Raj nie utracony?

Raj nie utracony?2017-10-10T10:02:38+00:00

Czy kultura masowa zatruwa umysły?

Kolejna wspólna dyskusja Programu I Polskiego Radia i “Rzeczpospolitej” dotyczyła tym razem tematu niesłychanej powszechności – tzw. prasy masowej. Program I nadał tę audycję. .. .. .. .. .. . Prowadziła ją Alina Grabowska, sekretarz Stowarzyszenia Pracowników Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, a wzięli w niej udział: prezes PEN Clubu Jacek Bocheński, Stefan Bratkowski, Jacek Kaczmarski, Jan Purzycki, scenarzysta i reżyser, oraz Eugeniusz Smolar, wiceprezes Polskiego Radia S.A.

A. GRABOWSKA: Idea, żeby o tym porozmawiać, zrodziła się w chwili, kiedy zaczęliśmy przeglądać wydawnictwa zalegające kioski w całej Polsce. Nie będę wymieniała tytułów; są one w moim przekonaniu, może się mylę, kompletnie jednakowe i nieciekawe, ale cieszą się ogromnym powodzeniem, mają milionowe nakłady. Jakie tematy są tam prezentowane? Przeczytam jeden z tytułów: “Czy romantyczne uniesienia i dzikie pożądanie dają się sprowadzić do chemii”. Albo – “Wszystko wskazywało na to, że mój mąż zaleca się do własnej córki”. Albo komiksy, wszystkie te wydawnictwa pełne są takich dziecinnych rysunków, kolorowych obrazków – Niklas tuli się do Meli, szaleję za tobą, mhm, łaskoczesz mnie. .. itd. , itd. Trochę porad kulinarnych, jak ugotować zupę owocową. Większość tematów dotyczy seksu. Nie wiem, może moja ocena jest zbyt krytyczna?

Przeczytam jeden z tytułów: “Czy romantyczne uniesienia i dzikie pożądanie dają się sprowadzić do chemii”. Albo — “Wszystko wskazywało na to, że mój mąż zaleca się do własnej córki”. Albo komiksy, wszystkie te wydawnictwa pełne są takich dziecinnych rysunków, kolorowych obrazków — Niklas tuli się do Meli, szaleję za tobą, mhm, łaskoczesz mnie. .. Itd. , itd. Trochę porad kulinarnych, jak ugotować zupę owocową. Większość tematów dotyczy seksu. Nie wiem, może moja ocena jest zbyt krytyczna?

S. BRATKOWSKI: Odwołam się do opinii profesor Aldony Jawłowskiej, która kiedyś badała właśnie subkultury młodzieżowe, a teraz w tomie “Do i od socjalizmu” opublikowała szkic “Kultura w okresie przełomu”. I właśnie pisze o kulturze popularnej. Nie o kulturze “masowej”. Pisze o niej jako o kulturze, która tworzy świat fikcji, zachowujący pozory rzeczywistości. Zacytuję: “Leci taki nieskończony strumień znaków, które odnoszą się tylko z kolei do innych znaków i cytatów i odniesień do własnych tekstów, które naśladują inne teksty itd. , itd. “. Myślę, że to bardzo udana diagnoza, bo ukazuje, z czym właściwie mamy do czynienia. Otóż obawiam się, że z niczym. Że po prostu żadne znaczące treści się tam nie mieszczą. Pytanie, do jakiego stopnia to wpływa na młode pokolenie?

A. GRABOWSKA: Jest to pytanie podstawowe. Pan Smolar spędził wiele lat na Zachodzie i to właśnie w mediach. Czy sytuacja w Anglii jest podobna?

