Wspomnienie o Jacku

Wspomnienie o Jacku2015-08-24T21:45:02+00:00

Ta pamięć sięga kilkanaście lat wstecz. Nie wiem ile osób “doświadczyło” Kaczmara podobnie. Pewnie wielu z Was. Wielu z nas. I chyba wszyscy mamy poczucie bycia wyróżnionymi – mniej lub bardziej bezpośrednio Go poznaliśmy.

W moim przypadku zaczęło się – był rok 1989 – od Dubnej w Rosji. Miałem 15 lat i właśnie byłem pod wrażeniem Wysockiego, którego w owym czasie legalnie już w ZSRR wydawano na płytach winylowych. Słuchając tych piosenek miałem wyraźne poczucie ich chropowatości, jednak stan napięcia w jaki wprowadzały (wiem, że także tych, którzy nie znali rosyjskiego) był bardzo intensywny. I właśnie wtedy znajomy dał mi do przegrania kasetę z programem Jacka “Krzyk”.

Słuchałem jej maniakalnie, w bólach rozszyfrowywałem gitarowe akordy i wysilałem gardło, żeby naśladować rozrywające “Strzał! Zabili mnie!” z “Manewrów”. Fenomen piosenek Jacka polegał między innymi na tym, że każdy chciał je śpiewać. Kasetę mam do dziś.

Wtedy też – jakże szybko – zetknąłem się ze swoistym snobizmem skierowanym przeciw Jackowi. “No, do Wysockiego to mu jednak daleko” – usłyszałem kilka razy i nie bardzo rozumiałem o co chodzi, bo pod względem wyrafinowania poetyckiego Jacek na pewno mu nie ustępował, za to przebijał Wysockiego możliwościami wokalnymi i wyczuciem muzycznym, a także gamą spraw, które poruszał w swoich tekstach.

Delikatnej krytyki nie oszczędził Jackowi ówczesny “Przekrój”, ale i tak z tamtego artykułu pamiętam głównie zdjęcie, dzięki któremu wreszcie dowiedziałem się, jak On wygląda. Zapatrzona w dal, skupiona twarz, rozwarte wargi i gitara skierowana w “niewłaściwą” stronę (żartował, że “normalnie” też umie grać). Przez kolejne lata spotykając za każdym razem Jacka szukałem w nim tamtej twarzy. I znajdowałem ją! Co prawda dodał sobie wieku brodą i krótką fryzurą, ale do samego końca w mojej świadomości pozostał chłopakiem, którego coraz bardziej doganiałem wiekiem.

Gdy wróciłem do Polski, większość moich przyjaciół właśnie zaczynała chłonąć rocka i długo nie mogłem ich zarazić swoją fascynacją. W końcu sami się zarazili. W 1991 roku poszliśmy na genialny koncert w Rivierze, o ile pamiętam, pierwszy, na którym Jacek, Zbyszek Łapiński i Przemysław Gintrowski ponownie zagrali razem. Nie umiem oddać słowami tej wibracji własnych trzewi, ale umiem przytoczyć, co się zdarzyło w przerwie koncertu. “Mistrzu, można Cię dotknąć?” – zakrzyknął jeden z kolegów. “Tak, oczywiście” – odparł Jacek. Człowiek przecież. Cudownie zdystansowany wobec siebie.

Ile lat wtedy mieliśmy? Coraz więcej. 15, 16, 17, 18. Jakże można się wzruszyć snując wspomnienia. Braliśmy gitarę, wchodziliśmy na dach jednego z bloków na Saskiej Kępie i w świetle gasnącego słońca śpiewaliśmy Jego piosenki. Gdzieś w tle zapatrzone dziewczyny, klimat i poczucie obcowania z Nienazwanym. W Jego twórczości było tyle mistycyzmu, a jednocześnie te piosenki przybliżały Nieznane – jak choćby wielka seria “Muzeum”.

W okresie licealnym spotkałem się z drugą wersją antyjackowego snobizmu. Pewnie nie tylko ja usłyszałem stwierdzenie, że ktoś tam z niego “wyrósł”. I znów nie rozumiałem, o co chodzi, bo jak można wyrosnąć z emocji i uwielbienia dla Słowa? Czy tak swoje nadejście zapowiada przedwczesne zdrętwienie zmysłów?

Wreszcie poznałem Go osobiście. Było to na promocji (mówiąc dzisiejszym językiem, bo wtedy nazywało się to wieczór autorski) Jego debiutanckiej powieści “Autoportret z kanalią” w księgarni na Wiejskiej, czyli niemal pod jego domem. W jakimś szaleńczym przypływie śmiałości – pamiętajcie, był idolem – zapytałem, czy można go zaprosić na prywatny koncert. Tak bardzo chciałem “dotknąć Mistrza”.

