Zarówno za życia Jacka Kaczmarskiego, jak i po jego śmierci jego piosenek słuchamy w taki sposób, jaki jest dla nas wygodny.

Bard Solidarności
Takie określenie przylgnęło do Jacka Kaczmarskiego, ale jego piosenki zawierały wiele więcej niż tylko doraźny komentarz polityczny.

W zeszłym tygodniu w gimnazjum, do którego chodzi mój syn, odbyła się impreza. Uczniowie mieli zaprezentować swoje pomysły i talenty artystyczne. Syn też wziął w niej udział: wraz z kilkoma kolegami za­śpiewał “Mury” a w duecie z akompaniującym na gitarze nauczycielem – “Naszą klasę”. Gdy dzieła buntownika trafiają na akademię szkolną, można by to uznać za coś niepokojącego. Tyle że na tę imprezę dzieci same wybierały sobie repertuar. A pewnego wieczoru okazało się, że mój syn zna “na pamięć większość tekstów jego piosenek. Jak to możliwe? Przecież od miesięcy w kółko słucha reggae!

No właśnie, reggae. Następnego dnia po owej szkolnej imprezie przyniosłem do domu świeżo wydaną płytę zespołu Habakuk “A ty siej”, na której grający w jamajskiej stylistyce zespół zmierzył się z piosenkami Jacka Kaczmarskiego. Wkładałem ją do odtwarzacza z wrażeniem, że oto po blisko ćwierć wieku spełnia się mój sen z tam­tych czasów. Bo kiedy w latach 80. rozpocząłem w miesięczniku “Literatura” cykl felietonów poświęconych muzyce rockowej, stawiałem na silnego w Polsce stanu wojennego społecznopolitycznego rocka. Uważałem, że jego energia, połączona z przesłaniem jak w pieśniach Kaczmarskiego, może zamienić się w dynamit.

“No to teraz zapuśćmy prawdziwego Kaczmarskiego”, zaproponował syn, gdy skończyła się płyta Habakuka. Czy to zła płyta? Wcale nie. Słucha się jej z przyjemnością, w przeciwieństwie do płyty Hadriana Filipa Tabęckiego i Pawła Stankiewicza, na której wiersze z tomu “Tunel” opatrzono elektroniczną aranżacją. Można się cze­piać, że wybierając z ogromnego dorobku Kaczmarskiego trzynaście ledwie piosenek, muzykom udało się zmieścić aż dwie spośród najsłabszych (“Dylan”, “Pijak”). Że nagrana tu przez grupę Habakuk wersja “Murów” jest kiep­ska. Ale poza tym to płyta ładna. Może za ładna? Muzycy zamiast wzmocnić przesłanie Kaczmarskiego współczesnymi brzmieniami, złagodzili je, pozbawili kantów i rozmiękczyli. I może dlatego chce się po niej posłuchać “prawdziwego Kaczmarskiego”.

Ale prawdziwego to znaczy jakiego? Co do tego nie ma zgody nawet w skali mojego domu. Syn najbardziej lubi “Listy”, opowiadające o losach kubańskiego dysydenta; żona woli “Encore” – o pijackich rozterkach carskiego oficera. Ojciec – jako jedyny z rodziny ma komplet Kaczmarskiego – najchętniej słucha “Zbroi”. A mnie przechodzą dreszcze przy mało znanej piosence Kaczmarskiego – “Wiośnie 1905 roku”. W 1995 roku, dobiegający czterdziestki artysta, zaśpiewał “Testament”: “Tak używano mnie w potrzebie, aż dziw, że jeszcze mam coś z siebie”, śpiewał. I dodawał: “Przeinaczano moje pieśni, aby się stały tym, czym nie są”. Nie były to żale abstrakcyjne. Kaczmarski niemal od chwili, gdy pojawił się na estradzie, boleśnie doświadczał przyprawiania mu gęby. Głównie przez wielbi­cieli, którzy w jego piosenkach słyszeli to, co w danej chwili chcieli usłyszeć.

Zaczęło się oczywiście od “Murów”, które stały się nieformalnym hymnem Solidarności. Owszem, ta piosenka się do tego nadawała. Tyle że w oryginalnej wersji katalońskiego barda Luisa Llacha (po polsku, w postaci wiernej oryginałowi, śpiewanej przez Zespół Reprezentacyjny) Llach śpiewał o przekazywanym z pokolenia na pokolenie przesłaniu wolnościowym, które wkońcu obali mur. Kaczmarski ten optymizm złamał, pisząc ostatnią zwrotkę, w której maszerujący tłum z wolnościową pieśnią na ustach buduje nowe formy zniewolenia.

