“Ja nie jestem wyrazicielem nastrojów społecznych, lecz wyrazicielem samego siebie”

///“Ja nie jestem wyrazicielem nastrojów społecznych, lecz wyrazicielem samego siebie”
“Ja nie jestem wyrazicielem nastrojów społecznych, lecz wyrazicielem samego siebie”2015-08-28T21:16:53+00:00

– Zbliżamy się do 13 grudnia i decyzji pozostania na Zachodzie.

– Tak, wówczas Rada Państwa decydowała czy Mikołajska wyjedzie, czy nie. Zdecydowała, że nie. Przemek i Zbyszek oczywiście też nie przyjechali. (Patrz fragment wywiadu zawarty w śpiewniku “POMATONU” pt. “Muzeum”). Koncert się odbył z ogromnym sukcesem, ale niestety, już o 5 rano dowiedzieliśmy się o stanie wojennym. I właśnie stąd bierze się moje pozostanie na Zachodzie. Prócz kilku działaczy – byłem jakby takim najbardziej publicznym przedstawicielem Związku. Natychmiast, nazajutrz dosłownie, zaczęły się rozmowy na temat stworzenia Komitetu Poparcia “Solidarności”. Dla mnie było oczywiste, że muszę się w to włączyć. Poza tym po jakimś tygodniu zaczęli z Polski wracać zagraniczni, z którymi miałem kontakt. Ze wszystkich ich relacji wynikało, że powinienem zostać na Zachodzie i robić to, co robię, a potem się zobaczy. Po pół roku pracy w Komitecie “Solidarności” w Paryżu, Seweryn Blumsztajn podsunął mi myśl, że może lepiej by było, gdybym zamiast angażować się w sprawy biurowe (siedzenie przy telefonie, czy jeżdżenie po wiecach związkowych po całej Francji) – podróżował po świecie do środowisk polonijnych i śpiewał, zagrzewał do boju oraz opowiadał ludziom, którzy nigdy nie widzieli Polski Ludowej, a tym bardziej “Solidarności”, jak to naprawdę było. I od tego czasu, tj. od wiosny ’82 robię to do dzisiaj. Poza tym w maju lub czerwcu ’82 zwrócił się do mnie Zdzisław Najder z propozycją współpracy z Radiem Wolna Europa w postaci kwadransu wypowiedzi autorskiej do młodych ludzi w Polsce. Zgodziłem się i przez półtora roku byłem współpracownikiem RWE. Po prostu gdziekolwiek byłem, w USA, w Kanadzie, (mieszkałem wtedy w Paryżu), czy na koncertach, przesyłałem swoje kwadranse lub przyjeżdżałem do Monachium i nagrywałem je. Natomiast w marcu ’84 roku przyjąłem etat i od tego czasu jestem w Monachium.

– Model Twojej twórczości, uformowany przed opuszczeniem Polski, znacznie odbiega od tego, co stworzyłeś na Zachodzie. Czy nie obawiasz się, że Twoja obecna i przyszła poezja będzie oderwana od nastrojów, od oczekiwań w kraju, że będzie to pusty dźwięk i dumanie na “paryskim bruku”?

– Bardzo możliwe, tylko że tego rodzaju problem wynika z dosyć fałszywego podejścia do mojej osoby. Ponieważ byłem tak popularny, potraktowano mnie jako wyraziciela nastrojów społecznych. A ja nie jestem wyrazicielem nastrojów społecznych, lecz wyrazicielem samego siebie. Toteż jeżeli jestem w Australii i podoba mi się kangur, a mam z nim jakieś skojarzenia zupełnie abstrakcyjne, które nawet są oderwane od nastrojów społeczeństwa polskiego, to ja będę pisał i śpiewał o tym kangurze. Tam oczywiście będzie ślad mojej polskości, ślad moich poprzednich doświadczeń, ale naprawdę będzie to dla mnie równie prawdziwe jak piosenka o Rejtanie. Odpowiadam osobiście za wszystkie swoje piosenki, gotów jestem się spowiadać, czy odpowiadać na zarzuty odnośnie każdego mojego tekstu, natomiast rezerwuję sobie prawo pisania tego, na co mam ochotę i wyłącznie tego. W podziemnym piśmie “Karta” ze stycznia ’85 roku ukazał się taki zarzut pod adresem J.Kelusa, J.Kleyffa i mnie (trzech panów J.K.), że owszem popularni, ale w miarę upływu czasu popadli w “artyzm” (oczywiście w negatywnym sensie), zaczynają pisać o sobie i żaden z nich nie stał się bardem narodu polskiego, nie stworzył piosenki, którą by się wszędzie śpiewało, którą by wszyscy znali, itd…. Jeśli to prawda, to bardzo dobrze, dlatego, że każdy z nas (znam i Janka i Jacka) jest człowiekiem, który reprezentuje przede wszystkim samego siebie. I nie jest jego obowiązkiem, wyrażanie społecznych odczuć i nastrojów, gdyż są to zadania dla zawodowych autorów od hymnów i pieśni!

