również z socjalistycznych związków, jak SZSP, które było związkiem podporządkowanym ideologii, od początku do końca, wielu ludzi starało się wykorzystać swoją pozycję, pieniądze udostępnione im przez partię, oraz miejsca, które zdobywali, żeby udostępniać kulturę prawdziwą, niezakłamaną. Nigdy w życiu nie byłem zmuszony, nie byłem nawet zaszantażowany czymś takim, że jeżeli nie zrobię ustępstw na rzecz oficjalnej propagandy, to nie będzie mi wolno śpiewać. Nigdy takiej sytuacji nie miałem, nawet podczas rozmów z bezpieką. To znaczy, że w momencie, kiedy w Warszawie dostawałem na pół roku zakaz śpiewania, to od razu się zgłaszał jeden czy drugi człowiek z Krakowa, Lublina czy Łodzi i mówił – to przyjeżdżaj do nas, będziesz u nas śpiewał, u nas zarobisz na to, żeby przeżyć. Cały czas znajdowałem się wśród ludzi, którzy zdawali sobie sprawę, że ich działalność twórcza, ich egzystencja, wisi na włosku, jest pod znakiem zapytania. Na tyle byliśmy, wydaje mi się, świadomi tej paranoicznej dwoistości życia kulturalnego oficjalnego i nieoficjalnego, tej uprzejmości policji, że wiedzieliśmy, że w każdej chwili to się może skończyć. Kiedyś brałem udział przypadkowo w rewizji u jednego z moich przyjaciół w Katowicach, gdzie ubek rewidujący, zabierający wydawnictwa niezależne z półki powiedział wprost: “No słuchajcie, przecież my się z wami bawimy. To co teraz z wami robimy to są wprawki. Jeśli przyjdzie rozkaz to my was w ciągu 24 godzin zwiniemy i nie będzie żartów.” Co się okazało prawdą 13 grudnia, I myśmy sobie z tego zdawali sprawę, że są jakieś przesłanki polityczne czy społeczne, że egzystencja niezależnej myśli demokratycznej, niezależnego obiegu kultury jest w jakiś sposób przez władze akceptowana i wykorzystywana dla celów tejże władzy. Wydaje mi się, że całe te 40 lat systemu socjalistycznego w Polsce przez większość społeczeństwa było traktowane z przymrużeniem oka, z dystansem, nawet z leciutkim lekceważeniem bo przecież widać było, że to nie działa. Na tzw. chłopski rozum to nie mogło działać. I dlatego wydaje im się, że duży jednak udział w istnieniu w Polsce opozycji demokratycznej, niezależnych wydawnictw, obiegu niezależnej kultury, miał ten stosunek, nieideologiczny, nieortodoksyjny stosunek działaczy, funkcjonariuszy, tych ludzi, od których zależało sporo, ale nie wszystko. Oczywiście mieliśmy świadomość, że bezpieka wie bardzo dużo i że wszystko to wykorzystuje, żeby w pewnym momencie uderzyć. To było na planie drugim, na to nie mieliśmy wpływu. Natomiast spotkałem się w ciągu moich pięciu lat działalności artystycznej w Polsce, tej półlegalnej, nielegalnej i legalnej, z taką ilością pięknych postaw ludzi, którzy zajmowali bardzo nie piękne stanowiska, że wydaje mi się, że to było właśnie tą specyfiką polskiej struktury socjalizmu. To co Stalin mówił, że w Polsce się prawdopodobnie nigdy tego nie uda wprowadzić

Kontakt – W Rosji zawsze mówią, że Polska jest najweselszym barakiem obozu socjalistycznego.

Jacek – Tak. Jest zupełnie nastrój takiego wisielczego, ale jednocześnie pełnego godności, olewania systemu, olewania tych wszystkich nakazów, zakazów. Nic tam się nie udaje. Nawet stan wojenny nie może się udać. Nie może się udać w tym sensie, że nie działa do końca, że ludzie w pewnym momencie przestają się bać, że żołnierze wkładają ludziom do dowodów kartki: “Jesteśmy z wami”, że milicjanci, jak się im zapłaci, przyniosą wódkę do domu po godzinie policyjnej. To są rzeczy, które w normalnie funkcjonującym państwie nie mogłyby mieć miejsca albo przynajmniej nie w takiej skali, jak w Polsce. W zasadzie każdy ma świadomość, że to, co jest, to sytuacja prowizoryczna, w związku z tym on sam jako człowiek nie jest zobowiązany do podporządkowania jej się w 100 %.

Kontakt – Powrócimy do piosenki i już do ciebie. Jesteś o ile wiem, ze znanych piosenkarzy najmłodszym. Skąd się wziąłeś?

