Jeszcze nie wiem, czy będę żył

///Jeszcze nie wiem, czy będę żył
Jeszcze nie wiem, czy będę żył2015-08-29T22:21:24+00:00

Ma Pan wyższy głos, z trudem przełyka ślinę. Śpiewanie?

Wykluczone podczas całej terapii, być może jeszcze dłużej… albo już nigdy.

Ile ma trwać leczenie?

Aż przyniesie skutek. Jestem po pierwszym etapie, trzytygodniowym. Po każdym takim etapie jest miesiąc odpoczynku, wtedy jestem na lekarstwach i kroplówkach. Będzie kilka takich etapów. Potem lekarz ma podjąć decyzję, czy to daje spodziewane efekty, czy trzeba jednak naświetlania i chemioterapii.

Jaka jest diagnoza lekarska?

Nowotwór złośliwy gardła dolnego i górnej części przełyku. Polscy laryngolodzy robili mi badania i powiedzieli: natychmiast trzeba się kłaść i ciąć, nie ma alternatywy. Wyciąć wszystko razem z krtanią. To, oczywiście, eliminowałoby nie tylko śpiewanie, lecz także mówienie. Wprawdzie mówić można się potem nauczyć, ale w sposób dosyć ograniczony. Na samym początku straciłem półtora miesiąca, trzech lekarzy leczyło mnie antybiotykami na nieżyt gardła.

Ma Pan żal do tych trzech?

Nie, przecież urodziłem się i żyłem w Polsce wystarczająco długo, żeby takie rzeczy rozumieć i wybaczać po chrześcijańsku.

Jest Pan bardzo przywiązany do mówienia?

Bardziej niż do śpiewania. Śpiewaniem po 25 latach już byłem porządnie zmęczony. Natomiast kiedy w marcu, po diagnozie, wyobrażałem sobie, że mogę już nie mówić, to ta myśl była nie do zniesienia. Człowiek głosem sporo w swoim życiu załatwia, nie tylko w sensie praktycznym. Głos człowieka kształtuje. Z drugiej strony bliscy mi ludzie pisali do mnie, że być może jest w tej chorobie jakaś wskazówka od losu, że mam zająć się pisaniem, nie gadaniem, śpiewaniem.

Wtedy, w marcu, wyobraźnia podsuwała Panu wizje niemego Kaczmarskiego?

To były wizje dosyć intensywne i nie mogłem ich zaakceptować. Nie wiem, czy zdecydowałbym się na operację i wycięcie krtani, gdyby się okazało, że nie ma żadnej alternatywy. Jestem człowiekiem dosyć leniwym i sama myśl o tym, że musiałbym się uczyć innego sposobu porozumiewania z bliskimi, na przykład na migi, była dla mnie nieznośna. Poza tym jako ekstrawertyk mam potrzebę bezustannego wyrzucania z siebie słów.

A wizja dziwnego, kosmicznego głosu a’la Jerofiejew Pana nie pociągała? U niego wszystko, co się przez ten aparacik wydobywało, było ważne.

Nie tylko barwa tego nieludzkiego głosu sprawiała, że się go słuchało. Człowiek dotknięty śmiertelną chorobą w ogóle ma skłonność do przesiewania strumienia informacji i wybierania rzeczy najważniejszych, bo ma mało czasu. Kiedy się słucha człowieka chorego, to sama świadomość jego choroby sprawia, że słucha się go uważniej. Nie wiem, jak jest ze mną, ponieważ od czasu kiedy zdecydowaliśmy się na to leczenie hipertermią, skupiam się na wychodzeniu z choroby, a nie na rozmyślaniu na tematy ostateczne.

Jednak kiedy dowiedział się Pan o swojej chorobie, to nie mógł Pan uniknąć myślenia o sprawach ostatecznych?

Mam z tych myśli kilkanaście stron notatek, ale kiedy po dwóch czy trzech tygodniach na nie zerknąłem, to wydały mi się nieznośnie pretensjonalne. To było kreowanie siebie i własnej choroby przekazem poetyckim w stylu ostatniego tomiku Herberta czy niektórych wierszy Miłosza. Te notatki były automatycznie nieprawdziwe, histerycznie minoderyjne. Zrezygnowałem z takiego zapisu na rzecz notatek reporterskich z procesu leczenia. Spotkania z różnymi bioenergoterapeutami z całego świata, od Tokio przez Tybet do Stanów Zjednoczonych, różnymi nawiedzonymi, plus funkcjonowanie naszej służby zdrowia, to jest materiał na powieść satyryczną pod tytułem – “Rak”.

A co Panu proponowali bioenergoterapeuci?

