Wszystko co zaśpiewał

Wszystko co zaśpiewał2015-08-24T21:45:34+00:00

Nikt nie może przeskoczyć swojego cienia, ale poeci przeskakują swoją śmierć.

Jeszcze nie potrafię tego zrozumieć, choć minęło tyle dni. Nie potrafię się z tym pogodzić. W Wielką Sobotę, 10 kwietnia, odszedł Jacek Kaczmarski. Nigdy nie będę w stanie tego zrozumieć, nigdy nie będę potrafił się z tym pogodzić. Kiedy odchodzą ludzie, którzy tak wiele znaczyli dla kultury, pogodzić się z tym jest trudno. Kiedy w dodatku są to bliscy przyjaciele, jest: jeszcze trudniej. By nie powiedzieć, że to po prostu niemożliwe. Jacek za życia posmakował nieśmiertelności. Stał się żywą legendą, Nieszczęście polegało na tym, że ta legenda przysłoniła człowieka. Znali go wszyscy, a tak naprawdę nie znał go prawie nikt.

Jego niebywała popularność zaczęła się na początku lat 80., podczas wielkiego karnawału Solidarności. Potem była emigracja – jego głos docierał do nas z trudem, z Radia Wolna Europa, przebijając się przez ryk zagłuszarek. Pierwszy koncert po powrocie zagrał dla przyjaciół, w redakcji “Gazety Wyborczej”. Przyznam, że bałem się tego powrotu. Bo był wtedy nie tylko jedną z najpopularniejszych postaci w Polsce. Był także zaszufladkowany – bard Solidarności. W takiej sytuacji łatwo pójść na łatwiznę, na odcinanie kuponów. To kusi. Bez końca grać “Mury” – których przesłania, jak nie bez racji twierdził, nikt nie rozumiał – bez końca pławić się w uwielbieniu i oklaskach. Ale niedługo potem z ulgą zauważyłem, jak bardzo się pomyliłem. Jak małodusznie go nie doceniłem. Jacek bowiem wykazał się wielką odwagą artystyczną. Nie chciał żyć w ciasnej szufladce, poszedł na przekór wielbicielom. – Oni mnie mają za tekściarza, za taką małą małpkę, za swoją własność. Mam wyjść, ukłonić się, zaintonować “Mury” i jeszcze raz się ukłonić – skarżył mi się dokładnie 10 lat temu. Bał się, że prawie nikt nie widzi, że on ma coś ważnego do załatwienia. Ze sobą, z Polską, ze światem, z Bogiem wreszcie. Bo prawda jest taka, że Jacek nie był przede wszystkim bardem Solidarności. To stało się jakby obok, bez jego udziału, mimochodem. Był przede wszystkim znakomitym poetą, obdarzonym wyjątkowym słuchem językowym.

Ostatnie lata życia Jacek spędził w Gdańsku. Dom, w którym mieszkał ze swoją Panią, był wspaniałym miejscem, pełnym radości i ciepła. Miejscem zawsze pełnym przyjaciół. Kiedy dowiedzieliśmy się o jego chorobie, o raku, byliśmy zszokowani. W obliczu ciężkiej choroby osób bliskich zawsze stajemy bezradni i bezbronni. Bo tak naprawdę, mimo najszczerszych chęci, nie możemy pomóc.

Ale, jak mi się wydaje, Jacek przejmował się swoim stanem najmniej. W otoczeniu przyjaciół czuł się jak ryba w wodzie. Właściwie nie było tygodnia, by nie skrzykiwał nas na jakieś skromne przyjęcie. Piliśmy wódkę, oglądaliśmy mecze w TV, śpiewaliśmy jego piosenki. A on, siedząc na kanapie, nierzadko pompował w siebie wino przez sondę żołądkową. Teraz podejrzewam, że tymi przyjęciami zaklinał chorobę, zaklinał czas, który był mu jeszcze dany. Imponowało mi, z jak wielką wiarą i determinacją walczył z chorobą. Nie pamiętam, by kiedykolwiek uśmiech schodził z jego twarzy. Ale też doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam pojęcia, co działo się w nim, kiedy wychodziliśmy, Kiedy zostawał sam, kiedy gasił światło. Co wtedy nim targało, co brało górę. Wiara czy zrozumiały, ludzki strach. I już nigdy się tego nie dowiem.

Jego choroba wyzwoliła w ludziach wspaniały odruch solidarności. Koncerty na rzecz Jacka, datki ludzi znanych i nieznanych, przyjaciół i obcych. Rozmiar tej społecznej pomocy miał swój nie tylko finansowy wymiar, miał także wymiar psychologiczny. I jemu, i nam wszystkim przywracało to wiarę w ludzi.

W chwili śmierci Jacek miał 47 lat. To mało dla kogoś, kto odchodzi. Szczególnie jak odchodzi w pustkę. Bo w jakimś sensie odszedł w pustkę, w nicość, skoro w rozmowie z “Przekrojem” powiedział: “Jestem zwolennikiem tezy Lema: nic nie było przedtem i nic nie było potem dla człowieka – bytu biologicznego” A w wierszu “Tunel” napisał: “tutaj wszystko, co piękne, wszystko, co straszliwe, / bo żyje – przeżywane przez wszystko, co – żywe…”. 47 lat to mało, to prawda. Ale Jacek zawsze żył pełnią życia. Do tego stopnia, że tym jego życiem można by spokojnie obdarować kilku ludzi, A przy tym, co rzadko chodzi w parze, był niezwykle pracowity. Zawsze potrafił wykroić trochę czasu i skupienia, by pisać. Pieśni, wiersze, powieści, felietony. I one zostaną.

W tych dniach wychodzi tom jego wierszy. To miał być jego pierwszy zbiór wierszy, a nie piosenek. Wierszy, które napisał, kiedy już walczył z rakiem. Cieszyliśmy się na ten tom. My – wydawcy. I on – autor. Cieszyliśmy się i planowaliśmy wielki bankiet. Nie zdążyliśmy przed 10 kwietnia. Nie będzie bankietu. W jego miejsce będzie pożegnanie, Ale jestem pewien, że Jacek – gdziekolwiek jest – będzie się z tej książki cieszył.

Siedzę w domu i słucham jego płyt. Bez końca, jednej po drugiej. I znowu. Tak, jakbym zaklinał przeznaczenie, jakbym chciał sprawić, by Jacek wrócił, Poklepał mnie po ramieniu i powiedział: “Stary, co ci? Wpadnij, obejrzymy mecz”. Ale czy on rzeczywiście odszedł? Czy ludzie tacy jak on odchodzą? W napisanej po śmierci Bułata Okudżawy balladzie “Pożegnanie” Jacek śpiewał:

Piosenka pożegnania
Piosenką jest utraty
Żegnałem ludzi i zdania –
Traciłem całe światy.
I nic nie pozostało
Prócz tego, co nucicie!
To wcale nit jest mało
Tak żegnać całe życie.

W sobotę 24 kwietnia na warszawskich Powązkach pożegnamy Jacka Kaczmarskiego. I kiedy będziemy go żegnali, pamiętajmy, że gdy odchodzą poeci, nie powinniśmy się wstydzić łez.

Antoni Pawlak
"Newsweek", 25 IV 2004r.

Przepisała: Beata Kosińska