Śladem Sienkiewicza

Śladem Sienkiewicza2017-10-10T10:02:40+00:00

Co pozwoli przetrwać poezji zmarłego 10 kwietnia Jacka Kaczmarskiego?

Kiedy myślimy o Jacku Kaczmarskim, przypominamy sobie przede wszystkim te jego utwory, którymi porywał tłumy: Obławę – będącą parafrazą znanej piosenki słynnego rosyjskiego barda. Włodzimierza Wysockiego; Mury – będące trawestacją pieśni komunizującego (sic!) i rewolucyjnego katalońskiego pieśniarza Luisa Llacha; a także oryginalne już Sen Katarzyny II, Epitafium, dla Włodzimierza Wysockiego, Krajobraz po uczcie (Nie ogryźli kości…) czy Zbroję. Kaczmarski był wszakże poetą uważnym i autoironicznym – potrafił prześmiewczo skomentować swój mit narodowego pieśniarza (Motywacja, Pijak, Bankiet, Przypowieść na własne czterdzieste czwarte urodziny), zdystansować się wobec utrwalonego w narodzie wizerunku poety – wieszcza, barda “Solidarności”, za którego uchodził; przełamać patetyczny stereotyp, w jakim go starała się utrwalić zbiorowa wyobraźnia. Taki stosunek do własnej twórczości to wielka zaleta artysty dostępna tylko nielicznym, tym , którzy mają poczucie własnej wartości, więc nie muszą sztucznie podbudowywać własnej pozycji. Niemniej jednak nie za niepokorne, idące na przekór powszechnym wyobrażeniom, teksty i piosenki zostanie Jacek Kaczmarski zapamiętany. Kaczmarski ironiczny i refleksyjny, pochylony nad egzystencjalnymi paradoksami ludzkiego życia; Kaczmarski – subtelny liryk miłosny (objawiający się zwłaszcza w tekstach ostatnich, nie przeznaczonych już do śpiewania) pozostaje wciąż do odkrycia i miejmy nadzieje, że jako taki odkrytym przez czytelników – bo już nie słuchaczy – w przyszłości zostanie. Jego droga na poetycki Parnas była wyboista. Wypada przypomnieć, że jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku umieszczanie tekstów jego piosenek w rozmaitych poetyckich antologiach (a nie tylko śpiewnikach) budziło może nie tyle sprzeciw, co dość jednak burzliwe dyskusje. Obecnie jednak nikogo nie dziwią filologiczne prace licencjackie czy magisterskie poświęcone twórczości autora Krajobrazu po uczcie, a i sam Kaczmarski uczynił w ostatnich latach wiele, by wryć się w powszechną pamięć nie tylko jako kultowy wykonawca starzejących się generacji dawnych opozycjonistów wobec komunistycznego reżimu, ale też jako poeta pełną gębą (choćby poprzez opublikowanie pomnikowej edycji poetyckich dzieł zebranych – Ale źródło wciąż bije…, Oficyna Wydawnicza Volumen, Wydawnictwo Marabut, Warszawa 2002, s. 582). Pozostaje wszakże pytanie czy poezja Kaczmarskiego przetrwa. Bo przecież jego siłą była ta gitara pracująca gdy trzeba niczym karabin maszynowy, siła jego fenomenu tkwi w ekspresyjnym wykonaniu, w tym magicznym połączeniu tekstu i muzyki, które ocalić może niekiedy tekst niekoniecznie najzgrabniejszy… Wypada więc zadać pytanie, na które odpowiedź przyniosą następne lala, czy teksty literackie Kaczmarskiego istnieją dziś samoistnie – nie jako teksty piosenek, ale właśnie jako wiersze?

