“Wspominam go jako człowieka o dużym apetycie na życie, bardzo pracowitego. Umiejętnie zmuszał mnie do pracy” powiedział PAP kompozytor muzyki do utworów wykonywanych przez Jacka Kaczmarskiego, jego najbliższy współpracownik Przemysław Gintrowski.

Pierwsza faza znajomości obu artystów przypadła na połowę lat 70. “Potem przez wiele lat żyliśmy z Jackiem jak małżeństwo; spędzaliśmy ze sobą sześć na siedem dni w tygodniu, byliśmy prawie ciągle razem” – wspominał.

“Jeśli dochodziło między nami czasami do jakichś spięć to właśnie na tym tle ? np. on wstawał o siódmej rano i brał się do roboty, a ja niekoniecznie” – powiedział muzyk.

Od 1981 roku Kaczmarski przebywał na emigracji – pracował m.in. w Radiu Wolna Europa, koncertował w Europie i Ameryce, a współpraca z Gintrowskim, który został w Polsce, nabrała nowego charakteru. “Każdy z nas grał osobne koncerty, ale graliśmy też od czasu do czasu razem. To nie był koniec naszej wspólnej pracy” – tłumaczył Gintrowski.

W jego opinii, “to była inna formuła współpracy”. “Nie robiliśmy razem kolejnego programu, ale napisaliśmy wtedy wspólnie wiele piosenek” – zaznaczył.

Po 10 latach nieobecności Kaczmarski wrócił do kraju. Zdaniem Gintrowskiego, to właśnie wtedy ich stosunki bardzo się ociepliły i stali się prawdziwymi przyjaciółmi. “Po tych dziesięciu latach okrzepliśmy, staliśmy się mężczyznami i nasza praca nie miała już znamion nerwowości, tak jak w końcu 70. i na początku 80. lat” – wspomina artysta.

We współpracy z Kaczmarskim nagrali kilka płyt: “Mury”, “Raj”, “Muzeum”, “Mury w muzeum raju” (kompilacja poprzednich płyt), “Wojna postu z karnawałem”.

“Mieliśmy w planach jeszcze wydać dwie płyty, ale się nie zdążyliśmy” – powiedział Gintrowski. – powiedział Gintrowski.

Przemysław Gintrowski

(PAP)

Jacek to był gość, który starał się czerpać z życia pełnymi garściami. Potrafił używać życia. Był tytanem pracy. Podczas wspólnych wyjazdów obserwowałem, jak w hotelu budził się o 7.00 rano i siadał do pisania. Wiem, że mimo choroby, do ostatnich chwil pracował bardzo intensywnie. Pisał kolejne wiersze.

Jacek zaczął śpiewać w drugiej połowie lat 70. Do wspólnych występów namówił nas Marcin Idziński, szef nieistniejącego już Teatru Na Rozdrożu. Na zamówienie tego teatru powstały właśnie “Mury”, od których rozpoczęliśmy naszą współpracę. Kiedy wybuchła “Solidarność”, wiedzieliśmy, że hasła przez nią głoszone są nam bardzo bliskie. Jacek okrzyknięty został bardem “Solidarności”, choć myślę, że to określenie znacznie ograniczało jego twórczość, podobnie jak określenie Zbigniewa Herberta: poeta polityczny. Kaczmarski był po prostu świetnym poetą. Kochał koncerty i lubił gdy go słuchano. Jeszcze parę lat temu potrafił przejechać maluchem na drugi koniec Polski, kiedy wiedział, że czekają na jego występ. Podczas jednego z koncertów w Harendzie pobił rekord świata, śpiewał przez pięć godzin.

Jeszcze przed chorobą Jacka mieliśmy wspólne plany. Postanowiliśmy napisać nowy program, tym razem o relacjach między kobietą i mężczyzną. Do udziału w nim zaprosiliśmy Bogusława Lindę. Choroba Jacka zweryfikowała te projekty, a jednak wciąż nie mogę uwierzyć w to, co się stało.

Przemysław Gintrowski

"Rzeczpospolita" nr 87 (6770), 13 IV 2004r.

Nadesłał: Piotr Uba
Przepisał: Szaman