Jacek – Nie wiem dokładnie, bo nie jestem swoim własnym biografem. Przypuszczam, że największą zasługę w tym, jaki jestem, ma rodzina. Rodzice, którzy oboje są plastykami, mama jest historykiem sztuki, pedagogiem. Dziadkowie, którzy mnie wychowywali, bo rodzice artyści nie mieli czasu na to, a dziadek jest starym, jeszcze przedwojennym komunistą. W związku z tym powstawała sytuacja pewnego napięcia. Rodzice studiowali malarstwo w Związku Radzieckim. Pamiętam, że dosyć wcześnie w naszym domu istniały nagrania “błatnych” * piosenek i cały szacunek połączony z nadzieją w stosunku do opozycji w Związku Radzieckim, tej, która w latach 60-tych symbolizowała coś nowego, która została potem tak strasznie rozparcelowana, rozbita i prześladowana. Ja się na tym wychowywałem, Pierwsze piosenki, które jeszcze teraz śpiewam, napisałem w 73 roku, miałem wtedy 16 lat, a pierwszy raz zaśpiewałem publicznie w 77, czyli cztery lata później. Przez cztery lata moją jedyną publicznością byli rodzice, znajomi rodziców, ewentualnie najbliżsi przyjaciele. Troszkę przez nich zainspirowany czy pchnięty, pojawiłem się na scenie studenckiejdopiero w momencie, gdy byłem już w jakiś sposób ukształtowany.

Kontakt – Co śpiewałeś w 77 roku?

Jacek – W 77 roku, kiedy pierwszy raz się pojawiłem na festiwalu, zaśpiewałem ,”Przedszkole”, to była taka piosenka bardzo inspirowana Młynarskim, w stylu bardzo kabaretowym lat 60-tych, i śpiewałem “Obławę” wg Wysockiego. W międzyczasie, w 74 roku, Wysocki był w Polsce, i ja się znalazłem przypadkiem na jego domowym koncercie u jego przyjaciół, i tam oczywiście, jak bardzo wielu ludzi, natchnął mnie i napędził swoim temperamentem i siłą wyrazu, tym bardziej, że znałem te piosenki jeszcze z taśm, które rodzice przywozili dużo wcześniej. I tak to się stało, że po prostu w momencie, kiedy zacząłem śpiewać publicznie, byłem już w jakiś sposób określony, ukształtowany. Miałem kilkadziesiąt piosenek w rezerwie, czyli nie byłem skazany na to żebym jeździł z trzema czy czterema dookoła Polski, a jednocześnie było to zupełnie co innego, niż to, co wtedy w kulturze studenckiej istniało. Wtedy istniał Janek Kelus, który był typowym przedstawicielem pieśni kompletnie zakazanej po 68 roku, oraz jakby pochodny po nim, kabaret “Salon niezależnych” który się pojawił w Polsce w 71 roku i programowo nawiązywał do takiej lekko hipisującej swobody wyrazu, która czerpała natchnienie z kultury Zachodu, podczas gdy ja byłem wychowany od początku do końca na kulturze wschodnioeuropejskiej, żeby nie rzec rosyjskiej i radzieckiej, ale również polskiej romantycznej, z kolosalnym szacunkiem dla formy, dla dopracowania, dla klasycznych rozwiązań muzycznych, no i tym podobnych szczegółów. I od razu się stało to, że w ruchu studenckim natychmiast się zaaklimatyzowałem.

Kontakt – 77 rok był jednocześnie rokiem początku niezależnego ruchu studenckiego.

Jacek – Otóż to. Poprzez to, że reżim utrzymywał te półoficjalne formy kultury, pozory wolności, funkcjonowałem normalnie w klubach studenckich, w imprezach organizowanych przez związki socjalistyczne ale ponieważ miałem piosenek znacznie więcej niż te które śpiewałem oficjalnie, miałem piosenki już od razu zatrzymywane przez cenzurę, błyskawicznie doszło do tego w sposób naturalny, że zacząłem śpiewać po domach prywatnych, gdzie mnie chcieli słuchać. W związku z tym, praktycznie rzecz biorąc od 77 roku aż do mojego wyjazdu do Francji, prawie bez przerwy (nie przypominam sobie wakacji w tym czasie), jeździłem po Polsce i śpiewałem w domach prywatnych, klubach rolnika, klubach studenckich, robotniczych. Ktokolwiek usłyszał kasetę, dostał mój telefon, dzwonił, ja tam jechałem, za tzw. zwrot kosztów podróży, nocleg, żeby w miarę efektywnie te piosenki rozpowszechniać, zwłaszcza, że dosyć szybko były przyswajane.

Kontakt – Jaką odczuwałeś różnicę zarówno w swoich wystąpieniach, jak i w możliwościach twórczych przez Sierpniem i po Sierpniu? Teraz jeszcze nie mówimy o tym co stało się po Grudniu.

