Moja mała wiązanka

Moja mała wiązanka2015-08-24T21:28:22+00:00

Pod wierszami z ostatnich lat umieszczał dopisek: Osowa… i stawiał właściwą datę dzienną. W spisie polskich miejscowości figuruje dziewięć osiedli o nazwie Osowa, ale jemu chodziło konkretnie o ulicę Letniskową w Gdańsku Osowej, gdzie mieszkał przy boku ostatniej z ukochanych przez siebie kobiet – Alicji (wcześniej był dwukrotnie żonaty, dochowawszy się dwójki dzieci).

Jacka Kaczmarskiego poznałem latem 2001 roku podczas II Przeglądu Piosenki Prawdziwej w Sopocie. Pełnił funkcję przewodniczącego Rady Artystyczno – Programowej, ja zaś byłem facetem pomagającym przy dopracowaniu i wydaniu okolicznościowego śpiewnika. Gdy okazało się, że mieszkamy po sąsiedzku, nasza znajomość nabrała rumieńców – z procentami i śpiewami, z kawalarstwem i rechotami. Oczywiście, pośród wielu innych gości zjeżdżających się do Jacka nieprzerwanie.

W marcu 2002 r. Zatelefonowałem, by zaprosić go na moje imieniny. Odpowiedział: “Niedawno dowiedziałem się, że mam raka krtani. Właśnie jadę do Warszawy na dokładniejsze badania”. Zatkało mnie, ale wtedy myślałem pozytywnie, bo mówił jeszcze normalnym głosem.

Nasze kontakty zostały zawieszone. Jednak na początku 2003 roku dostałem od Alicji zaproszenie na karnawałowy bal przebierańców. W progu wielkiego domu przywitał mnie książę z bajki Jacek Kaczmarski, ubrany w renesansowy strój z wypożyczalni kostiumów. Włosy miał utrefione, twarz podmalowaną, toteż wyglądałby olśniewająco, gdyby nie straszne wymizerowanie i mówienie głosem zharatanym przez chorobę. “Wbrew pozorom jest poprawa” – szepnęła mi w ucho gospodyni. – “Kilka miesięcy temu nie mógł utrzymać się na nogach”…

W czasie kilku późniejszych wizyt pojąłem, ile jest ciepła i pogodnego determinizmu w Alicji jako matce dwóch córeczek (z pierwszego związku), a jednocześnie opiekunce schorowanego, coraz częściej trapionego potwornymi bólami artysty. Nie słyszałem, by kiedykolwiek się skarżyła albo podnosiła głos. Nie wygrażała Bogu i nie biadoliła nawet wówczas, gdy Jacek, w coraz gorszej huśtawce nastrojów zaczął przyjmować morfinę.

…Wspomnianą zabawę karnawałową dobrze zapamiętałem jeszcze z kilku powodów. Po pierwsze, nigdy przedtem nie jadłem pieczeni z kangura (smakowała jak wołowina). Po drugie, opowiadając dowcipy, czułem na sobie wzrok przysadzistej baby w peruce z migotliwych pasków i dopiero później rozpoznałem, że to przebrany Bogdan Borusewicz. Po trzecie, rozbawiony Jacek pokazywał gościom, jak człowiek z rakiem krtani powinien pić wino przy nieczynnym przełyku. Mianowicie wpierw odpowiednią miarkę trzeba wlać do jamy gębowej i przez chwilę rozcierać językiem po kubkach smakowych, by w końcu wypluć do wiaderka na podobieństwo zawodowego kipera. Następnie wciąga się inną porcję trunku do plastikowej, około 100 – mililitrowej strzykawki, podłączając ją na brzuchu do rurki (sondy) wychodzącej z żołądka. Tym sposobem satysfakcjonuje się organizm ciepłem płynącym z dawki alkoholu.

W styczniu 2004 r. na łamach wydawanego w Gdańsku czasopisma literackiego “Migotania, Przejaśnienia” (nr 4) ukazał się niezwykle przejmujący wiersz Jacka pod tytułem Petroniusz bredzi. Utwór został zadedykowany prof. Alfredowi Rachalskiemu, emerytowanemu wykładowcy Politechniki Gdańskiej, wielce zasłużonemu dla opozycji (dzięki żonie Francuzce, w stanie wojennym często jeździł do Paryża, przemycając w samochodzie wydawnictwa emigracyjne). Jak wiadomo wtajemniczonym, schorowany profesor popełnił samobójstwo, toteż dedykowanie mu wiersza mogło rodzić podejrzenie, że Jacek też zaczął myśleć o samounicestwieniu. Szczególnie, gdy się czytało taki fragment:

Czy nie lepiej więc zająć się sobą zawczasu /Oszczędzając i bogom, i ludziom ich czasu?/ Wedle swych upodobań, gustów i skłonności?/ Samemu, z ukochaną, przy uczcie wśród gości? /…/ Wolę sam sobie wręczyć ten jedyny prezent./ Tyle krwi, tyle żółci. Za dużo już bredzę.

Jednak z pewnością nie “zajął się sobą”. Zmarł po cichu, nieprzytomny, w szpitalu na Zaspie. Z nikim się nie pożegnał, bo nie zamierzał odchodzić. Chciał się jedynie przespać po kolejnym dławiącym ataku.

Zbigniew Gach
"Dziennik Bałtycki", 16 IV 2004r.

Nadesłał: Piotr Uba