Samotna wielkość artysty

Samotna wielkość artysty2015-08-29T21:59:28+00:00

– Po pierwsze: czemu Pan pali? Mieszkańcom Zachodu podobno nie wypada…

To nie jest moja jedyna słabość (śmiech…). Kiedyś bardzo dużo piłem. Kiedy przestałem, trzeba było czymś zapełnić pustkę, jaka powstała. I tak, pracując w Radiu Wolna Europa, nauczyłem się palić. Był to naturalny odruch w rytmie radiowej pracy. Teraz palę dużo w czasie tras koncertowych; jest to bardzo stresujący zawód i papieros – przynajmniej pozornie – pomaga. Natomiast w Australii, gdzie spędzam około dziewięciu miesięcy w roku, praktycznie nie palę, bo nurkuję.

– Nie miało to być pytanie, a żartobliwa przygana. Coś “na rozruch”. Pan to przyjął bardzo poważnie…

Ja wszystko traktuję bardzo poważnie.

– Jest Pan wszechstronnie utalentowanym artystą: poetą, pisarzem, kompozytorem, pieśniarzem. Kim czuje się Pan najbardziej?

Człowiekiem piszącym. W tym czuję się najpewniej i na tym się znam. Nie tylko na składaniu rymów, ale na tym, jak się tworzy świat wyobrażony. W muzyce jestem nieco ograniczony swoją wiedzą i umiejętnościami. Muzyka służy tylko niesieniu tekstów piosenkarskich. Wykonawcą też jestem amatorskim – bycie artystą estradowym nie jest moim celem . Jestem człowiekiem piszącym.

– Spotykamy się w rocznicę odzyskania niepodległości. Nikt nie może kwestionować roli, jaką odegrał Pan w czasach “Solidarności”. W latach 70. i 80. był Pan przewodnikiem Polaków, szukających dróg do wolności. Na ile treść Pana utworów w tamtym czasie wynikała z politycznego zaangażowania i patriotyzmu, a na ile z rozczarowania marnością otaczającego nas świata?

Nie mnie to oceniać. Na pewno śpiewałem o tym, co mnie interesuje i boli w ludzkiej egzystencji, w ludzkim losie na który składa się i polityka, i natura człowieka, i tęsknoty jednostki, i porażki metafizyczne. Wtedy, a taki to był czas, opowiedziałem się po stronie pokrzywdzonych, bo nie chciałem być po stronie krzywdzących. W związku z tym moje piosenki odbierano jednoznacznie: poprzez filtr polityczny. I dopiero młodzi ludzie, którzy teraz przychodzą na moje koncerty, a których nie było wtedy jeszcze na świecie, odbierają tamte utwory w sposób zgodny z moimi intencjami: jako przemyślenia na temat ludzkiej kondycji. Bez politycznych podtekstów.

– Z Pana poezji bije ogromny smutek. Czy jest to smutek romatycznego poety przez duże P, człowieka na wskroś empatycznego, który “za miliony cierpi i przeżywa katusze”…

… za miliony, ale za każdego z osobna. Nie za masę.

– … czy wynika on z poczucia osamotnienia człowieka, który nie wierzy w Boga? Bo to też się czuje.

Bardzo możliwe. Ale Bóg istnieje dla mnie jako kategoria kulturowa, jako figura stylistyczna. Można Go nie nazywać Bogiem, a Koniecznością, Absolutem, Przeznaczeniem. Nie praktykuję żadnej religii i nie tam szukam pocieszeń. Religia jest dla mnie właśnie jednym z tych zbiorowych mechanizmów samopocieszania, z którym na moim etapie życia źle bym się czuł. Nie sądzę, aby z mojej poezji emanował smutek beznadziejny, że tylko sobie strzelić w łeb. Wynika on bardziej ze świadomości tragizmu ludzkiej kondycji. Artyści od zawsze dzielili się na tych, którym się świat nie podoba i na tych, którzy go w pełni akceptują. Nie znaczy to, że jedni są gorsi od drugich. Weźmy Michała Anioła, który był wiecznym buntownikiem i Rafaela, kóry czuł się doskonale w każdym układzie. Obaj wielcy artyści, choć prezentujący różne wizje świata: jedną, którą nazwałbym romantycznie zbuntowaną, i drugą parnasowską, akceptującą ład wszechświata ze wszystkimi konsekwencjami. Ja akurat znalazłem się z racji czasów, w których żyję, w tym pierwszym modelu.