Romantyczny publicysta

Mało kto pamięta, że Jacek Kaczmarski obronił pracę magisterską, zresztą z wyróżnieniem, na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego pod tytułem Poezja ulotna okresu Sejmu Czteroletniego. Na historycznych realiach przełomu XVIII i XIX wieku znał się więc wybornie, a i wybór samego tematu nie był zapewne przypadkowy. Poezja ulotna owego czasu, czyli te wszystkie wierszowane ulotki, kolportowane z ust do ust wierszyki, pisane na murach złote myśli i rymowane hasła to element walki politycznej prowadzonej w imię reform Rzeczpospolitej. Zdaje się, że Kaczmarski podobnie traktował przez wiele łat swoją twórczość. Komentował zdarzenia zjawiska polityczne oraz społeczne, zaklinając przekaz swych utworów w zgrabne, malownicze metafory. Jego teksty odwołujące się do okresu upadku Rzeczpospolitej w czasach Stanisławowskich przynoszą klarowną aluzję do czasów późnego Gierka, narodzin pierwszej, idealistycznej “Solidarności”, wielkiego zrywu społecznego, którego był zarówno bardem, jak i wnikliwym obserwatorem. Zdrada, honor, patriotyczny obowiązek – to główne tematy jego piosenek. Jest także Kaczmarski ilustratorem historii prawdziwej, zepchniętej przez komunistyczna propagandę w niebyt. To, co bywało oficjalnie lematem tabu – jak choćby mord oficerów polskich w Ka.tyniu – zyskuje w jego poezji wstrząsający i poruszający wizerunek (Katyń). Ale autor Rublowa potrafił być również bardziej dosłowny. Kiedy wybucha stan wojenny, Kaczmarski, rezydujący w Monachium jako muzyczny felietonista Radia Wolna Europa, pisze Marsz intelektualistów (dedykowany reżimowemu podówczas publicyście “Polityki” Danielowi Passentowi), w którym doskonale i paszkwilancko jednocześnie oddaje pokrętny i konformistyczny tok rozumowania tych inteligentów, którzy w tych dramatycznych czasach zdecydowali się na współpracę z oficjalną władzą. Kiedy, już w latach dziewięćdziesiątych, wybucha rozpętana przez Lecha Wałęsę “wojna na górze”, a sam przywódca “Solidarności” aspiruje do godności prezydenckich pognębiając idola intelektualistów Tadeusza Mazowieckiego, Kaczmarski nie waha się napisać tekstu, w którym przyrównuje dawnego legendarnego robotniczego przywódcy, a obecnie cynicznego gracza politycznego, do Nikodema Dyzmy (Kariera Nikodema Dyzmy). Był bowiem Kaczmarski, jak to już w pośmiertnych wspomnieniach zostało ujęte, “chory na Polskę”. Jako pracownik Radia Wolna Europa przez kilkanaście lat, w smutnej dekadzie lat osiemdziesiątych, pisywał śpiewane felietony, w których dawał zarówno świadectwo oporu przeciw wojskowej juncie Jaruzelskiego, jak i komentował rozmaite meandry polskiego życia społecznego czasów stanu wojennego. Miał bowiem autor Sarmatii temperament publicysty, który reaguje na wszystkie ważniejsze drgnięcia życia politycznego, a niekiedy je wyprzedza czy zapowiada. W tym sensie pozostał wierny swym młodzieńczym fascynacjom okresem Stanisławowskim, czasem sporów politycznych, które zaowocowały Konstytucją 3 Maja. Pozostał jednocześnie niepoprawnym romantykiem, który nigdy nie przyjmował do wiadomości twardych i cynicznych reguł bieżących rozgrywek politycznych. Jako romantyk zawsze stawał po stronie idei, choćby najbardziej marzycielskich; po stronie wartości moralnych, po stronie intencji, a nie twardych wyborów życiowych. Zapewne dlatego okrzyknięto go bardem “Solidarności”, choć tę etykietkę niemal jak brzemię, nosił Kaczmarski z wyraźną niechęcią.