E. SMOLAR: Francja, ale szczególnie Wielka Brytania, słyną z tego, że mają niesłychanie rozbudowaną tzw. żółtą prasę. Prasę sensacyjną. Tzw. tabloidy. Ich “osiągnięcia” zaczęły się przenosić na drugą stronę Atlantyku, stając się pewnym faktem już politycznym; afera wokół prezydenta Clintona zaczęła się od wścibskości tabloidów. Natomiast ja chciałbym przestrzec przed jednoznaczną oceną tego zjawiska, z oceną “od góry”, z pozycji elity. Warto, kiedy się mówi o środkach masowego przekazu, spojrzeć na nie także “od dołu”, z punktu widzenia ich konsumenta.

A. GRABOWSKA: A jak jest w Australii? Czy też tego rodzaju prasa jest dostępna w każdym kiosku i masowo, w milionach egzemplarzy, sprzedawana?

J. KACZMARSKI: Tak, z tym, że jest i prasa dla elit, kulturalna, literacka, a i prasa kompetentna w najróżniejszych sferach zainteresowań ludzkich – od samochodów przez łyżwy, narty po wakacje. W naszej prasie masowej jest różnica między wydawanymi na złym papierze, co tydzień, pismami w rodzaju “Życia na gorąco” czy “Naj”, a “Cosmopolitan” czy “Marie Claire” lub “She”, które mają pewne ambicje tworzenia elit. Jak to robią, to osobny temat. Natomiast to nie są gazety wypełnione tym, co pani cytowała, wyłącznie infantylnym bełkotem.

A. GRABOWSKA: Bezsprzecznie. “Twój Styl” jest w tym przypadku pismem jakby z górnej półki.

J. KACZMARSKI: A należy przecież do kultury masowej.

J. PURZYCKI: Spotkałem się ze stwierdzeniem, że cały przemysł telewizyjny jest swego rodzaju systemem totalitarnym. I że my, współpracując z nim, uprawiamy swego rodzaju kolaborację. Jego celem jest schlebianie gustom masowej widowni. Co w rezultacie obniża loty do poziomu, jaki prezentuje ta prasa.

A. GRABOWSKA: Czy więc tzw. kultura masowa zatruwa umysły? Czy stanowi niebezpieczeństwo społeczne? Czy jest zagrożeniem dla młodego pokolenia?

J. BOCHEŃSKI: Ograniczyłbym się do przypuszczenia, że wpływa na umysły. A jak wpływa? Prawdopodobnie je rozleniwia. Po tę prasę masową sięga człowiek łatwiej niż po taką, którą musi wyszukać z bogatszej oferty, angażując w to swój umysł. To dotyczy także telewizji. Wiem sam po sobie. Kiedy idę kupić gazetę, wiem po co idę i wybieram. Kiedy otwieram telewizor, telewizja wybiera za mnie. A ja się temu poddaję. Bo ją otwieram, kiedy jestem zmęczony, kiedy jem kolację, kiedy nie mam innych zajęć i biernie się temu poddaję. I myślę, że tak jest z każdym odbiorcą.

S. BRATKOWSKI: Młode pokolenie czyta wszystkie te “Naje”, “Na gorąco”. Kupuje je. Natomiast, myślę, że to nie wpływa na jego postawy. Ta młodzież chce pracować, wie doskonale, że trzeba się uczyć, że bez uczenia się nie przeskoczy barier społecznych. Co więcej, oni wiedzą, iż od najniższych pozycji społecznych można w ciągu jednego życia zajść bardzo wysoko. I że to od nich samych zależy. Jednocześnie Internet, coraz bardziej masowy, tak jak iw Stanach, ogranicza wpływ także tej prasy, już nie mówiąc o telewizji. W Stanach Zjednoczonych “oglądalność”, jak się to nieładnie mówi, dzienników telewizyjnych spadła wciągu ostatnich 10 lat z 70 proc. do 38. Reszta szuka już informacji właśnie poprzez Internet. To tzw. czarne pasmo wokół Warszawy. Ale im dalej od Warszawy, tym bardziej jest inaczej. W Bartoszycach, na przykład, ogląda się we własnej telewizji kablowej posiedzenia Rady Gminnej!