– Poza tym znalazł się Pan w Australii. Był Pan inspiracją i oparciem dla Polaków, dla wielu jest Pan narodowym bohaterem. Dlaczego wyjechał Pan z kraju?

Bardzo ciężko jest być bohaterem wśród wyznawców. Oznacza to obciążenie, nieustanne napięcia z powodu prób wykorzystania. Wynikają one z typowo polskiego przekonania, że ci, których historia wyniosła nieco na widok publiczny, są od tego, żeby załatwiać za innych ich sprawy. Przechodziłem przez to i przeciwko temu się buntowałem.

– Po prostu chce Pan być człowiekiem dla siebie…

Dokładnie tak. I tylko wtedy mogę pisać w sposób wolny i szczery.

– Do jakiego stopnia Pana poezja jest autobiograficzna?

Można to prześledzić. Myślę, że jest to zadanie dla młodego, dociekliwego badacza. Ja tego nie będę zdradzał, byłoby mi niezmiernie trudno. Każda piosenka jest w pewnym sensie autobiograficzna, jeśli za autobiografię uznać nie tylko moje przygody życiowe, ale również lektury, przemyślenia, miłości.

– A więc żyje Pan dla siebie, ale niejako z wyboru pozostaje własnościa publiczną?

Nie. Temu, co przeżywam, staram się nadać uniwersalnym wymiar. Moja twórczość to nie historia mojej osoby, ale odniesienie do szeroko pojętego miejsca człowieka we wszechświecie. Pisząc w ten sposób mam szansę nawiązać kontakt z odbiorcą….

-…za którego czuje się Pan odpowiedzialny? Jak w pięknym wierszu Ogłoszenie”, dedykowanym Stanisławowi Lemowi, w którym w całym kosmosie szuka Pan doskonałości dla swoich wierszy, a oddać ją chce choćby za jedną ocaloną duszę. Wiersz kończy się słowami: “ale to wszystko tak niewiele. ” Czy naprawdę?

– Czym jest dla artysty rodzina?

Jacek Woźniakowski napisał kiedyś całą książkę o tym, czy artysta powinien być sam. Moje dwie byłe żony uważają, że tak. Dla mnie rodzina była zawsze i oparciem, i marzeniem spełnienia się jako tak zwany “normalny człowiek”. Oprócz tego, że bujam w obłokach, jestem w stanie dać miłość i opiekę najbliższym. Na pewno całe życie szukałem miłości. Rodzina jest częściowym spełnieniem tych poszukiwań. Nawet była rodzina. Ale niewątpliwie trudno jest pogodzić ten szczególby zawód z rolą męża i ojca. Artysta ma swoje wzloty i upadki, a koszty zawsze ponosi najbliższe otoczenie.

– W ten czas “tak marny, hałaśliwy” co może przekazać Poeta Polakom w ogóle, a mieszkańcom Wybrzeża w szczególności? Czy istnieje Terra Felix, o której śpiewa Pan w “Sarmatii”? Gdzie mamy jej szukać?

Nie będę dawał rad, bo i tak nikt ich nie posłucha. Zdecydowanie sposób na życie nie polega na wspinaniu się po szczeblach karier i na pysznieniu się sukcesem. Nie mówię tu nawet o pieniądzach, ale o zewnętrznych oznakach posiadania. Tę chęć pokazania wszystkim dookoła, że “się ma” zauważam zwłaszcza na Wybrzeżu, może jeszcze w Warszawie, i w Poznaniu. Tak naprawdę liczą się niematerialne, trwałe wartości. Terra Felix jest w każdym człowieku i można ją znaleźć wszędzie. Należy tylko chcieć jej szukać.

Barbara Kaznowska
"The Coastal Times", Gdańsk, XII 2000r.

Nadesłała: Barbara Kaznowska