Był idolem…

Był idolem…2015-08-29T00:31:57+00:00

Był idolem. Miał poczucie misji. Otwierał ludziom oczy na świat sztuki. Mówi Jacek Kaczmarski. Od lat przebywa za granicą, ale emigrantem czuje się od niedawna. Udało mi się wciągnąć kolejne dusze w świat symboli, którymi rozmawiają ze sobą pokolenia.
Całe jego dojrzałe życie to emigracja. Monachium. Dziesięć lat w rozgłośni Radia Wolna Europa. Gdy zamknięto tam RWE, osiadł z rodziną na stałe w Australii. O powrocie do Polski i do zawodu piosenkarza myślał tylko przez ułamki sekund.

– Dla mnie – mówi – to już nie było atrakcyjne. Śpiewając przez kilkanaście lat utwory zakazane, miałem poczucie misji ! I nie uśmiechała mi się teraz rola jednego z wyrobników sceny, choć mój pierwszy koncert przyjęto tu znakomicie. Lecz już nic w tym nie było z magii, której tak potrzebuję, by nadal pisać.

Australia: stale kawał nieba nad głową. Dla Jacka to nieskończona wolność. Bajkowy kraj. Jako chłopiec marzył o życiu w świecie baśni, pełnym dziwnych roślin i zwierząt. O wiecznej wędrówce przez pustkowia:
– Wszystko to – mówi – mam teraz. Przejechałem już 30 tysięcy kilometrów po zachodniej Australii , niewyobrażalnie pięknej. Nie wiem, jak się to “przetłumaczy ” na moją twórczość, ale najważniejsze jest to, co przeżywam w wieku 40 lat. Wracam właśnie z okolic Esperance, dla wielu to najpiękniejsze miejsce na tej planecie. Ocean – spowolniony ruch fal i widać archipelag wysp Recherches, odkryty i opisany 200 lat temu przez francuskiego admirała . A za horyzontem już tylko Antarktyda, czyli naprawdę koniec świata. Tam jest taki układ skał nadmorskich, że odbijają głos oceanu. Wydawało mi się, że jestem pod wodą. Wierzę w magię takich miejsc i aborygeni słusznie uważają je za święte, nietrudno tam o rozmaite uniesienia duchowe. Australijczycy świetnie to rozumieją i turystom wcale nie ułatwia się tam dostępu.

Jednak tak naprawdę zachwyca Jacka wzajemna tolerancja i życzliwość ludzi.
– Kiedyś – mówi – stwierdziłem, że Australia to kraj 18 milionów Owsiaków – wszyscy tam jakby postanowili nie uprzykrzać sobie życia i potrafią jeszcze zwyczajnie się uśmiechać. Ekspedientka w sklepie każdego szczerze wita: ” Jak się dziś miewasz ?”, ” Jak ci idzie ?” Kiedy zamówić do domu rzemieślnika, swą pracę wykonuje bez poczucia niższości. Wszystko to wynika z zamożności tego państwa, z rozsądnej organizacji życia społecznego i z rozsądnej od dwudziestu lat polityki wielokulturowości, której współautorem był zresztą Polak. Europa to zapiekłe od setek lat problemy narodowościowe, przesuwanie granic, wojny, co w psychice Europejczyków pozostawiło głęboki ślad.
Australijczycy co prawda, też mają burzliwą historię, lecz ich udział w konfliktach światowych był marginalny. Pamiętają swój udział w kampanii afrykańskiej i w wojnie w Wietnamie, której wielu się wstydzi, ale wielu do dziś jeździ ze stickerem na samochodzie: ” Byłem w Wietnamie i jestem z tego dumny !”. Przeciętny Australijczyk o świecie wie wszystko. A spotkałem farmera, mieszkającego niemal na pustyni z żoną i kangurem. Miał 30 tys. owiec i 7 tys. krów. O Polsce wiedział wszystko, Polska bowiem handluje z Australią owczą wełną. O rynku europejskim też, wszak jego córka studiuje w Paryżu. O upadku komunizmu wiedział dużo więcej niż przeciętny Polak, także o zagrożeniu nacjonalizmami i o rynku euroazjatyckim. A jednak w oczach Polaków Australijczycy są nieco naiwni. Ich naturalność uważamy za naiwność.
– Australijczycy – mówi Kaczmarski – wierzą, że język służy do komunikacji, nie zaś do wzajemnego okłamywania się. Wierzą więc w to, co im się mówi. Kiedy psy poznają się na plaży, zaraz potem właściciele psów, podając sobie rękę, pytają: skąd jesteś ? co robisz ? Bez podtekstów. W odpowiedzi można fantazjować, ale po co ? I to mnie zafascynowało.