Jacek – Do sierpnia 80-tego roku funkcjonowałem, powiedziałbym, dosyć intuicyjnie. To znaczy nie miałem tak bardzo wstrząsających i dramatycznych przeżyć związanych z życiem w takim, a nie innym systemie politycznym, żebym mógł pisać to wszystko, co pisałem, na podstawie własnych doświadczeń. Ogromna większość wszystkich informacji, wszystkich nastrojów, które są zawarte w moich piosenkach, była wzięta z intuicji, z lektur, z rozmów z ludźmi, z tego co ktoś już przeżył, co ktoś opowiedział. W związku z tym do 80-tego roku, było mi pisać szalenie łatwo i, chcąc nie chcąc, intuicyjnie przyjąłem najprostszą w Polsce postawę artysty, mianowicie postawę Kasandry. Strasznie łatwo jest być złym prorokiem na Wschodzie, ale jednocześnie, miałem poczucie wielkiej swobody, ponieważ, przyjmując tę postawę, mogłem traktować całą kulturę europejską od zarania jej istnienia jako materiał. Pisałem pieśni według Nowego Testamentu, Starego Testamentu, mitów greckich, malarstwa europejskiego nowożytnego, wszystko było dla mnie materiałem do wykorzystania . Starałem się walczyć o to, żeby podkreślić, że największą wartością, największym sensem istnienia jest jednostka, indywidualność, jej świadomość, niezależność myślenia i największą zbrodnią jest właśnie unicestwianie jednostki, ale problem ten umieszczałem w kontekście historyczno-kulturowym. Polityczne piosenki,, które wtedy pisałem, miały charakter kabaretowy. To były metafory trochę w stylu Wysockiego; pomysły takie jak: autobus, który jest Polską; czy poczekalnia dworcowa, która jest Polską; czy przedszkole które jest Polską. Pomysły dosyć mechaniczne.

Kontakt – Znaczy, że wszystko jest Polską…

Jacek – Tak, wszystko jest tym naszym gettem, naszą skorupką orzecha, w której jesteśmy. Natomiast po Sierpniu byłem absolutnie sparaliżowany przez jakiś czas, dlatego, że nikt w Polsce tego nie przewidział. Nawet członkowie KOR-u, którzy byli w centrum tego co się działo, przyznawali, że działanie obliczali na długie lata. Natomiast nieudolność systemu i nadspodziewana świadomość mas doprowadziły do tego, że to się wszystko stało po czterech latach. To było kolosalne zaskoczenie. Ja pamiętam, że latem 80-tego roku, kiedy były strajki w stoczni, pisałem program, który się nazywał “Niewolnicy” i który miał być w zamierzeniu programem o totalnym upodleniu j demoralizacji. Do dzisiaj nie mogę sobie wybaczyć tego myślenia, chociaż te piosenki pisane przed 80 rokiem w tej chwili zaczynają żyć jakby innym życiem. Dlatego zaraz po Sierpniu jeździłem oczywiście na koncerty, bo było oczywiste dla nas, że pierwsze, co należy robić, to być tam, gdzie strajkują, tam gdzie protestują, trzeba tam pojechać i brać udział – w tych imprezach, pośpiewać, porozmawiać. Natomiast przez dłuższy czas nic nowego nie napisałem, próbowałem się wobec tego znaleźć i pierwsza rzecz, którą napisałem to był program “Muzeum”. Napisałem to na wiosnę 81 roku. To było 20 piosenek, które były opisami obrazów polskich, malowanych w XIX i. XX wieku, na tematy tzw. narodowe i polityczne, czyli paradoksalnie, kiedy wszystko można było powiedzieć wprost, ja postanowiłem znowu sięgnąć do metafory i do dystansu historycznego, żeby starać się przekonać ludzi, że to co przeżywają nie jest czymś nadzwyczajnym i jedynym, tylko pewnym wydarzeniem w szeregu innych, że takich zrywów, rewolucji, momentów nadziei i klęsk w każdym pokoleniu zdarza się przynajmniej jeden czy dwa, że ocaleniem największych zdobyczy Solidarności warunkiem ocalenia jest przede wszystkim zdanie sobie sprawy, że należy o tym myśleć w sposób historyczny. Jest nie nam dane żyć w wyjątkowym momencie podczas tysiąclecia istnienia polskiej państwowości, nie my akurat jesteśmy najważniejsi na świecie, tylko uczestniczymy w czymś co ma swoje odpowiedniki, nie mówię analogie, dlatego, że przy wszelkich podobieństwach i łatwości aluzji Rosja a Związek Radziecki to zupełnie cos innego. Natomiast w sensie ludzkim to są mechanizmy bardzo podobne i powtarzające się, I po to sięgnąłem nie tyle po historię ile po obrazy o historii. Chciałem pokazać, że już było tylu artystów, którzy patrzyli na takie same rzeczy i zostawili po sobie pewne dzieła, które przetrwały do naszych czasów, ale w międzyczasie zmieniły znaczenie, albo je straciły czy znowu odzyskały i naprawdę trzeba o tym myśleć w sposób perspektywiczny, historyczny. Najlepszym przykładem tej sytuacji jest “Rejtan” Matejki. Ten obraz wisi w każdej klasie szkoły podstawowej w Polsce. Na stu uczniów, 99-ciu w ogóle na to nie patrzy bo jest to dla nich coś co się zdarzyło w końcu XVIII w. O czym się mówi – bohater, patriota, a tamci to zdrajcy, ale po prostu nie przychodziło im do głowy, do momentu, w którym myśmy nie zaczęli o tym śpiewać, po Sierpniu, że to byli ludzie tacy, jakich oni widzą na co dzień. Tylko, że coraz mniej jest Rejtanów a coraz łatwiej być zdrajcą.