Różne seanse, obracanie tybetańskich młynków i przykładanie rąk, kontakt fizyczny bez kontaktu fizycznego. Dostałem też adresy czakramów w różnych częściach świata.

Dlaczego nie wybrał Pan ich sposobów i nie poleciał na przykład do Tybetu, do mnichów?

Ponieważ guz jest tak ulokowany, że nie mogłem jeść, więc nie miałbym siły na taką podróż. Najpierw musiałem zadbać o utrzymanie się przy życiu, wybrałem więc wersję zaproponowaną w Austrii, rozpoczynającą się wszyciem sondy w żołądek, i teraz jem tamtędy. Jestem też wychowany w duchu racjonalnym, a opis zabiegów w klinice austriackiej budził zaufanie. To nie było namawianie i obiecywanie cudów ani tak typowe w Polsce: “Proszę to zrobić, bo inaczej Pan umrze”. W Polsce usłyszałem, że jeśli nie wytnę tego wszystkiego, to się przekręcę. W połowie marca powiedziano mi, że mam przed sobą dwa tygodnie życia. Trafiłem też na byłego kandydata na prezydenta Polski, pana Piotrowskiego. Zadzwonił i namówił mnie, żebym przyjechał do niego, do Gliwic, do Międzynarodowego Centrum Zdrowia, gdzie ma łóżko, które leczy raka. W pierwszej chwili nie skojarzyłem go z kampanią wyborczą i z wkładkami do butów dla wszystkich Polaków, ale po przyjeździe go poznałem. Po jednym noclegu i przeczytaniu ulotki, że to cudowne łóżko jest dla wszystkich, tylko nie dla tych, którzy mają raka w zaawansowanym stanie, spakowałem manatki i wyjechałem.

Nie spotkał się Pan z reakcjami, że choroba to kara za grzechy?

Miałem taki telefon od pewnej dziennikarki. Zapytała mnie, czy nie uważam, że to jest rodzaj sprawiedliwości wyższego rzędu, ponieważ w latach 80-tych sprowadzałem na Zachód swoją pierwszą żonę, symulując umieranie na raka jąder. Nie widzę w tym jakiejś klamry czy rymu.

Jak Pan przeżył wiadomość o diagnozie?

Przez dwa tygodnie byłem w takim stanie półświadomości. Leżałem, piłem sporo wina, jeszcze wtedy mogłem przełykać. Użalałem się nad sobą. Z drugiej strony pojawiło się jakby uczucie pewnej ulgi.

Dlaczego ulgi?

To jest w każdym człowieku, a przynajmniej w ludziach, którzy się zajmują twórczością, grzebią w sobie. Taka podskórna tęsknota do śmierci, tęsknota do tajemnicy albo chęć pozbycia się wszystkich ziemskich kłopotów, które na co dzień nas obciążają. Potem stan takiego obezwładnienia, pół jawy, pół snu, odsunąłem pytaniami: co zrobić, z czego żyć i jak się obronić przed rozpaczą.
Wyszedłem z tego stanu być może dlatego, że mam elementarne poczucie odpowiedzialności, mam syna z pierwszego małżeństwa, córkę z drugiego, jest obecny związek, jakieś długi, zobowiązania, które trzeba załatwić. I przede wszystkim poczucie obowiązku wobec najbliższych. Oni cierpią najbardziej, bo chory leży i nic od niego nie zależy. Muszę nadrabiać miną, żeby nie dorzucać trosk mojemu ojcu, mamie, babci, która kończy sto lat, mojej Pani i jej córkom.

To pierwszy taki czas, kiedy śmierć Panu towarzyszy?

Miałem takie depresje, kiedy myśl o śmierci towarzyszyła mi w sposób permanentny. To było związane z alkoholem: delirki, telepy, lęki poranne. To też nie były stany wyłącznie nieprzyjemne, odrywały od problemów rzeczywistości. Moment wychodzenia z zatrucia alkoholowego jest momentem dystansu do świata i gdyby nie przejmował tak trwogą, to byłby bardzo przyjemny. Śmierć towarzyszyła mi od dawna: pierwszą swoją pracę na studiach pisałem o wątku śmierci w literaturze średniowiecznej, potem romantycznej, a dalej tak się jakoś dziwnie potoczyło w mojej twórczości, że bezustannie pojawiały się kolejne epitafia poświęcone jakimś moim mistrzom.

W Pańskim świecie są jakieś zaświaty?

Nie.

Kompletnie nic?

Jestem zwolennikiem tezy Lema: nic nie było przedtem i nic nie będzie potem dla człowieka, bytu biologicznego. Jednocześnie wierzę w jakiś absolut czy niebywałą tajemnicę, ale ona nie przenosi człowieka poza śmierć. Nie ma tak zwanej duszy.