Tu dla Jacka szokiem są tłumy na ulicy. Tam jeśli chce, widuje co dzień dwóch, trzech sąsiadów, albo nikogo. Gdy wyjeżdża z Perth w głąb kraju lub na wybrzeże wie, że nie spotka ani jednej osoby. Dla niego to rozkosz, że nie jest za ciasno, co sprzyja tolerancji i życzliwości. Jego zdaniem, Australia to raj dla włóczęgów – dla wszystkich poszukujących cudowności świata. Sam znam Polaka , który mieszka tam już 50 lat i co roku aż trzy miesiące przeznacza na odkrywanie niezwykłych miejsc tego kontynentu, ale dotąd wielu okolic jeszcze nie widział.

– Tam – opowiada Jacek – nikt nie usiłuje, jak w Ameryce, wtopić się w tłum. Dlatego tak łatwo tam w głębi kraju, wręcz na pustyni, spotkać fantastycznych ludzi, którzy swobodnie swe “dziwactwa ” realizują.
Pewien człowiek co dzień na plaży buduje z piasku repliki sławnych dzieł architektury Europy po to, by wieczorem zobaczyć, jak fale przypływu niszczą jego misterną budowlę. Ale nikt się nie puka w czoło.
Filozofia życia jest prosta: domek, ogród, wychowanie dzieci. Żadnych ekstrawagancji. Wzbogacić się i to jak najszybciej ? Absurd! O tym marzy niewielu. Zmienić meble, samochody? Pusty śmiech. Bo po co? Tam nie istnienie taka – jak w Europie i Ameryce – presja ogólnospołeczna. Tam człowiek żyje w zgodzie z rytmem wschodów i zachodów słońca, przypływów i odpływów oceanu. Sam Jacek wstaje o piątej rano, by posiedzieć w ogrodzie. Potem pływanie – w osiedlowym basenie albo w oceanie . Zabawy z psami. I dwie godziny codziennych rozmów z żoną – pozwala to rozładować potencjalne konflikty. Telewizor włącza się po 20, jak wszyscy Australijczycy. Ale o tej porze cała rodzina Kaczmarskich już zwykle śpi.
– To kraj – mówi – w którym chodzi się spać z kurami.
Pod Perth mają zwykły parterowy bungalow. Trzy sypialnie. Pokoik córki. Salon będący – według australijskiej mody – równocześnie z kuchnią, aby kobieta, gotując, nie traciła kontaktu z gośćmi . Nieduży ogród, jakieś czterysta metrów kwadratowych. Poprzedni właściciel domu pozostawił ten ogród tak zadbany, że gdy kilka roślin zwiędło, przerażeni Kaczmarscy szybko nauczyli się podstaw ogrodnictwa . Jacka tak to wciągnęło, że dziś sam już czasem przywozi nowe rośliny z buszu i sadzi ,z dumą je potem obserwując. Kusi go też rybołóstwo oceaniczne.
– Byłem już – mówi – na takich wyprawach. Gdy pode mną jest stumetrowa głębina, a w niej dziwne potwory, mam zawsze poczucie innego wymiaru. Z przyjaciółmi płetwonurkami schodziłem też już z butlą pod wodę i przewartościowało to cały mój pogląd o rzeczywistości. Świat podwodny to świat do odkrycia. Nad oceanem mam jeszcze większe niż nad morzem poczucie niskości. Już Conrad tak boleśnie określił Bałtyk: błotnista kałuża. I To jest cała różnica ! Gdy wychodzę z oceanu, myślę o tym, że najbliższy zamieszkały ląd to Afryka. I zachwyca mnie potęga zjawisk na niebie, te wschody i zachody, niespotykane gdzie indziej układy chmur. Większość Australijczyków, przebywając w Europie, za tym właśnie tęskni. Zachłannie więc tam podróżuje. Z żoną Ewą i z 9-letnią córką Patrycją, czasem też z 13-letnim synem z Monachium – z pierwszego małżeństwa. – Ewa nauczyła mnie kochać – mówi – Gdy w 1984 przyszedłem do wolnej Europy , już tam pracowała. Pomogła mi w moich prywatnych walkach z samą sobą, w rozwiązaniu problemów osobistych z poprzednią żoną. Nauczyła mnie reżimu finansowego. Ewa to osoba, o której myślę, gdy zastanawiam się nad sensem tego, co zamierzam zrobić, napisać.
W Australii co rano 3 -4 godziny przeznacza na pisanie – rozwija pomysł, który wcześniej wpadł mu do głowy. Stosuje metodę grecką: Co dzień choćby jedną kreskę napisać.
– Tam – mówi – nieobecna jest mi dyscyplina. Dziwne, co ? Rodzina twierdzi, że po wyjeździe z Monachium bardzo się uspokoiłem. Dawniej przecież byłem kłębkiem nerwów i furiatem – moja sztuka była dynamiczna, dziś jest refleksyjna. Sam nie wiem, czy w Australii tak złagodniałem, czy to raczej kwestia wieku? Mając czterdziestkę, inaczej patrzy się na świat, z dystansem, z rozwagą. Tam zresztą rzadko występuję, aby nie znużyć Polonii. Ponadto – Australia to mój prywatny azyl. Gdybym często występował, musiałbym w końcu włączyć się w życie polskiej emigracji, a takich ambicji nie mam. Gdy tam przyjechałem, 17-tysięczna Polonia w Perth ciekawa była, jaką to ważną funkcję chcę objąć jako tzw. człowiek z nazwiskiem. Gdy okazało się, że żadną, długo dyskutowano, co też się za tym kryje.