Historyczne obrazy, sarmacka sielskość

Jako romantyka, nastawionego idealistycznie, brzydziła go trywialna doczesność. Szukał natchnienia w pejzażach przeszłości – w malarstwie historycznym (cykl Muzeum), Biblii (cykl Raj) szlacheckiej historii narodu (cykl Sarmatia). Wolał pisać o postaciach z przeszłości niż o bohaterach teraźniejszości, choć o tych ostatnich zdarzało mu się pisać i śpiewać, ale z wyraźną dezaprobatą. Interpretowano jego teksty poprzez, klarowne skądinąd, aluzje do współczesności, ale wydaje się, że sam autor mieszkał swą wyobraźnią w przestrzeni historycznej, którą potrafił, na własny i nasz – czytelników i słuchaczy – użytek, zinterpretować uniwersalnie (cykl Wojna postu z karnawałem). Kiedy bowiem odrywał się od dawania świadectwa swoim, mizernym czasom, stawał się Kaczmarski komentatorem losu człowieczego w ogóle; jego paradoksalności, przypadkowości, towarzyszącemu mu okrucieństwa czy cierpienia. W jednym z ostatnich wywiadów dał wyraz przekonaniu, że pozagrobowe życie duszy nie istnieje, że człowiek – skazany jest na jednorazowość istnienia. Ta bezkompromisowa egzystencjalna świadomość, to uwielbienie życia w jego doczesnym, wszechbogatym wymiarze, daje się klarownie odczuć w tekstach, w których zapisuje poeta los dawnych Sarmatów, spełniających się w codzienności – w jej wszechstronnym, niejednoznacznym kształcie. Daje się także dostrzec w tych wierszach (piosenkach), w których Kaczmarski dawał upust wrażeniu afirmacji świata takim, jakim jest – mimo okrucieństwa, cierpieniu i mitręgi, która towarzyszy nam na drodze życia (Do muzy suplikacja przy ostrzeniu pióra, Drzewo genealogiczne, Prosty człowiek, O zachowaniu przy stole). Dawni Sarmaci, mimo swej konwencjonalności, odnaleźli zdaniem Kaczmarskiego, kamień filozoficzny szczęścia. Była nim akceptacja trwania, życia w codziennym, epikurejskim wymiarze, pozwalającym dostrzec radość w rzeczach drobnych, pozornie zwyczajnych (Jan Kochanowski).

W historycznej przeszłości widział też Kaczmarski autentyzm życia swoich bohaterów, choć jednocześnie dostrzegał również pozerstwo, grę pozorów, uleganie wpływom stereotypów. Był jak Sienkiewicz: pisał w gruncie rzeczy ku pokrzepieniu serc, ale pokrzepienie to rozumiał także jako bezwzględną krytykę tego, co sztuczne, nieprawdziwe i wydumane. Niemniej jednak nie zdecydował się na pójście drogą Gombrowicza, czyli drogą satyry i krytycznej prześmiewczości. Wolał Sienkiewiczowskie pejzaże, które miały też w sobie wiele z refleksji Słowackiego. Jeśli mówił Kaczmarski nam, Polakom, rzeczy przykre (Kniazia Jaremy nawrócenie, Według Gombrowicza narodu obrażanie, Karnawał w Victorii, Amanci Panny “S'”, Nasza klasa, Kosmopolak), to ubierał je jednak w formy malownicze i wizyjne, pełne malarskiego rozmachu i poetyckiej siły. Poezja Kaczmarskiego to przykład krytycyzmu miłującego: refleksja krytyczna aprobuje de facto ludzi (Polaków), jakimi są. To, co drażni, jest jednocześnie wyrazem swojskości i naturalności. W swych wierszach (piosenkach) Kaczmarski daje więc świadectwo antynomicznej diagnozy: pragnie “przeanielić” (wzorem Słowackiego) ludzi na lepszych niż są, ale jednocześnie akceptuje ich, z oporami, w ich niedoskonałości.

Szlachetna staroświeckość

Wiersze Jacka Kaczmarskiego są przykładem poezji świadomie staroświeckiej formalnie, pisanej na przekór modom i popularnym trendom w liryce. Z premedytacją, w czasach, kiedy dominuje w poezji wiersz wolny, ascetyczny, którego najlepszym przykładem pozostaje poezja Różewicza, tworzył utwory rytmiczne, rymowane. utrzymane zapewne świadomie, w poetyce dawnej liryki romantycznej czy modernistycznej (np. “Skamandra”). Zapewne dlatego, że Kaczmarski tworzył przede wszystkim utwory do wykonywania na scenie, z towarzyszeniem muzyki (a ta domaga się rytmiczności). Był przede wszystkim pieśniarzem, nie poetą – w nowoczesnym rozumieniu tego słowa. Zamiast eksperymentów i nowoczesności preferował tradycyjne środki: plastyczność artystycznego obrazu, wizję, emocjonalny przekaz. Ale paradoksalnie – zamierzona staroświeckość formalna jego tekstów, pozwoli im przetrwać śmierć autora: będą żyły w sercach i pamięci niekoniecznie tylko tych, którzy kiedykolwiek słyszeli Kaczmarskiego na scenie. Bo pisał nie dla krytyków literackich, ale dla ludzi. Miejmy nadzieję, że pamięć ludzka jest wyrozumiała i że jego duch będzie mógł z zaświatów powtórzyć za Horacym: non omnis moriar – nie wszystek umrę.

Jarosław Klejnocki
"Lampa" nr 2, V 2004r.

Nadesłał: Michał Musielak