J. KACZMARSKI: Jeśli już mówimy o Polsce czy , gdzie młodzież nie ma naprawdę nic w zasięgu swoich zainteresowań oprócz sklepu monopolowego, seksu w krzakach i kiosku z kolorowymi gazetami, te pisma poza tym, że rozleniwiają czy zapełniają czas, mogą pełnić jakąś pozytywną rolę, ponieważ jednak budzą pewnego rodzaju aspiracje. Pokazują pewien model życia, czystość, dbałość oswój wygląd, edukują, może w sposób prymitywny, nie zawsze doskonały, ale jednak edukują seksualnie. Pokazują świat, do którego być może taki młody człowiek zechce dążyć. Świat, o którym nie wiedział, że istnieje. Nawet, jeśli go widział w telewizji, uważał go za fikcję; wiem z własnych kontaktów z młodymi ludźmi, że na telewizję patrzy się, ale telewizji się nie wierzy. Telewizja przez sam sposób pokazywania pokazuje świat fikcyjny. Natomiast prasa brukowa stwarza przynajmniej pewne pozory, że pokazuje świat rzeczywisty.

A. GRABOWSKA: Ja myślę, że ta prasa, to jakby świat manekinów. I te manekiny używają kosmetyków, myją się codziennie. W czystych wnętrzach.

J. PURZYCKI: Świat marzeń w jakimś stopniu.

S. BRATKOWSKI: Ja zgłosiłbym tu pochwałę reklam telewizyjnych. Od lat codziennie jeżdżę tramwajami i autobusami. Otóż wciągu ostatnich dziesięciu lat zapachy w polskich tramwajach i autobusach zmieniły się zasadniczo. Zawdzięczamy to reklamie mydeł, środków piorących, środków do czyszczenia itp. Stało się modne nie tylko być czystym, ale jeździć w czystej garderobie. Inaczej pachniemy. Nawet na trasach międzymiastowych.

E. SMOLAR: Cieszę się, że nasza dyskusja poszła w tym kierunku. Trochę się bałem, że będziemy tak sobie rozmawiali, z pewnym akcentem wyższości, o tym, co nas otacza. Mówiliśmy o stopniu wykształcenia, mówiliśmy o cywilizacji, która poza wielkimi miastami tworzy zupełnie inny świat.

S. BRATKOWSKI: Nie ma dzisiaj Polski B i Polski C.

E. SMOLAR: Jest. To kwestia przede wszystkim dostępu do pracy.

S. BRATKOWSKI: A to zupełnie inna sprawa.

E. SMOLAR: To oznacza skalę zarobków, więc również możliwość kupienia tych kosmetyków. To także i dostęp do lepszej edukacji.

S. BRATKOWSKI: Ale są małe miasteczka, z których rekrutują się ci na pierwszych miejscach list zdających na wyższe uczelnie.

E. SMOLAR: Wątek inspiracyjny, o którym mówił Jacek Kaczmarski, jest niesłychanie istotny. Oczywiście, ten świat jest światem papierowym, ale zależy już od tego chłopca czy dziewczyny, jak go sobie zabuduje. Rozbudzenie aspiracji jest krokiem podstawowym. Bo jeśli można inaczej, niż moi dziadkowie, niż moi rodzice? Niekoniecznie to musi być lepsze w każdym przypadku, ale – można inaczej. Można coś z sobą i ze swoim życiem zrobić. Pytanie, o ile ten świat fikcji zastępuje komuś własne ambicje?