Nie miał Pan na wieść o chorobie takiej myśli: – Zaraz, przecież ja mam jeszcze to napisać, tamto, nie powiedziałem jeszcze najważniejszego?

Nie. Już dawno przestałem przywiązywać jakąś nadmierną wagę do swojej twórczości. Do jej znaczenia społecznego czy metafizycznego. Piszę dlatego, że jakiś temat mnie zaciekawił i jestem ciekaw, co sam z tego wyniosę. Nie łudzę się co do rażącej mocy moich strof i nie uważam, że jeślibym czegoś nie napisał, to świat, Polska czy ktokolwiek na tym straci. Po wiadomości o raku napisałem parę wierszy klasycznym 11-zgłoskowcem z obrazami czy metaforami niewartymi nawet przytoczenia, mimo że pisząc je, odczuwałem rozkosze cierpienia.

Miał Pan wrażenie dotykania czegoś istotnego?

Tak jak w słynnej anegdocie Michała Tarkowskiego. Przyśniło mu się w nocy, że zrozumiał istotę bytu, i błyskawicznie, prawie we śnie, zapisał to na karteczce i położył pod budzikiem. Kiedy się obudził rano i przypomniał sobie, co tam leży, odbył cały rytuał, żeby stawić czoła tej doniosłej chwili. Umył się, umył zęby, zrobił herbatę, wypił ją i podszedł do budzika. Podniósł go, odwinął kartkę, a tam było napisane: “Józef Nowak jest chuj”. To trafna opowieść. Nieraz w nocy notowałem pomysły, które oczywiście były genialne, a rano okazywały się nieistotnymi bazgrołami, bełkotem.

Zaskoczyło Pana to, co się dzieje wokół Pana choroby: koncerty, zbieranie pieniędzy, słowa wsparcia?

Nie chciałem choroby rozgłaszać, ale paru osobom musiałem powiedzieć. Trzeba było odwoływać koncerty, kiedy już wiedziałem, że to rak. Musiałem im powiedzieć, że to nie mój kaprys czy przerwa alkoholowa, tylko poważna sprawa, żeby na dłużej nie wiązali ze mną swoich planów zawodowych. To, co się potem stało, było poza mną. Leżałem wtedy na tej kanapie, piłem wino i ta akcja solidarności ze mną była dla mnie zupełnym szokiem. Prawdę mówiąc, ona jest dla mnie największym problemem, bo nie wystarczy podziękować ludziom za solidarność, pomoc, dobre myśli i pieniądze. Muszę też trochę zmienić sposób myślenia na ich temat. W swoim publicznym życiu niespecjalnie zdradzałem się z sympatią dla ludzi jako jednostek i społeczeństw. Swoje spojrzenie muszę teraz uzupełnić, wzbogacić o tę drugą stronę ludzi. Jakiś wymiar, jakaś część ludzkiej istoty umykała mi dotąd. Wśród tych, którzy zareagowali na moją chorobę, byli i tacy, których w życiu bym o to nie podejrzewał, których głęboko nie lubiłem, wręcz nie cierpiałem albo nimi gardziłem. Nie czuję się przez to winny, tylko jakby dotąd półślepy.

Ile ta terapia ma kosztować?

Jedna taka sesja miesięczna kosztuje około 40 tysięcy złotych. Czekają mnie przynajmniej trzy, czyli 120 tysięcy. Do tego dochodzą jeszcze koszty wszystkich preparatów, czyli osiem tysięcy złotych, plus wszystkie uboczne koszty: przejazdy, telefony, do tego może dojść naświetlanie, chemia.

Czyli wszystkie koncerty i kwesty mają dla Pana wymiar prawdziwego ratunku?

Absolutnie. Żyłem z roku na rok, z dnia na dzień, kiedy były lepsze lata, to nie musiałem pożyczać pieniędzy od znajomych, a w gorszych zaczynałem zarabianie od zwracania długów. Życie na tak zwany styk. Gdyby nie te pieniądze, to nie stać by mnie było na tę terapię.

Podoba się Panu Jego nowy głos?

Jest dziwny, nie mój. Zastanawiałem się nawet, czy następna płyta nie będzie się nazywała “Szeptem”. Nie przeszkadza mi, ale mnie irytuje, ponieważ nie jest moim naturalnym głosem.

Pamięta Pan moment postawienia diagnozy?