“A śpiewak także był sam” wszyscy to przecież znali. Ale znając – wypieraliśmy tę zwrotkę ze zbiorowej świadomości, bo nie pasowała do dziarskiego optymizmu solidarnościowego karnawału i nawet do bojowych haseł stanu wojennego. I w jakimś sensie była to sytuacja symboliczna dla spo­łecznego odbioru piosenek Kaczmarskiego. Zachwycając się nimi podświadomie wciąż wykreślaliśmy – mówiąc metaforycznie – ich ostatnie zwrotki: te fragmenty, które mogłyby uczynić jego przesłanie mniej dla nas wygodnym. Tak jest i dziś: w przededniu 50-lecia urodzin i trzeciej rocznicy śmierci pieśniarza boję się, że Kaczmarski nostalgiczny wygrywa z Kacz­marskim wciąż aktualnym. Kaczmarski sympatyczny, poprawiający nam samoocenę, z Kaczmarskim zmuszającym do wejrzenia w nasze dusze z niepokojem.

Oczywiście – taki odbiór Kaczmarskiego nie jest bezpodstawny. Spośród jego piosenek dałoby się ułożyć całkiem pokaźną antologię opowiadającą o Polakach i ich dziejach w sposób, w jaki Polacy lubią o sobie mówić. Ta antologia ciągnęłaby się od “Krajobrazu po uczcie” czy “Rejtana” aż po “Świadków”, “Jałtę” i piosenki ze stanu wojennego z “Naszą klasą” na czele. Wyłaniałby się z niej obraz Polski, jaką najbardziej lubimy nosić w sercach – niewinnej ofiary dziejów, od czasu do czasu buntującej się przeciw zniewoleniu i płacącej za to cenę kolejnych straconych pokoleń. W tym mojego, tego właśnie z “Naszej klasy”. Ten Kaczmarski uwznioślał banalne przesłuchania przy Rakowieckiej, przez które w ciągu pierwszych dni stanu wojennego przechodziliśmy, czynił z nich dramatyczny epizod odwiecznej narodowej traumy.

Jest przecież i inny Kaczmarski. Ten z ostatniej zwrotki “Murów” – sceptyczny. Wątpiący w to, czy ludzie naprawdę chcą wolności, sugerujący, że większość uważa, iż buntowników należy izolować. Albo ten z “Kmicica”, ironiczny wobec przemiany duchowej sienkiewiczowskiego bohatera, widzący w nim odrażającego typa łączącego prywatę i okrucieństwo z patriotyczno-religijnym frazesem. Kaczmarski sugerujący, że w tym, iż kogoś takiego uczyniliśmy jednym z ulubionych bohaterów naszej zbiorowej wyobraźni, tkwi jakaś bardzo niepokojąca prawda o nas, o Polakach.

Oczywiście, nam – rówieśnikom Kaczmarskiego – bardzo miło jest powzruszać się “Naszą klasą”; powspominać (lub tylko powyobrażać sobie), jak to nas okrutnie poharatał los w młodości. Ale przecież ta piosenka wieńczy swoistą klamrą rozpoczęte “Murami” dzieje wypieranych przez nas ze świadomości ostatnich zwrotek piosenek Kaczmarskiego. Bo po latach pieśniarz dopisał jej nowy fragment, a potem – jeszcze jeden. I tego ostatniego, już z lat 90., nie bardzo lubimy słuchać. I nic dziwnego. Bo opowiada, jak obrzydliwi potrafili się stać dawni buntownicy, gdy “żar zwycięstwa ich wypalił”. “Zdzich uczciwie robi pieniądz, więc nerwicę ma i wrzody. Ale mu zazdrości Henio, niezadbany, zły i głodny. Z tej zazdrości i z tej złości dziś znów robi za wyrocznię, etyki swej cel uprościł: zniszczyć Zdzicha, zanim spocznie” śpiewał Kaczmarski. Kolejnych zwrotek, opowiadających o tym, jak w IV RP właśnie przed Heniem otworzyły się nowe cele i wspaniałe perspektywy, już nie zdążył napisać. Dośpiewujemy je sami.

Piotr Bratkowski
"Newsweek" 12/2007, 25 III 2007r.

Nadesłał: Piotr Kosela