A. GRABOWSKA: Jest jeszcze inny aspekt sprawy. Większość tych czasopism z kręgu subkultury młodzieżowej wydają legalnie osadzone w Polsce wydawnictwa zagraniczne, np. Bauer, Gruner & Jahre, niemieckie czy szwajcarskie, jak Helvetica. Wydawnictwo Marquard wydaje w Polsce “Popcorn”, “Mega-Star”, “Cosmopolitan”, “Poster Kids”, “Mega Sport”, “Dziewczyna”, “Popcorn Ekstra”, “Raport Specjalny”, “Express Wieczorny”, “Sport”, “Przegląd Sportowy”, “Tempo”. A wydawnictwo Gruner & Jahre m. in. wydaje pisma takie, jak “Gracja”, “Claudia”, “Naj”, “Halo”; wydawnictwo Bauera posiada m. in. tygodnik “Tina”, “Bravo Girl”, “Bravo”.

S. BRATKOWSKI: Zawartość tych masówek niemieckich pozwala domyślać się, dlaczego młodym Niemcom nie chce się już dzisiaj pracować, dlaczego trzeba przyjmować tylu imigrantów, którzy by podejmowali prace gorzej płatne, czasem brudniejsze, mniej sympatyczne. Dawniej w protestanckim kraju było rzeczą naturalną, że dobrze chowający dziecko ojciec posyła swojego syna najpierw do pracy, żeby sam coś zarobił przy mniej płatnych robotach. Dzisiaj tego się już nie robi.

A. GRABOWSKA: W codziennej prasie masowej dominują wydawcy w rodzaju Neue Passauer Presse, mający po kilka, może kilkanaście czy kilkadziesiąt tytułów w całej Polsce. Niekiedy wszystkie dzienniki w danym mieście, w danym regionie, posiada jedno wydawnictwo, co właściwie wyklucza konkurencję. Czy to nie stanowi jakiegoś zagrożenia społecznego?

S. BRATKOWSKI: Dla mnie jest nie do przyjęcia sytuacja, w której jeden wydawca ma wszystkie gazety dla danego rynku. A nawet, kiedy ma wyraźną większość. Prawo antymonopolowe powinno być rozciągnięte na sferę mediów.

J. KACZMARSKI: To nie jest tylko problem Polski. W Australii toczy się wielka dyskusja na temat tego, że większość środków masowego przekazu skupiona jest w jednym ręku. W Wielkiej Brytanii, o ile wiem, też walczy się o ich demonopolizację. To chyba największe zagrożenie. Nie, że akurat mają to Niemcy, Szwajcarzy czy Norwegowie.

A. GRABOWSKA: Monopol.

J. BOCHEŃSKI: Sądzę, że wydawcy niemieccy po prostu rozporządzali kapitałem, który mogli tutaj ulokować. Wiemy, ile trzeba pieniędzy, by jakiekolwiek czasopismo puścić w ruch. Nam zaś chodzi raczej o rolę, o wpływ na młodzież, czy w ogóle o rolę kultury masowej we współczesnym społeczeństwie. Co do młodzieży, obawiam się, że naszemu spojrzeniu umyka pewna rzecz podstawowa – coś się z tą młodzieżą w naszej epoce stało. Nie w ostatnich latach. Jeszcze w latach 60. To zjawisko antropologiczne: ludzie młodzi zrównali się z dorosłymi. Nie chcę orzekać, czy to dobrze, czy źle. Stwierdzam tylko fakt. Jeżeli człowiek młody zostaje zrównany z dorosłymi wprawach, a także w swoich obowiązkach, w swoich zajęciach, konfrontacjach, to oczywiście ten fakt wpływa i na niego, i na stan kultury powszechnej. Kultura wiąże się z koniecznością wyboru: to nie tylko kwestia, co czyta młody człowiek, stykający się z taką samą ofertą, co człowiek dorosły, ale kwestia tego, co robi. Bo może zabijać, używać narkotyków, kraść, może też uczyć się, może poznawać bardzo ciekawe różne gałęzie wiedzy. Czy jest zdolny do trafnego wyboru? Oto pytanie.