Jacek żyje z tantiem, wspomagany przez system opiekuńczy.
– Z żoną – wyjaśnia – jesteśmy rezydentami Australii. Gdy więc brakuje nam środków na utrzymanie, mamy prawo zgłosić się do urzędu opieki społecznej, który nam wypłaca określoną sumę. Oczywiście, łączy się to z obowiązkiem szukania przez nas pracy, co dla osób w średnim wieku po prosty nie jest przyjemne. Z zasiłku korzysta więc już tylko żona, jako kobiecie wychowującej dziecko zwyczajowo się on należy. Tantiemy z moich płyt i książek oraz honoraria z koncertów pomagają nam przeżyć. Ukazał się już ” Świat do góry nogami ” – Patrycja opowiadała mi swoje zmyślone i autentyczne przeżycia australijskie, bo świat dziewięciolatki jest mieszaniną fikcji i rzeczywistości. Ja te historyjki notowałem, ona zaś dopisywała potem bajkę lub przypowieść. A że dziecko jest złośliwe i dowcipne, nasza przeprowadzka – dla dorosłych obfitująca niemal w same stresy – widziana jej okiem, okazała się bardzo śmieszna. Ale to książka w istocie o tym, jak – poprzez zmianę miejsca zamieszkania – ludzie stają się kimś innym.

Śpiewa od 20 lat i wciąż gromadzi tłumy. Uwielbiany przez nastolatków i profesorów uniwersytetów, przez urzędników, sprzątaczki, gospodynie domowe i kierowców taksówek. Kiedyś jego ” Mury ” były jak hymn – ludzie słuchali stojąc. Ze łzami. Dziś niektórzy mówią wprost: W stanie wojennym Kaczmarski powinien był tu być z nami, a on 13 grudnia 1981 roku nie wrócił. Inni twierdzą: To nonsens ! Byłby głupi , gdyby wtedy wrócił.
– Sam nie wiem , czy byłby to nonsens. Będąc wówczas poza Polską – powiada – wiele zrozumiałem, czego niestety nie można powiedzieć o paru osobach, które wtedy były Polsce i dziś wszystko widzą przez pryzmat własnej martyrologii. Już nie umiem z nimi rozmawiać. Niewątpliwie jednak straciłem wtedy kontakt z emocjami, które stanowiły napęd mojej ówczesnej twórczości. Trudno mi z kolei żałować połowy swego życia, też przecież twórczego.

Był idolem. I naprawdę go kochano. Gdy był dzieckiem, rodzice uczyli go dystansu w stosunku do wielu zjawisk, do polityki, którego potem uczyli się jego fani.
-Ale ja – twierdzi Jacek – najbardziej się cieszę, gdy ludzie po koncercie przychodzą i mówią mi teraz, że otworzyłem oczy na świat sztuki. Bo dystans to uniesienie się ponad odruch, ponad własne egoistyczne doświadczenia i próba odnalezienia w swych przeżyciach bardziej uniwersalnych praw. A ja miałem jako artysta rolę społeczną – jeśli taka w ogóle istnieje – udało mi się wszak wciągnąć kolejne dusze w obszar języka i kultury, w świat symboli, którymi rozmawiają ze sobą pokolenia. Wydobywałem młodych ludzi, nastolatków, z języka doczesności i doraźności. Ktoś mi mówi, że dzięki mojej piosence ” Rublow ” zainteresował się malarstwem, ikonami. Ktoś inny – Aleksandrem Watem, ktoś jeszcze – Graalem. Ktoś powiedział: “Strasznie mi się podobały piosenki , ale wielu słów nie rozumiałem i wertując słowniki , szukałem ich znaczenia “. A to znaczy , że ten człowiek był już uratowany dla świata myśli i ducha.