Kontakt – O Rejtanie po 68 roku, pisał Zawiejski…

Jacek – Tak, i on sam był przez swoich współczesnych traktowany jako Rejtan. Przypuszczalnie identyfikował się z nimi. Tylko to były fakty bardzo mało znane. Znane wybranym ludziom. Po 80 roku ja, pisząc ten program historyczny, o obrazach, które można było pokazywać na przeźroczach, które traktowały o historii Polski, byłem przekonany, że to trzeba powiedzieć wszystkim. Dla mnie to było jedno z największych zwycięstw Solidarności i takich, których się potem nie dało odebrać, że ogromne masy ludzi miały dostęp do prawdziwej informacji, nastąpił rozwój samoświadomości historycznej i odkłamywanie. Jeśli chodzi o śpiewanie to do Sierpnia najważniejsze na pewno były koncerty prywatne, tzn. dla ludzi, którzy przychodzili tylko i wyłącznie po to żeby posłuchać, żeby odebrać, ewentualnie żeby mi pomóc, bo był obyczaj, że kiedy wychodziło się z takiego koncertu, każdy, kto coś miał, to wrzucał do kapelusza, czy do buta, i ja łącznie z gospodarzem z tego żyliśmy przez jakiś czas. To były najważniejsze koncerty, te – prywatne. Natomiast po Sierpniu 80 roku nadeszła paranoiczna sytuacja, że byliś – (błąd w druku – brak cześci tekstu) legend i mitów. Śpiewałem z dwoma przyjaciółmi, którzy są teraz w Polsce. Zorganizowaliśmy sobie cały cykl koncertów w liceach całej Polski. To było kilkadziesiąt koncertów dla młodych ludzi pomiędzy 14-tym a 18-tym rokiem życia, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że ludzie dorośli (no ode mnie zawsze starsi bo ja miałem wtedy 23, 24 lata), nawet jeśli przeżywają te pieśni to przeżywają na zasadzie bólu wspomnień albo rozdrapania rany czy docenienia sensu czy kwestii merytorycznej, natomiast młodzież tego słucha i wychowuje się na tym, jeszcze jest w tym okresie życia, kiedy można wpłynąć na jej postawę. Słyszałem sytuację anegdotyczną ale prawdziwą, że kilkuletni syn jednego z moich przyjaciół powiedział kiedyś przy ludziach: “No nasze pokolenie jest już dla nich stracone, może przedszkolaki, ale nasze pokolenie jest już stracone”. To jest coś straszliwego ale jednocześnie potwierdzającego, że miało sens śpiewać do młodych ludzi, którzy wielu tych rzeczy, które ja widziałem dzięki swoim studiom i rodzinie, nie wiedzieli i dla nich ta wiedza była bezcenna jako budulec świadomości, natomiast dla dorosłych ludzi te piosenki, te wiersze, były tylko potwierdzeniem wiedzy, z której rezygnowali bądź przy której trwali.