Byliśmy z moją Panią w warszawskim szpitalu na Banacha. Lekarz w sposób naturalnie powściągliwy, bez specjalnego współczucia, roztkliwiania się, powiedział nam, że to jest naciek nowotworowy, że trzeba będzie to wyciąć podczas skomplikowanej operacji. Mówił: “Niech się Pan koniecznie ubezpieczy, bo to będzie kosztowało co najmniej 70 tysięcy złotych, no, a potem oczywiście chemia, naświetlanie, straci Pan włosy, na to się trzeba przygotować”. Przyjąłem to z kamienną twarzą, nie wiem, czy tak byłem wychowany, czy lata ról publicznych mi w tym pomogły. Potem bynajmniej się nie załamałem, a wręcz przeciwnie, pomyślałem: “Byle pierdołą się nie będę przejmować, dam sobie z tym radę”. Ostateczne wyniki odbierali moi znajomi w Warszawie i moja Pani mi o nich powiedziała, że to jest rak, i to złośliwy. Ona pierwsza powiedziała: “Spokojnie, ty sobie ze wszystkim dasz radę, a jak nie, to sobie razem damy radę” . Razem z siostrą siadły do Internetu i zaczęły szukać rozwiązań.

A Pan pił wino.

A ja piłem wino i leżałem na kanapie. Oddawałem się wahaniom nastrojów i serfowałem po czarnej otchłani swojej wyobraźni.

Gdy jest się chorym na chorobę śmiertelną, można nie myśleć o śmierci?

Chyba jestem z natury takim pogodnym fatalistą, nie tracę zbyt wiele czasu na myślenie o tym, co by było gdyby. Poza tym jednym z warunków wyzdrowienia jest przekonanie, że to się uda. Lekarze austriaccy zalecają mi pozbycie się stresów, z odłożeniem pracy twórczej włącznie. Poza tym nieźle się czuję, mimo że nie mogę łykać, co jest pewną perfidią losu. Funkcjonuję w miarę normalnie, czytam książki, oglądam telewizję, mundial.

Kto Pańskim zdaniem wygra mistrzostwa?

Niestety, Niemcy. Przeczołgają się.

Krajowe serwisy informacyjne Pana nie denerwują?

Słucham ich jednym uchem. Już mnie tak bardzo nie obchodzą, to już mnie nuży, bo już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Ani negatywnie, ani pozytywnie, a i forma też już się powtarza. W tej tyrolskiej klinice żyję w sytuacji żywcem wziętej z “Czarodziejskiej góry” Manna, klinika na górskiej hali nad miastem, z niesamowitymi widokami, grupa pacjentów i lekarzy w bardzo rodzinnych stosunkach. Cały ten świat z samobójczymi czy morderczymi skłonnościami wydaje się niesłychanie daleko. Nie chce się do niego wracać.

Jak jeszcze choroba zmieniła Pańskie patrzenie na świat? Słońce świeci inaczej?

Może trochę mocniej? Jednak przede wszystkim po raz pierwszy od 20 lat nie żyję na wysokich obrotach, od dzieła do dzieła, od występu do występu, od rozpoczęcia książki do wydania książki. To jest mój pierwszy urlop. W tej chwili nie wolno mi pracować, no i nie ma kawy, nie ma red bulla, nie ma alkoholu, papierosów. Nie ma tego wszystkiego, co towarzyszyło życiu na wysokich obrotach.

Pustka?

Nie ma jej, bo są książki, jest życie rodzinne, urodziło mi się 10 psów. Natomiast muszę się przyzwyczaić do braku haju, adrenaliny, że można wszystko zrobić, ale bez tej gorączki, w sposób niesłychanie spokojny. To jest trudne. Mam poczucie jakby kastracji.

Wolniej Pan myśli?

Chyba tak, czytam wolniej.

Zmądrzał Pan?

Za wcześnie o tym mówić, jeśli człowiek w ogóle może mądrzeć po czterdziestce. Szukam w ludziach pozytywnych cech, może to jest element mądrości, której wcześniej nie miałem.

O Pańskie zdrowie martwią się Wałęsa, Krzaklewski, prezydent, wielkie gwiazdy. Nie popadnie Pan w pychę?

Już nie mam takich artystowskich złudzeń, cieszę się, że mam przyjaciół, którzy mi pomagają.

Nie jest Pan dobrem narodowym?

Jestem istotny dla paru młodych ludzi, dla nich jestem okularami na sztukę, historię i pewien rodzaj wrażliwości, ale takich złudzeń nie mam. Nie ukrywam, że moja próżność została bardzo mile połechtana czy nakarmiona. Człowiek lubi być uznawany. A przy okazji tej choroby nasłuchałem się też miłych rzeczy. Przyjmuję to jednak jako zdarzenia około chorobowe.

Piotr Najsztub
"Przekrój", 25 VI 2002r.