|
Drugim głosem
Klasyczna definicja prawdy w skrócie brzmi: zgodność z rzeczywistością. Dalej podręczniki
logiki klasycznej pouczają, że oceny moralne czy estetyczne nie dają się zakwalifikować jako
prawdziwe czy fałszywe.
Nowe teksty. Zaczynamy liczyć. Patrzymy Ci na ręce.
Około 17-tego roku życia wniósł się Jacek na swój pułap. Sunie równo. Nie zdarzają się
wypadki przy pracy. Wszystko co pokazuje, tak jakby samo dobro. "Sama wiesz, to pochłania dużo energii. I to jest ta sama energia". "Dostałem się do szuflady narodowo-patriotycznej. To mi czasem bardzo przeszkadza. Dla psychicznego luksusu śpiewam, wymyślam obyczajówkę, rzeczy ironiczne i wulgarne. W towarzystwie, po koncercie, śpiewam albo nie moje piosenki albo ulotne głupoty". ***
"Chcecie żeby Jacek to śpiewał?". Mamy już wszyscy trochę w czubie. Taaak. We wszystkich
towarzystwach, po rożnych koncertach, prawie te same piosenki Staszewskiego. Wulgarniątka.
Jak własne - to pastisze i improwizacja. Ciągnięcie łacha z Dylana i ten sam komentarz "nie
wiedzieć czemu gałki mu się obracały do tyłu...". "Poland, Solidarity". W małym gronie
wielbicieli i ciekawskich sztuczki aktorskie, spontaniczność rzekoma, jeszcze jeden sposób
bycia publicznego. Do koncertu parę minut, ludzie już na sali, chodzi po tłocznym korytarzu. Autografy obcym, bliskim, ledwie przypomnianym. Znajome z różnych czasów. Za kulisami ludzie się roją. Jedni chcą autograf, ktoś się na imprezę wprasza, ktoś pogania "mijać się, zwijać". Kobieta w czarnej bluzie ma jeszcze czerwone oczy. Tłumaczy się z nich w kolejce. "My jego taśm słuchamy czasem w 40 osób, w domu. Ludzie tym żyją. To dla nich takie ważne. "Niech im to pani powie". Ktoś doradza. Jacek obraca się. "Czy można pana dotknąć?" - pyta wprost i kładzie rękę na zielonkawej koszuli. "To zamiast tysięcy rąk". Padają jakieś imiona. "Bardzo tam do pana tęsknią! Czemu pana tam nie ma". Ja też żałuję - odpowiada Jej Jacek. ***
Każdy widzi tekstów mniej. Może jest i czas, ale nie taki, żeby większą rzecz zamierzoną zrobić. Tylko jest czas wyrwany ze spania, z siedzenia po nocach, po imprezach. Marnujesz się. My cię marnujemy. Siebie marnujemy. Nie pierwszy Ty, nie ostatni. Chociaż zawsze takich niewielu. Chociaż przynajmniej do podróży nie dokładasz, ubrania trochę lepsze. Brylantów w garderobie nie widać. Nawet w dwie godziny zrobisz wiersz. Ale by wyleżeć go, wypatrzeć na suficie, trzeba dobrego czasu, bez strachu przed zwykłymi troskami. Co byś musiał mieć żeby dostać taki czas? "Stypendium. Nie, poważnie. Minimum życiowe. Ale z drugiej strony, może to i jeszcze gorzej, poniżej przeciętnej. I to nie dobrze. Lepiej na razie, że coś się rodzi w kłopotach niż jak mu to podają na talerzyku ze szlaczkiem". Wielu go pyta, jak tworzy, jak to możliwe. Że tyle w głowie, mówią, że pęka. Słucha o tej swojej genialności od wielkich i zwykłych z całkowitą oczywistością. Nie wmówili mu tego. Od dawna to wie i czasem mu to zawadza, czasem się broni. "Jestem strasznie potoczny. To zabrzmi kabotyńsko - dobra. Ja się uwielbiam pospolitować z przeciętnymi ludźmi, ale to nie jest mój snobizm gombrowiczowski parobek, który się brata. Ja się z nimi naprawdę genialnie czuję. Ale dobrze się czuję z koryfeuszami. Z Walickim, Miłoszem. Może oni się ze mną też dobrze czują. Ja nie mam uprzedzeń do ludzi i lubię się z nimi kontaktować. I nie obchodzi mnie co oni o mnie myślą. Lubię z nimi rozmawiać. Bawić się, pić". Pospolite sprawy i osoby owocują obyczajówką, której coraz więcej na koncertach. Ale Jacek się broni. Historia jeszcze jest. "Cały czas siedzę w historii. I w końcu dalej piszę piosenki historyczne. Jest "Katyń", "Jałta". Ale nie mam już dla ich tworzenia powodu. Pisałem piosenki historyczne w Polsce głównie, bo była to po części działalność artystyczna, po części pedagogiczna. Rodzaj wykładu historii dla mojego pokolenia i dla młodszych ludzi. I wiem, że te moje piosenki historyczne dla ludzi, którzy wchodzą teraz w życie są ważne. Tutaj nie mam tej potrzeby. Napisałem "Jałtę" i "Katyń", bo akurat miałem wizję". Jałta i Katyń. Dwa historyczne trupy, które krążą po Zachodzie. Ustandaryzowane pojęcia. Powody do obchodów naszych krzywd.