Kontakt – To znaczy, w jakimś sensie byłeś, powiedzmy, oświeceniowcem

Jacek – Tak. W ogóle cała moja sprawa z Oświeceniem jest bardzo skomplikowana, dlatego, że ja kończyłem studia na polonistyce i pisałem pracę z epoki Oświecenia. Pisałem pracę na temat poezji politycznej okresu stanisławowskiego dotyczącej króla, dlatego że, przeglądając te wiersze, miałem wrażenie, że to są wspaniałe teksty kabaretowe, a końcu pracowałem w kabaretach przez parę lat, miałem wrażenie, że piszę o tym co widzę na co dzień. Z kolei na Oświecenie zdecydowałem się dlatego, że jest to tradycyjnie w polskiej historii i historii literatury, w historii pedagogiki i w historii nauczania języka polskiego, okres najnudniejszy. To wszyscy oblewają ponieważ rzeczywiście literatura nie była najwyższego lotu, sytuacja polityczna oczywiście była bardzo ciekawa, ale ta sytuacja była zawsze umiejętnie tonowana przez podręczniki albo wręcz zakłamywana. Po Sierpniu 80 roku również z uwolnieniem się od cenzury, od nacisków najróżniejszych czynników w Polsce, otwarły się możliwości na ogromną ilość koncertów dla szerokich mas. Między innymi śpiewaliśmy w rocznicę strajku sierpniowego w Gdańsku, pod krzyżami dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi. To jest w ogóle przeżycie niezapomniane. W tym samym momencie zgłosiły się też do nas wszystkie oficjalne czynniki: radio, telewizja, płyty i pierwszą rzecz, którą myśmy nagrali, to był program “Mury”. Program został określony jako “antysocjalistyczne rzyganie pijanych ubeków po 70 – tym roku”. Tymczasem po Sierpniu ci sami ludzie, którzy w ogóle nie chcieli znać naszych nazwisk i kładli słuchawkę w momencie gdy one padały, ci sami ludzie nagle zaczęli nas zapraszać do nagrywania płyt, do uczestniczenia w programach telewizyjnych, i np. w wytwórni płytowej kierownik literacki poprosił nas, czy byśmy tego programu nie mogli troszeczkę zaostrzyć: “Bo wiecie panowie, teraz jest koniunktura, możecie tam dorzucić wszystko co chcecie. Teraz wolno”. To było o pisaniu, teraz, jeśli my (mówię o całej grupie ludzi w takiej samej sytuacji jak ja, znaczy tych co wyszli z ruchu studenckiego i nagle stali się pożądanymi profesjonalistami), byliśmy szalenie rozpieszczani. Proszono nas, proponowano nam wszystko. Po Festiwalu Piosenki Zakazanej w Gdańsku, wybór twórców i piosenek z tego festiwalu został przedstawiony w Sali Kongresowej w Pałacu Kultury pod tytułem “Młoda polska subkultura”. Przez dwa tygodnie przy pełnych salach, 3 tysiące ludzi codziennie dwa razy wieczorem, o 17-tej i o 20-tej. Przy czym nie obeszło się bez protestu ambasady radzieckiej, która określiła tę imprezę jako wybitnie antysocjalistyczną, ale nie da się zaprzeczyć, że to było oficjalnie organizowane, przez oficjalne, powołane do tego przez państwo agencje artystyczne. To znaczy, że nagle ten cały boom został wpuszczony w finansowo – artystyczny kanał, i niestety bardzo wielu ludzi z mojego środowiska, bardzo łatwo dało się w to wessać, i do dzisiaj niektórzy z nich funkcjonują na tej zasadzie, nawet po 13-tym grudnia. Ja na szczęście zawsze miałem tę alternatywę, zawsze oprócz tego, co śpiewaliśmy oficjalnie, śpiewaliśmy ciągle w tych domach prywatnych. Ciągle były jakieś kontakty czy prace, których nawet wolnościowe 15 miesięcy nie było w stanie zaakceptować w Polsce, a poza tym mieliśmy już do tego stopnia wykształcony profil wypowiedzi, że trudno jednak było nas kupić. Wiadomo było, że nie mogliśmy w żadnej sytuacji śpiewać czego innego niż śpiewaliśmy dotąd. To już była kontynuacja tej samej postawy, którą mieliśmy przed Sierpniem.

Kontakt – To znaczy, ze nie mogliście zaśpiewać czegoś nawet bardziej zaostrzonego, jak proponował ten pan, ale na zamówienie?

Jacek – Tak. Tego nie. Mimo tego, że staliśmy się oczywiście popularni, że zaczęliśmy śpiewać dla dziesiątek tysięcy a nie dla kilkunastu osób, to jednocześnie jakby to wszystko lekko opadło, dlatego że, przypuszczam, byliśmy jedynymi ludźmi w Polsce, tą grupą 5-ciu, 6-ciu osób, którzy nie zaczęli strzelać jak wszyscy z grubej rury, kopać leżących, mówić po nazwisku, tylko kontynuowaliśmy ten swój model myślenia historyczno- perspektywicznego, polityczno-metaforycznego, tak bym to nazwał. Ja to sobie osobiście bardzo cenię, tzn. uważam, że te piosenki, które napisaliśmy w ciągu tych 15-stu miesięcy Solidarności, dzięki temu, że znalazły się na styku pomiędzy rzeczywistością, która działa się na gorąco, a naszym historycznym myśleniem, są jakby najbardziej znaczące, najbardziej brzmiące w tym kontekście. Podczas gdy te polityczne pamflety czy peany, które pisano na co dzień po Sierpniu 80-tego roku, są dla mnie nie do słuchania w tej chwili. Była taka sytuacja przecież, że kiedy powstała idea Festiwalu Piosenki Zakazanej, to… ja nie chcę po nazwisku mówić, ale kilkudziesięciu bardzo znanych i uznanych twórców, na gorąco pisało “zakazane piosenki”, bo nikt z nich nie miał w zapasie czegoś takiego jak piosenka, która kiedyś była nie puszczana przez cenzurę. Musieli natychmiast nadrobić tę zaległość i natychmiast napisać coś “zakazanego”, napisać coś “przeciw”, żeby się znaleźć na tym festiwalu, bo to była bardzo snobistyczna impreza.