E. SMOLAR: Jest faktem, że prasa niemiecka jest wyjątkowa pod tym względem. W Wielkiej Brytanii prasa o tym poziomie nie istnieje, również we Francji, a jeśli już, to na obrzeżach. Każdy z tych krajów wykształcił pewien typ prasy masowej, tych magazynów kolorowych. Nie ma nic złego w tym, że tu przyszły akurat koncerny niemieckie, ale przyniosły one ze sobą pewien typ tego produktu, a ten produkt może być taki lub inny. I to jednak jest zasadnicza różnica.
My z kolei nie mamy raju utraconego, do którego moglibyśmy wracać. Natomiast wyzwanie, jakie przed nami wszystkimi stoi, dotyczy tego, co możemy zaoferować wyższego lotu w dziedzinie kultury masowej. Nie mówię — wysokiego lotu, elitarnej miary. Pytaniem jest, jakie instytucje, jakiego typu mechanizmy mogą wspomagać np. subsydiami na tańszy druk, te produkty, które mogą dotrzeć do ludzi i ich czymś zainteresować. Nie mówię – odciągnąć. Raczej – uzupełnić. Tu widzę ogromną przyszłość przed nowoczesnymi metodami docierania, m. in. przed bardzo demokratycznym Internetem. Tanim. Demokratycznym i tanim.

A. GRABOWSKA: Jesteśmy zgodni — choć nie mówiliśmy o tym, że zakazy administracyjne nic nie dadzą, a zawsze w jakiś sposób odbiją się na podstawowej dla nas wszystkich sprawie, czyli na wolności słowa. Nawet pismo “Zły”, chociaż, moim zdaniem, nudne i nieciekawe, może się ukazywać, bo ma prawo się ukazywać – skoro ma prawo ukazywać się wszystko, co nie narusza prawa.

J. KACZMARSKI: To jest syndrom Larry Flinta.

A. GRABOWSKA: Oczywiście. Ale jak dążyć do tego, by kultura wysoka nie traciła w pojedynku z kulturą masową?

J. PURZYCKI: Jednak chyba utraciliśmy swego rodzaju raj. Paradoksalnie, ponieważ w dawnych czasach wszystko obejmowała reglamentacja. Również kulturę masową. Był jeden program telewizji, trochę programów radiowych, wydawało się niewiele książek, kilkanaście tytułów prasowych. Ktokolwiek chciał włączyć telewizor, radio, otrzymywał dawkę kultury jednak na pewnym poziomie, bo do takich rzeczy, jak te w prasie kolorowej, nie było dostępu. Cenzura działała. Stąd przeciętny człowiek miał dostęp do świata kultury, ograniczonego co prawda cenzurą, ale jednak zarysowanego, ułożonego, w którym udział tej kultury wysokiej był spory. Pamiętam, jak w małym miasteczku przy piwie z kolegami rozmawialiśmy o Herbercie, o Miłoszu, kiedy dostał Nagrodę Nobla. Dzisiaj jest to niemożliwe.

E. SMOLAR: W pełni możliwe.

J. KACZMARSKI: Powszechność bibliotek w małych miasteczkach – jak już nie było nic do roboty, to się brało i czytało książkę.

J. PURZYCKI: Dziś mamy zalew dobrami różnej wartości.

E. SMOLAR: Ale ja w jakimś sensie wolę te aspiracje młodego pokolenia niż aspiracje członków KC PZPR i cenzury. Był to świat uładzony i w jakimś sensie jakby propagujący tę wyższą kulturę. Tylko, co z tego wyszło? Jaki bodziec twórczości? Jak to wpływało na życie ludzi? Kiedy mogli w 1989 roku porzucić ten gorset, poszli handlować na ulicach…