Jego nowy program ” Pochwała łotrostwa ” też ściąga tłumy, część potem mówi: to już nie TO ! Inni mu gratulują: – No Jacek, wreszcie zmądrzałeś, nabrałeś dystansu i piszesz prawdę o świecie .

– Wszystko to – mówi w zadumie Kaczmarski – jest kwestią indywidualnego podejścia do sztuki. Z obrazu Boscha można wysunąć wnioski na temat herezji czy natury Boga, albo – jak pani mówi – patrzeć i nic nie widzieć. Tekstów piosenek z “Pochwały łotrostwa ” pani Anna Ślusarz używa na lekcjach polskiego w szkole w Myślenicach. Grupa uczniów rozumie je tak, aż mam ochotę podskoczyć z radości. Lecz inna grupa twierdzi: ” Przyznał się, że bił pierwszą żonę. Skandal !” ,albo: ” Szarga autorytet papieża !” A chodzi przecież o odczytanie symboliki poetyckiej. Nie wszyscy to potrafią, ale z tego powodu nie mogę się obrażać.
Teraz śpiewa ” Jaką tu jeszcze żywić nadzieję ?”. Bo dziś liczy się tylko pieniądz i kariera. Ponad połowa Polaków w ciągu roku ani razu nie sięga po książkę. Słowo ” ideały ” budzi śmiech.
– Wszystko dlatego – mówi – że brakuje ludzi, którzy by swym życiem dali dowód, iż można być bezinteresownym, pięknym, pięknym wewnętrznie i uczuciowym. Wielu to deklaruje, przecząc zaraz własnym postępowaniem. Stąd nieufność młodych, stąd agresja. W Australii młodzież ulega manii gier komputerowych, ale tę pasję łagodzi nawyk korzystania z darów natury: nastolatki nurkują, surfują, biegają. Stan, w którym żyję w zachodniej Australii, jest sześć razy większy od Polski, lecz ma tylko trzy i pół miliona mieszkańców. Ale tam właśnie działał niedawno morderca, który pobił rekord świata w liczbie mordów w ciągu jednego dnia: zabił 36 osób. W Perth mamy teraz seryjnego porywacza dziewczyn. Tam nie jesteśmy bardziej odporni na drzemiące w człowieku zło, ale wszystkie napięcia zostają rozładowane w sposób dla otoczenia bezbolesny – przez zabawę. Są to proste zabawy o ludycznym rodowodzie. Każda społeczność urządza własne, istnieje więc nawet coś w rodzaju Karnawału w Rio, organizowanego przez zamieszkałych tam Latynosów.

Emigrant , czyli ile Polski w nim zostało ? Czy dziś, w każdej chwili mogąc przyjechać do Polski, czuje się emigrantem ? – To paradoks, ale – powiada – dziś dopiero czuje się emigrantem. Pracując w Wolnej Europie, żyłem stale w środku grupy ludzi mówiących po polsku, w najgorszym razie po czesku i rosyjsku – była to mini ojczyzna krajów okupowanych przez Sowietów. Ponadto słabo rozumiałem niemiecki, co tylko zwiększało poczucie izolacji. Teraz żyję na własny rachunek, otoczony przybyszami z różnych krajów, powoli przesiąkam językiem angielskim i czuję się stokroć bardziej oderwany od Polski, niż przez dziesięć lat w Monachium.
Ile Polski więc w Jacku zostało ? W jego piosenkach sprzed dwóch lat jest Wałęsa, Falandysz i Pawlak. – W książce – mówi – napisanej z córką niewiele jest Polski, ale jest polski język i polska mentalność… Zresztą przywykłem do tego, że w piosenkach zawsze mam rację, a jak coś mówię, to głupio. Poczekajmy raczej na mój następny program, który tu zaśpiewam, choć do Polski pewnie długo nie przyjadę.

"Przekrój", 1997r.