Kontakt – Znaczy, napisać coś zakazanego, kiedy zakazane stało się dozwolonym. Skrajnym wyrazem przeciwnej pozycji była odmowa uczestniczenia w gdańskim festiwalu ze strony Jana Kelusa.

Jacek – Tak. On, uważam, zrobił bardzo słusznie. Ocalił się, dlatego że ten festiwal zamienił się z tego czym miał być pierwotnie, znaczy z trybuny ludzi, którym nie wolno było śpiewać, w imprezę estradową, jakich bardzo wiele było w Polsce. Wprawdzie ogromną bo 3 dni po 6,7 godzin co wieczór, z udziałem najlepszych piosenkarzy i dowcipnisiów polskich, natomiast stracił to czym mógł być, czyli rzeczywiście trybuną niezależnej myśli artystycznej, która w Polsce miała tradycje od 68-go roku, czyli właśnie od Janka Kelusa. Niestety, festiwal zamienił się w imprezę bardzo komercyjną i, jak powiedziałem, wzięło w niej udział bardzo wielu ludzi, którym się cudownie działo w czasie gierkowskiego reżimu, którzy byli artystami uznanymi, zarabiającymi kolosalne pieniądze, znajdującymi się w absolutnej elicie zarówno kulturalnej jak i politycznej. Każdy z nich miał swoje układy polityczne, które mu umożliwiały istnienie. Po prostu na gorąco napisali coś, powiedzmy sobie “zakazanego”. Festiwal był imprezą, która się rozminęła ze swoim celem, dla ludzi bardziej związanych z tym ruchem była imprezą nawet żałosną. Mimo wszystko wydaje mi się, że można było na to też spojrzeć z pragmatycznego punktu widzenia. Rzeczywiście w świadomości ludzi pozostał fakt, że przez 40 lat istnienia tego systemu we wschodniej Europie i przez prawie 70 lat istnienia w Związku Radzieckim, czegoś takiego nie było.

Kontakt – To nie na darmo prasa sowiecka tak szczekała…

Jacek – Otóż to. Przez trzy dni można było oficjalnie powiedzieć wszystko. Nie wiem czy widziałeś zdjęcia ze scenografii tego koncertu. To była hala sportowa Oliwii na 6 tys. ludzi. Drugiego dnia kiedy ktoś tam zaczął wpuszczać na lewo i pojawiły się fałszywe bilety, bo zainteresowanie było kolosalne, na sali było 10 tys. ludzi. Nad ogromną sceną powieszone były portrety wszystkich przywódców polskich od 45-tego roku, tą technika wcierkową jaką robiono niegdyś, zanim robiono zdjęcia i malunki, portrety Gomułki, Cyrankiewicza, Jaroszewicza itd. Powiększone takie karykaturalne mordy, bo w końcu to są potworne mordy przecież.

Kontakt – Nawet nie potrzebują karykatury.