S. BRATKOWSKI: Ja bym jednak w obronie kultury masowej przypomniał, że postawy Anglików i Amerykanów XIX wieku rodziły się nie z wpływu wielkich umysłów kultury brytyjskiej czy filozofii Emersona w Stanach, tylko dzięki wpływowi Samuela Smilesa, którego w setkach tysięcy egzemplarzy przedrukowywano od połowy XIX wieku aż po wiek XX, dzięki wpływowi Horatio Algera w Stanach. Formowali oni na powiastkach o karierach ludzkich pewien model ambicji i zachowań. A po roku 1945 Rafał Praga, pepeesowiec, zniszczony potem przez miniony ustrój, człowiek, który stworzył pierwszy po wojnie “brukowiec” w postaci “Expressu Wieczornego”, chciał iść tą drogą. “Express” po Październiku 1956 starał się wrócić do tego modelu, potrafił organizować kampanie, dzięki którym sto tysięcy ludzi przychodziło słuchać wykładów z historii sztuki! I to są rzeczy naprawdę w świecie kultury masowej możliwe. Innymi słowy, ta inspiracja może być znacznie bardziej twórcza, niż nam się wydaje.

J. KACZMARSKI: Kultura masowa, również ta w wydaniu amerykańskim, karmi się kulturą wysoką. Jest to rodzaj echa kulturowego. Idiotyczne plastycznie kreskówki japońskie, które zalały cały świat, nie operują niczym innym, jak wątkami z mitologii greckiej. Nas to może oburzać lub śmieszyć, ale to jest ten sam pierwotny system wartości. Pisał o tym zresztą, z niejakim żalem, ale bez gniewu, Krzysztof Zanussi w “Polityce”, że myśmy się przyzwyczaili do wartości w naszych wspaniałych filmach o ważnych sprawach, a tu nagle się okazało, że w filmach amerykańskich, obliczonych na dostęp do szerokiej widowni, pojawiają się te same wartości. Artystycznie trochę zbanalizowane, poukrywane pod atrakcjami, które mają przyciągnąć widza, ale z tym samym systemem wartości.

E. SMOLAR: Jacek Żakowski wywołał ostatnio w “Gazecie Wyborczej” temat roli telewizji i radia publicznego. To sprawa zasadnicza. Rzeczywiście istnieją wielkie możliwości realizowania np. mecenatu. Mecenatu publicznego, niekoniecznie państwowego. Od najniższego poziomu małego miasta, które ma własną telewizję kablową i organizuje np. własne konkursy. W przyszłym roku mamy dwustulecie Chopina i w związku z tym myślimy, jak organizować w małych miejscowościach coś dla młodych talentów. Nie tylko rockowy koncert lokalny, ale również coś innego. To można robić niejako też centralnie. Tylko trzeba wiedzieć jak. No i niestety, muszę powiedzieć z ogromnym smutkiem, że Polskie Radio, wypełniając swoją misję radia publicznego, ma z braku środków coraz bardziej ograniczone możliwości jej realizowania.

J. BOCHEŃSKI: Kultura masowa jest faktem. Związek jej z demokracją i wolnością jest dla mnie oczywisty. Pytanie, na które nie mam odpowiedzi, na które zapewne nikt odpowiedzi nie ma, to pytanie, czy w warunkach wolnego wyboru będziemy woleli być głupi czy mądrzy, przyzwoici czy nikczemni? To jest oferta, wobec której będziemy musieli sami dokonywać nieustannego wyboru… A nie jestem przekonany, czy istnieje tylko jeden kierunek, od kultury wysokiej do kultury masowej. Czy nie ma też odwrotnego? Kiedyś kulturą masową była kultura ludowa, z niej przecie czerpała ta wysoka. Co będzie w przyszłym stuleciu? Co zrobi ono z tym potwornym dziwolągiem, który za naszego życia się uformował, który jest tą kulturą masową? Tego nie wiemy. Ale może coś zrobi, może sobie jakoś z tym poradzi. W to wierzę i tego sobie życzę.

A. GRABOWSKA: Piękne dzięki – na zakończenie – za te uwagi.

Stefan Bratkowski
"Rzczypospolita", 5 IX 1998r.