Umówiliśmy się, że odbierzemy go z restauracji “Frascati” na Wiejskiej i zabierzemy na miejsce. Restauracja ta stała się dla nas miejscem kultowym. Koncert w mieszkaniu na warszawskim Powiślu trwał ponad cztery godziny. Czy to zresztą był koncert? Chwilami po prostu spotkanie, którego Jacek był centralnym punktem. Dał nam z siebie wszystko, echo niosło się po osiedlu, a słowa i Jego zachrypnięty i dźwięczny głos penetrowały w nieskończoność nasze “ja”.

Kim dla niego wtedy byliśmy? Cóż, od zawsze podkreślał, że nie jest do końca rozumiany i nas pewnie też to dotyczyło. Ale robił też wiele, żeby utrwalić swój wizerunek twórcy, który przy pomocy swojego niezwykłego sposobu śpiewania, rytmizowania i pełnego pasji uderzania w struny oddziałuje w równym stopniu na emocje i na intelekt. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nie do końca daliśmy się zwieść. Był mistrzem języka, refleksji, plastycznego ujęcia i wiedzieliśmy o tym.

Gdzieś po maturze zaczęło to przygasać, choć na imprezach zawsze w końcu dochodziło do momentu pod tytułem “To co? Warchoł?”. Na tej piosence nigdy się nie kończyło, aczkolwiek żaden normalny człowiek nie mógł (choćby nie wiem jak zapijał) zaśpiewać więcej niż kilkanaście piosenek na raz.

Kim był Jacek? Chyba jednak nie głosem naszego pokolenia, rozbieżność chronologiczna była zbyt duża. To on spowodował, że przez wiele lat żałowałem, że nie urodziłem się wcześniej. Że w chwilach ważnych dla Polski (lata – powiedzmy – 1975-1981) byłem mikrusem i nie mogłem na własne oczy zobaczyć tego, że ludzie z dnia na dzień “stali się lepsi”. Ten okres polskiej mentalności bardzo szybko się skończył, gdzieś w okolicach 1991 roku. I myślę, że wielu ludzi zaczęło tęsknić za czasami wcześniejszymi. Nie dlatego, że panował prosty, czy wręcz prostacki podział na czarne i białe, ale dlatego, że wiadomo było, co jest dobre, a co złe. Piosenki Jacka w pewien sposób to myślenie odzwierciedlały, a słuchając ich wstępowaliśmy do świata idei na co dzień nieobecnych. Ten koncert na Powiślu będziemy wspominać w nieskończoność.

Wystawił nas na ciężką próbę wyjeżdżając do Australii. Jakoś nam się nie mieściło w głowie, że można tak po prostu zmyć się z Polski. A przecież tłumaczył to tak jasno, rysując swoją wizję zamieszkania na końcu świata i spokojnego oddania się twórczości. Tylko dlaczego tak daleko? Może zamiast Perth i Two Rocks lepszy byłby Paryż czy Lozanna? Ale ogólnie Jacek wyprzedził pod tym względem swoją epokę – popatrzcie, zastępy chętnych do emigracji rosną dziś w siłę.

W jednym z wywiadów Jacek dziwił się, że jako poecie przypisuje mu się konieczność młodej śmierci. Nie imponowało mu to i każdy, kto go poznał, wiedział, że kochał życie. Miał w sobie młodzieńczy urok, biorąc ile się da, ale też jak najwięcej z siebie dając. Nie sposób było jednak choćby zbliżyć się do tajemnicy umysłu i osobowości tak napiętej i natchnionej, żeby stworzyć “Epitafium dla Wysockiego” czy “Zbroję” i wykonać je w sposób, który nawet przy najgorszej jakości nagrania przyprawia o dreszcz.

Lista Wielkich i Niezastąpionych robi się coraz krótsza. Odeszli Stefan Kisielewski, Jerzy Waldorf, ks. Tischner, Agnieszka Osiecka, Grzegorz Ciechowski i wielu innych. Każdy cios jest coraz boleśniejszy, bo – zauważyliście? – nie pojawia się nikt nowy. Gubię się w odczuciach po odejściu Jacka. I to jest chyba sedno – dominuje zagubienie. Coraz mniej ludzi ma coś naprawdę ważnego do powiedzenia, a On powiedział w swoim życiu tak wiele.

Witold Werner
http://www.esensja.pl, IV 2004r.

Serdecznie dziękujemy Panu Witoldowi Wernerowi oraz Panu Konradowi Wągrowskiemu z http://www.esensja.pl za pozwolenie publikacji tekstu na naszej stronie.