Jacek – Nie potrzebują. I nad nimi była parodia plakatu robotnika, który wyciąga rękę ku przyszłości, z tym ze zamiast steru jest stryczek. Trudno o coś bardziej wprost i odpowiadającego nastrojom, które powstrzymywało wyłącznie moralno-chrześcijańskie podłoże ruchu Solidarności. Nastroje były oczywiste. Wydaje mi się, że rzeczywiście te trzy dni wolności, które w końcu obejrzało 18 tys. ludzi, a usłyszało z kaset następne kilkadziesiąt jeśli nie kilkaset tysięcy, były warte nawet tego rozminięcia się z głównym celem festiwalu. Było coś takiego, że w pewnym momencie ludzie poczuli się w wolnym kraju, gdzie wszystko może mieć miejsce. Tego oczywiście nie da się ani zapomnieć ani nie docenić. To samo zresztą było z szeregiem imprez masowych, które organizowała Solidarność, które zawsze miały coś w sobie z piętna masówek sprzed Sierpnia 80-tego roku, zawsze. Natomiast były niesamowitym, nie do zapomnienia, nie do powtórzenia wyrazem woli i decydowania o sobie i wolności, nawet może niezgrabnej czy wulgarnej, czy pospiesznej, ale jednak wolności. W końcu nikt nie ma prawa od człowieka wymagać, żeby był wielki, żeby był genialny, żeby był cudownie inteligentny, natomiast każdy ma obowiązek przyznać człowiekowi prawo do swobodnego wyrażania się. Odbiegliśmy od tematu. Ta sytuacja nasza, moja po sierpniu 80-tego roku, była znacznie większym obciążeniem psychicznym dla mnie, niż to co się działo przedtem. Ten okres był dla mnie najcięższy i bardzo stresujący. Mój wyjazd do Francji z tym się wiązał. W momencie, kiedy ten wyjazd został załatwiony przez Francuzów w sposób zupełnie niespodziewany, ja dostałem paszport na godzinę przed odlotem samolotu, nagle jakbym się obudził z trzyletniego snu, tzn. zdałem sobie sprawę, że jestem w takim amoku, w gorączce tego śpiewania, pisania, jeżdżenia, koncertowania, rozmawiania z ludźmi, udzielania wywiadów i to jest jakby możliwość zaczerpnięcia powietrza i zobaczenia tego wszystkiego z dystansu, głównie tego ostatniego okresu, tych 15-stu miesięcy, kiedy byłem oficjalnie chwalony przez prasę reżimową, nagradzany, wyróżniany i płacony, a jednocześnie byłem dla młodych ludzi, dla kręgu moich najbliższych przyjaciół z lat 70-tych, rzecznikiem ich myślenia społeczno-historycznego. Prędzej czy później musiało dojść albo do zdrady, albo do świadomego odcięcia się od tego co mi dawano, co mi pchano w ręce. Pomyślałem sobie, że ten wyjazd, o który nie zabiegałem, jest doskonałym momentem, i tak się złożyło, że ten pobyt tu się przedłużył, tzn. ostatni koncert, który tutaj daliśmy, był 12-tego grudnia, miałem wracać na święta do Polski, no i tego 13-tego stało się to co się stało. To uważam za zrządzenie losu, chociaż nie wiem, uważam, że pewnie byłoby lepiej, gdybym był w Polsce.

Kontakt – O to chciałam cię spytać. Śpiewasz na mitingach solidarności z Solidarnością, dla ludzi, którzy nie znają języka polskiego, którzy powinni tylko wysłuchać krótkiego streszczenia piosenki, a wiemy, jak ważny jest każdy odcień. Ale mam dziwne wrażenie. Słyszałam cię na płytach i na mitingu w Mutualite w takim bardzo gorącym okresie, jeszcze w grudniu, po 13-tym, i potem bardzo długo cię nie słuchałam i prawie świadomie. Byłam zaskoczona, kiedy niedawno znów cię usłyszałam. Mam wrażenie, że to nie było kilka miesięcy w twoim życiu ale że jest to jakiś skok, jak mówi się w dialektyce, że ilość przechodzi w jakość. Nie wiem, czy to jest przypadek, czy bez tych wszystkich wydarzeń, byłby ten okres punktem zwrotnym twojego dojrzewania. Nie tylko to, że nowe piosenki śpiewasz jako rzeczywiście nowe, ale nawet stare piosenki śpiewasz inaczej, jako człowiek dojrzały. Jak sam to odczuwasz?