"Wiesz, chyba, to tak było. Chciałem, żeby napisać o tym niestandardowo i chyba mi się to
udało. Z "Katyniem" była, jeśli tak powiedzieć, "ładna historia". Napisałem taki tekst
drastyczny, rozkładający się, pełno trupów, czaszek, z czego nota bene Staszek się nabija,
że napisze o mojej poezji - Jacek Kaczmarski "poezja czerepów i dżdżownicy". Otóż śpiewałem
ją w zupełnie innej wersji i w Australii na koncercie podszedł do mnie starszy pan. "Jestem
jednym z tych ludzi, którzy przeżyli przypadkiem Katyń. Józio Czapski. To jest potwornie
smutne i ponure".
A to dla nas brzmi jak zgrzyt. I jeszcze inne ciężary. "Samo pisanie wymaga wysiłku. Śpiewanie też go wymaga. Jeszcze pamiętanie tych ogromnych tekstów. W okresie Solidarności śpiewałem po pięć koncertów dziennie. A teraz śpiewam raz na rok. Takie turnée wymaga przygotowania. Muszę wybrać piosenki, przypomnieć sobie. Nauczyć się od nowa własnych tekstów". Wybrał sobie w końcu taką formę, czy nie? Z wyrachowania, że wprawdzie czasochłonna, ale masowa? Czy tez napatrzył się w dzieciństwie ochrypłego Rosjanina w ciężkich buciorach, śmierdzącego wódką, oblepionego przyjaciółmi? Wmawiali mu, że to przez Wysockiego, przez tych innych Rosjan. Świadomie nie wybrał. Jacek nie zaprzecza. "Nic sobie nie wybierałem. To zacząłem w okresie nieświadomości. Samo mi się pisało, śpiewało, a potem zostałem w to wciągnięty przez układ warunków".
O koncertowaniu były dwie rozmowy. Jedna na tak i druga na nie. Mówię, śpiewasz ludziom -
powielasz - kopia czasem jaśniejsza, czasem ciemniejsza. Czasem "pies" z piosenki wyje
dłużej, czasem żarty ci się trzymają. A Jacek na to "o nie nie, każdy koncert jest inny,
każdy przeżywam. Potwornie mi zależy, aby wypaść najlepiej". Przyglądamy się Kaczmarskiemu przez lata. Trzęsiemy się o to, że łeb zetrze albo zapije albo roztrzaska. W końcu, czy mu się to podoba, czy nie, jest ani dla siebie, ani dla rodziny, ani dla kolegów, ani dla wczorajszego publiczności. Jest jednym z tych kilku, którym przydarzyło się pisać naszym językiem. Należy do języka, jego najlepszych momentów. Krąży na szczęście wokół Jacka tyleż destruktywnych, co konstruktywnych sił. Towarzysze nocnych zabaw ledwie na widowni żyją, a on po 2, 3 piosenkach przywraca sobie tyle mocy, by zatrzymać czas tym ludziom na widowni, odebrać im chęć konwencjonalnego klaskania. Ale to dla Jacka jeszcze mało. Coś się w końcu musi zmienić. Co się zdarzyło przez ostatnie cztery lata?
"Tysiące problemów miałem, głównie rodzinnych. A poza tym. Pływałem jak korek na fali. Czy
pisałem, czy śpiewałem, czy się wygłupiałem to nie kontrolowałem tego. Chciałbym część
przynajmniej życia kontrolować i planować". "Zauważyłaś, tworzywem moim są zwykle przedmioty nierzeczywiste. Rzeczywistość już przetworzona. Obraz, film, czyjś wiersz. Czyjeś opowiadanie. Nauczono mnie szacunku do tych twórców. Pociągają mnie twórczo bardziej niż to co sam wypatrzę. Wplatam się wtedy w ciąg wytworów ludzkich, podaję je dalej".
Wpada do pokoju cała hałastra. "Co się panu przydarzyło na koncercie?". "Dziś tak poraził
nas pan swym śpiewem" przedrzeźniają.
Artykuł często odnosi się do drugiego tekstu autora - wywiadu z Jackiem Kaczmarskim pt: Ojczyzna to jest tylko ślad stopy odbity na piasku Nadesłał: Michał Stanek Przepisała: lodbrok |