– Czy mógłbyś powiedzieć kilka słów o atmosferze Twoich występów na Zachodzie?

– Ze wszystkich tych koncertów, które odbyłem w ciągu tych pięciu lat, wyniosłem jeden bardzo pozytywny wniosek, pozytywną naukę, której nie miałem okazji zdobyć w Polsce. Mianowicie szacunek dla publiczności i pewną pokorę. Ponieważ w kraju już po bardzo krótkim czasie traktowano mnie jako wyraziciela myśli pokolenia, idola, barda… woda sodowa szybko uderzyła mi do głowy. Czułem się wtedy tak pewny siebie, tak nieomylny (przypuszczalnie tak, jak się czuje każdy 23 czy 24-letni człowiek, który gdzieś tam się sprawdził), że nie liczyłem się ze zdaniem ludzi, którzy mówili mi na temat moich piosenek, uważałem, że ja wiem lepiej. Znamiennym był także fakt, który wydarzył się podczas koncertowania w Australii. To była bardzo zabawna historia. W przeddzień mojego pierwszego występu przedstawiono mnie jednemu z bardzo wysoko postawionych przedstawicieli Rządu Londyńskiego na Australię. Był to starszy, godny pan, który uścisnął mi gorąco dłoń i patrząc mi ciepło w oczy, powiedział: “bardzo mi miło pana poznać, panie Kaczmarkiewicz. Pan bardzo dużo zrobił dla sprawy polskiej, a pańskie nazwisko jest powszechnie znane”. Śpiewanie dla ludzi spoza kraju, wymaga wyjaśnienia kontekstów politycznych (które sam jednocześnie sobie wyjaśniałem, wynajdując w nich wiele luk i nieścisłości). A poza tym musiałem sobie narzucić nowy styl pracy, nad formą ekspresji, nad układem występów, itd., bowiem po trzech latach współpracy ze Zbyszkiem i Przemkiem, znalazłem się na scenie sam. Wydaje mi się, że takie koncerty, jakie miałem w Izraelu, Australii, Stanach czy Kanadzie – to były dla mnie rzeczy nie do zastąpienia. Oczywiście, że myśląc w sposób sentymentalny, wiem, że nigdzie nie będę miał takiego koncertu, jak np. w Barbakanie, w hali “Wisły”, czy w Teatrze Starym w Krakowie. Osobny rozdział to publiczność polonijna, składa się ona z identycznych warstw ludzi, którzy przychodzą na koncerty, jak w Polsce: z większości, która przychodzi, no bo wypada przyjść na Kaczmarskiego; z pewnej grupy ludzi, która przeżywa to w sposób emocjonalny i jest jakby motorem odbioru całej sali (tych, którzy klaszczą, krzyczą, proszą o jeszcze), no i z – przykro powiedzieć – niewielu, którzy naprawdę wiedzą, o co mi chodzi, którzy mnie rozumieją do końca. Kiedyś nawet napisałem tekst, którego nigdy nie śpiewałem – o publiczności i tam ktoś mówi, że “bardzo mi się podoba “Synagoga” choć jestem antysemitą”, ktoś inny: “nie daj się porwać do lotu, trwa odstrzał bażantów”… itp. Chodzi o to, że wciąż szufladkuje się mnie, w jakiejś tam szufladzie narodowo-romantycznej, albo w szufladzie antysowieckości czy prorosyjskości… Może to być częściowo prawdą, ale to nie są rzeczy, którymi ja się zajmuję.

Niektórzy z kolei odbierają moje koncerty wyłącznie emocjonalnie; jedna pani po koncercie powiedziała “ach, panie Jacku, jak ja lubię chodzić na pana koncertu, bo pan się tak poci i charczy”, inna z kolei: “panie Jacku, jest pan moim największym odkryciem po… Koconiu!” (Są to same komplementy oczywiście). To wszystko byli ludzie, którzy mnie oklaskiwali. Nauczyło mnie to dystansu do mojej własnej ważności, dystansu, którego nie miałem w Polsce. Nauczyło również pisania, z większą rezerwą do własnych pomysłów. Z jednej strony, jest to złe, bo blokuje naturalny impet wyrazu (z wiekiem zresztą, przychodzi osłabienie wiary w genialność wszystkiego, co się wymyśli), ale z drugiej strony jest dobrze, bo rzeczywiście teraz każde słowo czy każda nutka jest godna zastanowienia.

"Przekaz" nr 1, IV 1985r.

Nadesłał: Thomas Neverny
Przepisał: Mateusz Wlazło