Jacek – Może nie powinienem tego mówić, ale rzeczywiście mam takie uczucie, iż fakt, że znalazłem się tutaj przed 13-tym grudnia i musiałem to przetrwać, przeżyć od początku do końca i przemyśleć, bardzo mi dużo dał. Po raz pierwszy w życiu rzeczywiście przeżyłem dramat, z tym, że na początku nie wiedziałem, czy to dramat czy tragedia, dlatego, że byłem tu sam przez siedem miesięcy i miałem wrażenie absolutnego odcięcia. A ponieważ w sposób naturalny angażowałem się we wszystko, we wszystkie rodzaje działalności, które były kontynuacją mojej działalności w Solidarności w Polsce, więc dla wielu ludzi, dla mnie również, było przez pewien czas oczywiste, że sobie odciąłem całkowicie kontakt z rodziną, z żoną, z krajem, ale dzięki temu po raz pierwszy w moim życiu przeżyłem coś naprawdę dramatycznego. Po raz pierwszy zacząłem odczuwać to wszystko o czym śpiewałem, jako swój osobisty los. To jest prześmieszne, ale z drugiej strony to jest wspaniałe dla mnie, że śpiewam w tej chwili “Obławę”, którą napisałem w 74-tym roku, jako zupełnie szczeniak, pod wpływem piosenki Wysockiego, gdzie śpiewam o tym, że się wyrwałem z obławy i schowałem w obcy las, zraniony, i z tego obcego lasu krzyczę do wilków, żeby walczyły o swoje skóry. Nie mogę się nazywać prorokiem, ale tak jakbym przepowiedział sobie to wszystko co się stało. W momencie kiedy teraz śpiewam “Kasandrę” czy “Pompeję”, to śpiewam już nie o Kasandrze, tylko o sobie samym, i nie o Pompei tylko o Gdańsku czy o Warszawie. Przypuszczam, że ta świadomość, która musiała przyjść w pewnym momencie, być może przyszłaby również w Polsce, czyli nie o to chodzi, że jestem we Francji, tylko fakt, że przekroczyłem próg własnego przeżycia, własnego doświadczenia, które mi moje własne piosenki każe śpiewać niemal jak cudze, dopiero co zrozumiane. Tak, mam poczucie, że zupełnie inaczej śpiewam te rzeczy. Zresztą ludzie, którzy mnie słyszeli w Polsce i tutaj, mają to samo wrażenie. Natomiast sam fakt pisania tutaj był przez dłuższy czas problematyczny, tzn. byłem przekonany, że nawet nie mam prawa śpiewać piosenek na temat tego co dzieje się w Polsce. Przez cztery miesiące nic prawie nie napisałem i dopiero po pewnym czasie zdałem sobie sprawę, że jeżeli ja tu przestanę pisać, a nie wrócę do Kraju, to po prostu zaprzeczę samemu sobie, a powrót do Polski, na podstawie przekazów od moich najbliższych i od moich przyjaciół, był nie tyle problematyczny co niewskazany. No i zacząłem pisać i wiem to od tych co przyjeżdżają z Kraju, że te piosenki, które napisałem po 13-tym grudnia na temat Polski i nie tylko, bo np. piosenka o Valladaresie, kubańskim poecie, jest pozornie niezwiązana z tym, ale w gruncie rzeczy pisałem o swojej żonie i o mnie, ona była w Polsce, ja tutaj i ja się czułem uwięziony, wiem od tych ludzi, że jednak ten nastrój jest trafiony, wyczuty, tzn. nie ma świadomości, że wykorzystuję sytuację w Polsce po to, żeby pisać na ten temat przeboje. Dla mnie jest to nadal kwestia bardzo osobista i wewnętrzna, z tym, że piosenki musiały się zmienić, bo przestałem pisać na temat legend, mitów i obrazów, a zacząłem pisać na temat tego co widzę, co słyszę i co czuję bezpośrednio. One się zrobiły może bardziej opisowe, przestałem wróżyć, ale znalazłem się w sytuacji, w której poczułem się zobowiązany do pisania i to przestało być tym czym było do 80-tego roku, tą przyjemnością spisywania, tak łatwo i pięknie, wierszy i muzyki wtedy, kiedy się ma natchnienie, a to zaczął się obowiązek zastanawiania się nad sobą i nad swoja postawą wobec tego co się dzieje, i obowiązek weryfikowania wszystkich poglądów i wszystkich zachowań moich wobec tego co się stało. Mam wrażenie, może znowu zabrzmi to jak paradoks, ale mam wrażenie, że bardzo dużym szczęściem czy fartem, było to, że znalazłem się tutaj w październiku 81-ego roku, nie dlatego, że uniknąłem wojny w Polsce, tylko że uniknąłem tej przepaści, tej pokusy estrady, tej łatwości odwagi. Nagle się okazało, że to co robiłem do 25-tego roku życia, co wydawało mi się łatwe, naturalne, proste, ponieważ był cały zastęp ludzi, z moją rodziną, z przyjaciółmi, który mi to umożliwiał, który mi to ułatwiał, który mi usuwał przeszkody z dróg i mnie bronił, nagle się stało moją osobistą sprawą, wobec której musiałem się opowiedzieć osobiście i za którą musiałem wziąć całkowitą odpowiedzialność, wyłącznie w swoim imieniu. Więc jakby znowu los mnie zmusił do ocalania siebie samego, do tego, abym z pełną świadomością stał się taki, jaki byłem przedtem, w sposób taki radosno-swobodny, teraz musiałem się zdecydować z wyboru i ze wszystkimi tego konsekwencjami. To wszystko dotyczy mnie, mojego myślenia i sposobu pisania teraz i sposobu myślenia o Polsce i świecie. Natomiast nie zmienia to faktu, że jest dla mnie oczywiście, że jest cały czas sytuacją sztuczną i nienaturalną, śpiewanie po Polsku nawet dla Polaków emigrantów, nawet dla ludzi, którzy to rozumieją i kochają, ponieważ przeżyłem okres, kiedy moje śpiewanie rzeczywiście było sprawą podstawowej wagi dla ludzi dla których był to fragment ich życia.

* – “Błatnyje piosenki” – piosenki kryminalistów, marginesu społecznego. Potocznie również, ten termin obowiązuje wszystkie piosenki więzienne i obozowe

Natalia Gorbaniewska
"KONTAKT" (Miesięcznik redagowany przez członków i współpracowników NSZZ "S"), 1982r.

Nadesłał: Thomas Neverny