|
Skandal!?Piszę ten artykuł, gdyż czuję się niejako zmuszony przez okoliczności do oddania prawdy o tym, co wydarzyło się 1.06 na Wieczorze Autorskim Jacka Kaczmarskiego. Zdając sobie sprawę, iż odczucia moje będą czysto subiektywne, postaram się wydobyć maksimum obiektywizmu ze zdarzeń, których byłem naocznym świadkiem.
1 czerwca 1990 roku godz. 2130 Zegar powoli, miarowo odmierza sekundy... sekundy. Już za chwilę będzie wśród nas. Zapewne przejdzie pospiesznie długim holem (nieco zagubiony, niepewny, otoczony grupą najbliższych współpracowników), potem zejdzie po schodach do kawiarni, gdzie już wszystko jest czekaniem, czekaniem na Niego. Mnóstwo świec, fantazyjnie udekorowana sala i stoły, pianino, nagłośnienie, przepych. Bóg jeden raczy wiedzieć, ile to wszystko kosztowało pracy, wysiłków, poświęcenia no i złotówek. Lecz w ogólnym rozrachunku wydaje się to teraz tak mało ważne. Liczy się to, że On tu zaraz będzie. Godz. 2200 Czekanie. Sala pęka w szwach. Strasznie duszno. Zdaje się, że są wszyscy ci, którzy powinni być na takim spotkaniu. Przedstawiciele Biura Kultury "Solidarności" zajmują honorowe miejsce w pobliżu stołu mistrza. Należy im się to. Przecież oni są teraz tymi, którzy zasiadają. Prasa rozrzucona zgodnie z kluczem po całym pomieszczeniu. Telewizja z mnóstwem sprzętu - sprawiają wrażenie, jakby ich nie było. Radio czyha na sensacje. No i przedstawiciele różnych środowisk twórczych. Kwiat nad kwiaty. Wszyscy mieszają się między sobą jak w gęstej zupie. Wydekoltowane panie w wytwornych toaletach, eleganccy panowie. Ileż w tym wszystkim pozorów i zakłamania! Godz. 2230 To już poważne opóźnienie. Dochodzą słuchy, że zasłabł na koncercie, że mu coś nie wyszło, że jest załamany, ale że postara się przyjechać. Ogólnie nikt nic nie wie. Zupa zaczyna powoli wrzeć. Armia osób żądnych zobaczyć osobiście mistrza, dotknąć go, usłyszeć, wygląda teraz jak przepuszczona przez wyżymaczkę. Wszyscy spoceni i stłoczeni. Od jakiegoś czasu co poniektórych nie stać już na pozory. Zaczynają się dyskusje. Solidny gwar. No i "Panie kelner: proszę jeszcze raz to samo tylko bez lodu". Godz. 2245 Nareszcie jest. Idzie dość szybko, energicznie, ale czuje się, że jest zmęczony. Wydaje się jakiś taki bliski. Mimo otaczających go ludzi nie czuje się obawy przed kontaktem z nim. Należy do tych ludzi, którzy stwarzają atmosferę poznania, pełną ciepła i otwartości. Owszem - dystans jest, ale jest to dystans podyktowany szacunkiem do osoby a nie sztucznie stworzoną fasadą. Schodzimy po schodach, zanurzamy się. Godz. 2300 Nikt nie zwrócił większej uwagi na to, że gość honorowy - co prawda grubo spóźniony - ale już jest. On zaś chyba nie poczuwał się do winy przed takim zgromadzeniem, więc nie padło żadne słowo wytłumaczenia. Wszystko toczyło się jak gdyby nigdy nic. Odczucie niesmaku, jakiejś pustki, jałowości. Sala przybrała minę pod tytułem "Kaczmarski, fajnie, że jesteś, ciesz się, że przyszliśmy". Zaczyna się dyskusja. Każde jego słowo to jak uderzenie siekierą o beton i to jeden z najtwardszych. Nikt nie ma odwagi na otwarte wystąpienie. Zaczynają się knowania, szmery, pomruki, tym ostrzejsze, im dalej osoba zapodająca tekst siedzi. W końcu jeden z panów, sprowokowany wyrzucił z siebie:
Gdzie pan był, gdy my tutaj walczyliśmy?,
Kaczmarski:
P.S
Nadesłała: Aleksandra Pietrzyk Przepisał: Mateusz Wlazło |